Kobiety demokracji

NIE JESTEM CHORĄGIEWKĄ W CZYIMŚ RĘKU

O trudnym kroku z rzeczywistości wirtualnej do realu, codziennej działalności i niezachwianej wierze w ludzi z przedstawicielką „opozycji chodnikowej” z Torunia Danką Stępkowską

rozmawia Katarzyna Wyszomierska

 

Kiedy zrozumiałaś, że nie możesz stać z boku?

W gorącym 2015 roku wyborczym czytałam w necie i komentowałam wiele wpisów osób rozczarowanych sytuacją w kraju. Wśród komentatorów był człowiek piszący celnie, ale bez nienawiści. Pewnego dnia zobaczyłam, że ten właśnie pan dał sygnał do stworzenia czegoś, czego nikt się chyba nie spodziewał. Uznałam, że to dobry pomysł, ale gdy doszło do wpisywania się na listę, zawahałam się. Bałam się przyznać, że jestem z Torunia i miałam wątpliwości, czy nie jest to słomiany zapał. Nie poszłam na spotkanie zawiązującego się wtedy KOD-u.

W styczniu 2016 r., gdy na manifestację do Warszawy pojechało bardzo wiele osób, ja zostałam w Toruniu, by na własne oczy zobaczyć, czy w naszym mieście ludzie również odważą się wyjść na ulicę. Byłam zbudowana, gdy zobaczyłam około 100 osób, pomyślałam: „jest wola, jest nadzieja”. Nigdy nie podejrzewałam siebie o zdolności organizatorskie, ale wiedziałam, że to nie czas na nicnierobienie.

Kim jesteś w realnym życiu? Jak musiałaś je zmienić?

Jestem zwykłą pracownicą biurową, spełnioną zawodowo, matką trojga dorosłych już dzieci. Przychodziłam na spotkania KOD-u, siadałam i słuchałam uważnie, czym KOD będzie się zajmował. Potem już poleciało: akcje ulotkowe, PIKOD-y, wyjazdy do Warszawy i Gdańska na manifestacje, dyżury pod KPRM, „Urodziny Konstytucji”, „Cała Polska śpiewa Odę”…

Dzisiaj, gdy moje drogi z KOD-em się rozeszły, zaczęłam działać w lokalnej inicjatywie pod nazwą „Obywatelski Toruń”. Jest tam wielu fantastycznych ludzi, którzy mają poczucie, że jest wiele do zrobienia, póki sił, wspólnych pomysłów, chęci i zapału wystarczy.

Trudno działa się w Toruniu? Do ojca Dyrektora macie niedaleko…

Pana Rydzyka nie nazwałabym ojcem. Mnie to słowo kojarzy się z bezpieczeństwem, opieką, wiarą w powołanie. Uważam, że ten pan nie wypełnia żadnego z tych kryteriów. Jeśli iść za głosem wiary, to ona nie potrzebuje przepychu, budowania imperium i pozyskiwania środków na nie poprzez manipulację i obrażanie ludzi mających inne poglądy lub wyznających inną wiarę.

W pierwszych wyborach w stowarzyszeniu zostałaś wybrana do zarządu regionu i grupy lokalnej… Jakie to uczucie, mieć społeczne poparcie?

To zaszczyt, ale też więcej pracy i wyzwań. Od samego początku uważałam i nadal uważam, że niezależnie od przynależności do tej czy innej organizacji musimy się wszyscy wzajemnie wspierać; dlatego brałam udział w Czarnych Proteście, protestach rezydentów, zbierałam podpisy do projektu Ratujmy Kobiety, a także nagłaśniałam te wydarzenia, aby przyszło jak najwięcej osób.

A konflikty? Nie zawiodłaś się na ludziach?

Chyba jakoś pozostaję dziecinnie ufna wobec nich. Przy takiej cesze charakteru zbiera się różne doświadczenia. Myślę jednak, że więcej niż spotkało mnie zawodów zyskałam przyjaciół i dobrych znajomych. Co do tych zawodów… nie byłam wcześniej świadoma, jak duży trzeba mieć w sobie margines rozumienia czyichś postaw i wyborów. Nie potępiam nikogo. Kim jestem, by kogokolwiek oceniać lub osądzać? Nie mam czasu się gniewać, a jeśli przykrość jest dotkliwa, nabieram dystansu. Życie mnie nauczyło, że większy problem mają ci, którzy krzywdzą. Cieszę się, że mam okazję to teraz powiedzieć. Wciąż jestem ciekawa poznawania nowych ludzi.

Czym dla Ciebie są rządy PiS? Czy jest jakaś wartość dodana?

Czyż nie jest tak, że od pierwszych chwil sprzeciwu wobec łamania zasad demokracji przez władzę wszyscy, którzy wyszli na ulice, stali się uczestnikami niebywałego i w swych regułach dość bezwzględnego eksperymentu społecznego? Określały ów eksperyment rozmaite siły – począwszy od władzy,
a skończywszy na różnicujących się poglądach co do kierunków działania, jakie powinna obrać opozycja uliczna.

Przyglądając się tym zjawiskom, uczyłam się tolerancji, tak po ludzku, rozumienia stanowisk innych niż moje. To trudna sztuka, a przecież jest podstawą obywatelskiego dialogu. Myślę, że ostatecznie z jednego drobniutkiego elementu eksperymentu społecznego, jaki zawiązała w 2015 r. władza konfrontująca się z Polakami, stałam się – jak wiele bliskich mi osób- kimś, kto mocno trzyma flagę wolności, niż jest ideologiczną chorągiewką w czyimś ręku. Ta świadomość dodaje mi sił.


 „Nasze Czasopismo” nr 6/2018
fot. Marek Krupecki