Polityka

OBJAZDOWA DOCIEKLIWOŚĆ

Wprawdzie wybory samorządowe nie są celem samym w sobie żadnej partii, to jednak ich wynik stanowi ważny prognostyk wyborów parlamentarnych. Dlatego PiS-owi zależy na przejęciu samorządów. Luminarze partii jeżdżą po kraju ze swoją propagandą, a my psujemy im szyki, zadając trudne pytania.

Przemysław Wiszniewski

 

Mamy na podorędziu różne taktyki manifestowania naszej obecności w publicznej przestrzeni. Jako opozycja uliczna od dwóch i pół roku organizowaliśmy marsze i pikiety, licząc na ich masowość. Sprzymierzaliśmy się z parlamentarzystami z opozycji. Gdy po rozpadzie ruchu KOD nasze środowisko się zatomizowało, musieliśmy zacząć stosować inne formy okazywania niezadowolenia z decyzji władzy.

Obywatele RP urządzali kontrmiesięcznice smoleńskie. Teraz, kiedy prezesa boli kolano i miesięcznice zawieszono, taka forma protestu przeciwko zawłaszczaniu przestrzeni publicznej do własnych partyjnych celów straciła sens. Moje środowisko urządza tzw. Literiady, czyli demonstrujemy przed Pałacem Namiestnikowskim pana Dudy przywiązanie do Konstytucji RP i oburzenie, że adresat sprzeniewierzył się roli jej strażnika.

Stajemy się też ekspertami w dziedzinie prawno-sądowniczej. Niektórzy z nas znają na wyrywki poszczególne artykuły ustawy zasadniczej. Dzieje się tak dzięki częstym kontaktom z ekspertami w tej dziedzinie i organizowanym przez nas debatom z ich udziałem. Są to m.in. profesorowie Marcin Matczak, Marek Chmaj, sędziowie Igor Tuleya, Jerzy Stępień, Waldemar Żurek i wielu, wielu innych.

Jeździmy na proces suwalski, który po raz trzeci wrócił do pierwszej instancji, a którego sędziom, którzy uniewinnili KOD-erów, grożą szykany ze strony ministerstwa sprawiedliwości (KOD-erzy zakłócili kampanię wyborczą pani Anders w proteście przeciwko organizowaniu jej w publicznym miejscu za pieniądze podatnika, pod pretekstem otwarcia wystawy poświęconej jej ojcu).

Jedną z takich form są akcje spontaniczne, happeningi. Najbardziej spektakularne jest ostatnio towarzyszenie władzom w spotkaniach z elektoratem. Jak wiemy, po całym kraju jeżdżą przedstawiciele PiS-u ze swoim ideologicznym przesłaniem i apelem o popieranie dobrej zmiany. Majestat i prestiż autorytarnej władzy zostaje jednak podczas tych peregrynacji osłabiony w związku z pojawianiem się wraz z nimi naszych znajomych, zorientowanych w politycznych arkanach.

Scenariusz idealny, nakreślony przez PiS-owskich propagandystów, byłby taki, że funkcjonariusz partyjny, czy to minister, czy premier, nawiedza prowincję witany morzem wdzięczności, uwielbienia i kwiecia. Następnie, zza stołu nakrytego nobliwie zielonym suknem, z dekoracją w postaci paprotki oraz patriotycznych emblematów, gość snuje polityczne wynurzenia, które można sprowadzić do kilku chwytliwych sloganów („Pomożecie?” „Pomożemy!”). Po czym następują pytania z sali, odczytywane z wcześniej przygotowanych kartek, oczywiście słuszne, konstruktywne i po ideologicznej linii.

Rzeczywistość jednak skrzeczy, dzięki zaangażowanym działaczom takich organizacji, jak ORP, OSA, WSK, Odnowa, KOD

Mazowsze i innym. Zadają przedstawicielom PiS-u niewygodne pytania, Siedzą na sali z kartkami z napisem „Kłamiesz!”, etc., słowem psują idyllę, jaką miały być spotkania władców z potulnym i zachwyconym suwerenem.

