Ekonomia

TANIE PAŃSTWO A WYNAGRODZENIA POLITYKÓW

Istotą liberalnego podejścia do państwa jest ograniczanie jego kompetencji, kosztowności i przywilejów. Pozornie postulaty zmniejszenia wynagrodzeń polityków wydają się zbieżne z tą ideą. W rzeczywistości jednak mogą pozostawać daleko od rozwiązywania prawdziwych problemów.

Jacek Władysław Bartyzel

 

Państwo powinno być jak najtańsze. Krytyka idei taniego państwa (często powtarzane hasło „tanie państwo to państwo dziadowskie / słabe / nieskuteczne…” – lista epitetów jest długa) praktycznie zawsze wypływa ze strony tych, którym pojęcie wolności jednostki jest obce. Wszystko, co państwo wydaje, pochodzi z pieniędzy zabranych podatnikom. A wydatki publiczne pochłaniają niemal połowę tego, co obywatele wypracowują.

Ile kosztuje państwo

A jednak, choć oburzać mogą przywileje władzy i traktowanie polityków jako lepszej kasty – to wcale nie koszty utrzymania polityków są dominującą częścią wydatków publicznych.
Z 21,5 tys. zł wydatków przypadających na jednego mieszkańca, administracja rządowa pochłania (dane za raportem Rachunek od państwa, Fundacja FOR) 351 zł, samorządowa 534 zł,
a urzędy naczelnych organów władzy 63 zł.

Dla porównania: emerytury, renty, dodatki do tych rent i składki za emerytów to łącznie ponad 6 tys. zł, służba zdrowia 2300 zł, opieka społeczna (wraz z 500+) 1800 zł. Widzimy więc, że niewątpliwie jest pole do redukcji wydatków administracyjnych – ale też nie należy tracić z oczu faktu, że nie one są główną przyczyną podatków.

Wydatki administracyjne należy obniżać w sposób przemyślany. Proste obcinanie pensji posłów czy ministrów nie będzie mieć praktycznie żadnego znaczenia dla budżetu. Wynagrodzenia posłów i senatorów – kwota rzędu 100 mln zł rocznie – przekłada się na niecałe trzy złote na mieszkańca. Zgłoszona niedawno przez Jarosława Kaczyńskiego propozycja ograniczenia uposażeń parlamentarzystów o 20 proc. da więc oszczędności na mieszkańca w wysokości… kilkudziesięciu groszy. Oczywiście postulat ten może zyskać poklask. Społeczeństwo polityków nie lubi – czemu zresztą trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że to oni nakładają na nich podatki i nadmierne ograniczenia wolności. Realnych korzyści ta obniżka jednak nie przyniesie.

Wynagrodzenia a odpowiedzialność

Tymczasem, choć politycy pracują za nasze pieniądze, nie oznacza to, że powinni być wynagradzani słabo. Przeciwnie, fakt odpowiedzialności za decyzje, które podejmują, a które dotykają społeczeństwa jako całości, powinien być należycie wynagradzany. Pomińmy na moment jakość obecnych polityków i zastanówmy, jak przyciągnąć do polityki tych lepszych. Na rynku pracy istnieje przecież konkurencja. Osoby o wyższych kwalifikacjach, jeśli nie będą wystarczająco wynagradzane, mają możliwość lepiej płatnej pracy w sektorze niepublicznym.

Oczywiście, misja posła, senatora czy ministra jest czymś więcej niż tylko zarobkiem, a prestiż stanowiska i poczucie pracy dla dobra wspólnego może więcej niż kompensować niższe wynagrodzenie. Jednak zasad ludzkiego działania nie da się eliminować, a polityk też – nawet jeśli to niepopularny pogląd – musi za coś żyć.

Wynagrodzenia polityków winny więc być adekwatne do poziomu odpowiedzialności, warunków panujących na rynku oraz – co w demokracji nie bez znaczenia – uwzględniać fakt, że są to osoby wybrane przez obywateli do pełnienia tych funkcji.

Jak zaoszczędzić na wynagrodzeniach polityków

Oszczędności należy czynić gdzie indziej. Liczba 560 parlamentarzystów jest zdecydowanie za wysoka. Nie tylko dlatego, że tak wielka liczba posłów i senatorów powoduje bezpośrednie koszty ich wynagrodzeń (a także np. prowadzenia biur poselskich czy innych wydatków) ale stanowi wręcz zachętę do złych praktyk legislacyjnych.

Chyba największym problemem legislacji – nie tylko w Polsce – jest tzw. inflacja prawa. Ilość wszelkiego rodzaju przepisów jest nie do przetworzenia przez kogokolwiek, nawet przez prawników. Większość z nich jest zwyczajnie zbędna. Ta zbędność nie oznacza jednak obojętności. Każdy z tych przepisów nakłada biurokratyczne obowiązki na obywateli, tworzy nowe wydatki i generuje kolejne koszty. Liczba prawodawców przekłada się zaś na ilość tworzonego prawa. Redukcja liczby posłów i likwidacja Senatu (którego rola jako izby refleksji właściwie nigdy się nie sprawdziła) nie tylko obniży wydatki na wynagrodzenia parlamentarzystów, ale może przyczynić się do zmniejszenia rozmiarów inflacji prawa. A im mniej aktów prawnych jest tworzonych, tym mniej zagrożone są wolności jednostki.

Urzędnicy i „Misiewicze”

Oszczędności należy też szukać w szerzej pojmowanej administracji rządowej i samorządowej. Setki tysięcy osób spośród armii urzędników wykonują prace z gospodarczego i społecznego punktu widzenia zbędne, a wynikające wyłącznie z nadmiaru regulacji. Na dodatek, po wielu latach od reformy administracyjnej wiemy już, że powiaty w zasadzie nie są potrzebne – ich kompetencje mogą przejąć gminy i urzędy marszałkowskie.

Likwidacja powiatów pozwoli zaoszczędzić także na dietach radnych rad powiatów i kosztach funkcjonowania urzędów starostów. Znów jednak nie wydaje się szczególnie fortunnym pomysł obniżenia wynagrodzeń prezydentów miast, zwłaszcza tych, którzy zarządzają dużymi budżetami, co wiąże się z dużym zakresem odpowiedzialności i wymaganych kompetencji.

Oczywiście, potępić należy skandaliczny system „równoległych pensji” polityków oraz rozdawania synekur. Ukrywane przed społeczeństwem premie nie powinny się zdarzać. Największą jednak patologię obserwujemy w relacjach polityki z biznesem. Spółki skarbu państwa są przede wszystkim narzędziem do rozdawania dobrze płatnych posad wedle klucza partyjnego.

To samo zjawisko w pewnym zakresie obserwujemy na poziomie samorządowym w spółkach komunalnych. Koszt wynagrodzeń w spółkach państwowych i samorządowych ponoszą podatnicy. Priorytetem powinna być zatem prywatyzacja tych spółek, która rozwiąże ten problem. Mało prawdopodobne, by akcjonariusze prywatnych firm zgadzali się na nominacje polityczne – a jeśli już, to na własny rachunek.

Społeczeństwo płaci i wymaga

Same zaś wynagrodzenia polityków muszą być transparentne oraz motywujące do lepszej pracy. Mniej liczny parlament i odchudzona administracja pozwolą na właściwe wynagradzanie uwzględniające poziom odpowiedzialności i warunki rynkowe. Pojawiły się pomysły powiązania uposażeń parlamentarzystów z płacą minimalną. Ten pomysł jest niewłaściwy – zachęcałby do jej nieustannego podwyższania, co miałoby szkodliwy wpływ na rynek pracy i groziło wzrostem bezrobocia.

Bardziej sensowne wydaje się powiązanie ze średnią płacą, a najlepiej – ze średnim dochodem dyspozycyjnym (dochody po potrąceniu wszystkich podatków i składek). Społeczeństwo nigdy nie bogaci się przez wzrost podatków, a taki mechanizm zachęcałby polityków, by jak najmniej pieniędzy zabierać podatnikom.


 „Nasze Czasopismo” nr 6/2018
fot. pixabay.com