Stanisława Skłodowska, jedna z uczestniczek owych wycieczek, przypomina, że pomysł narodził się grubo ponad rok temu. Przyjechali na spotkanie z panem Piotrowiczem do Konstancina. Miał mówić o konstytucji w sali konferencyjnej zakonu bodaj Pallotynów. Chcieli go stosownie powitać, ale wszedł od tyłu. Wówczas zasiedli wśród publiczności,
a podczas spotkania wyciągnęli sztandary KOD-u.

Jeden z sympatyków „dobrej zmiany” zarzucił Stanisławie, że jest ateistką i że zapewne trzyma pod poduszką czerwoną legitymację. Moja informatorka poczuła się tą insynuacją dotknięta. Stwierdziła, że może go przepytać z katechizmu i że na pewno test nie wypadnie dlań najlepiej. Odniosła się też do zarzutów o związki z komuną w ten sposób, że to raczej on, jako zasiedziały mieszkaniec Konstancina, mógłby się tłumaczyć, skąd udała mu się taka luksusowa lokalizacjaPotem pojechali do Wyszkowa na spotkanie z Krystyną Pawłowicz. Urządzono tam taki happening, że zamówiono prelegentce catering sałatkowy. Pani poseł zwymyślała naszych od „KOD-ziarstwa” i w asyście pięciu policjantów ewakuowała się z miejsca spotkania. Widać było, jak bardzo nieoczekiwana sytuacja ją przeraziła. Na sali było co najmniej pięciu księży. Stanisława miała im za złe, że pozwolili na stek pomyj, jaki wylał się ze strony klakierów na jej i pozostałych przybyłych głowy. Uczestniczyli jeszcze w spotkaniu z panią Anders.

Obecna seria wyjazdów opozycji ulicznej w ramach przeciwdziałania kampanii propagandowej pod hasłem „Polska jest jedna”, jest zatem wznowieniem pomysłu ubiegłorocznego. Jeżdżą za ministrami, za premierem Morawieckim, za nowym ministrem rolnictwa, który w Opocznie pojawił się w towarzystwie pana Macierewicza.

Ministrowi Szyszce Stanisława podała posypkę czekoladową w słoiczku, pytając, czy umie rozpoznać, jaka to odmiana kornika drukarza. Były minister dał się „wkręcić” i nazwał posypkę po łacinie. Byli u Kuchcińskiego w Pruszkowie, u Terleckiego w Radomiu.

Luminarze PiS-owscy stają się nerwowi. Opuszczają sale przed czasem, przerywają spotkania. Nasi rozwijają transparenty komentujące rzeczywistość polityczną, z którą im nie po drodze. Klakierzy atakują naszych. Stanisława w zwarciu z suwerenem doznała kontuzji palca, ale nie dała sobie wyrwać transparentu. Protestujący dostają się w oko cyklonu i narażają na dramatyczne incydenty, należy się im zatem podziw za odwagę. Akcja rozszerzyła się zresztą na całą Polskę. Znamy incydent gdański i ten z Nowego Sącza: przedstawiciele PiS-u uciekają przed konfrontacją w popłochu.

„Gazeta Polska” opublikowała obszerny tekst o naszych wyczynach, określając aktywistów mianem „Lotnej Brygady Opozycji”. Oczywiście traktujemy to jako komplement. Należy sobie jednak zadać pytanie, co dają tego typu akcje? Pokazują władzy, że nie wszyscy Polacy są bierni, niczym stado baranów prowadzonych na rzeź. Że są i tacy, którym „dobra zmiana” się stanowczo nie podoba. Że władza nie może czuć się całkowicie bezkarna.

Pokazują szerokiej opinii publicznej, że należy korzystać z naszych praw obywatelskich, prawa do protestu, wolności słowa, wyrażania przekonań. Do krytyki rządzących. Pokazują, w czym konkretnie „dobra zmiana” zawiniła, ponieważ tego dotyczą niewygodne pytania. Pokazują wreszcie nam, opozycji chodnikowej, że wciąż można być aktywnym, nie składać broni, nie popadać w marazm i beznadzieję. Jeśli władza chce znać opinię o sobie, należy jej w tym dopomóc. Trochę śmieszno, trochę straszno, lecz na pewno skutecznie. Kampania wyborcza dla PiS staje się prawdziwą drogą przez mękę.


 „Nasze Czasopismo” nr 6/2018
2018 05 17 Ministra Anders w Suwałkach, fot. Katarzyna Pierzchała