Społeczeństwo

MYŚLI BIEGACZA

Dwudziesta druga dziesięć, wychodzę pobiegać. Do wykonania planu tygodniowego czterech półgodzinnych biegów został już tylko dzisiejszy. Stoję na ulicy i z ciekawością detektywa rozglądam się próbując przewidzieć co lub kto tym razem spróbuje przeszkodzić mi w utrzymaniu rytmu biegu.

Biegnę. Jak na razie tylko jeden pies na smyczy i grupka młodzieży na mojej drodze – wszystko w jednym czasie i akurat na najwęższym chodniku jaki mam na swojej trasie biegu. Wymijam psa ratując się ucieczką na trawę.

Biegnę dalej. To jest ten czas, który pozwala na zebranie myśli, względnie dla odmiany i w zależności od potrzeby, całkowite wyłączenie procesów myślowych. Jestem sam ze sobą, bez odcinających mnie od świata zewnętrznego słuchawek. Lubię wsłuchiwać się w dźwięki miasta. Pierwszy kilometr – poszło gładko. Mijam „biedrę” i od razu przypomina mi się, że miałem kupić papier szczęścia w rolkach i żółty ser. Zadziwiające skąd tego typu sprawy pojawiają z głowie. Drugi kilometr bez większej zadyszki. Dzisiaj myśli przewijają się głównie wokół pracy. Nowy zespół, nowe wyzwania, co zrobiłem dobrze a co źle, co jutro do zrobienia, czy Aga i Piter dadzą radę ze wszystkimi zadaniami? Na pewno dadzą. W myślach plan pracy na jutro prawie cały ułożony. Przed trzecim kilometrem zmiana biegu w dwuminutowy marsz. Chwila na kilka głębszych oddechów i ruszam dalej – kolejny pies, tym razem bez smyczy. Po jego minięciu wpadam za zakrętem na psa kalekę. Odskakuję w bok – cudem udaje mi się go wyminąć. Oddalając się słyszę tylko skrzypienie kółek podtrzymujących jego tułów. Myślę, jak to jest, że zawsze znajdzie się ktoś lub coś, co postanowi wpaść mi pod nogi – chyba taki już los biegacza.

Czwarty kilometr. Pierwsza lekka zadyszka. Myśli zaczynają krążyć wokół jedzenia. Czy nie za późno zjadłem przed bieganiem i …czy mam co jutro wziąć do pracy do jedzenia. Znów mijam „biedrę”. Szkoda, że nie mam ze sobą karty płatniczej. Piąty kilometr. Jestem już blisko mety. Teraz przemyślenia krążą wokół bólu kolana. Za tydzień zaczynam rehabilitację, ale dam radę jeszcze przebiec dwa razy. Podobno sport to zdrowie – moje kolano mówi co innego. Pewnie nie wytrzymuje masy jaką musi dźwigać. W myśli mam opowiastkę o bąku, który ma za małe skrzydełka do swojej masy – zgodnie z prawami fizyki nie powinien latać, ale o tym nie wie.

Meta. Prawie sześć kilometrów w pół godziny. Nie jest źle jak na biegacza z nadwagą i kontuzją. Co ja zrobię, gdy już nie będę mógł biegać? Trzeba się będzie przerzucić na coś innego, co pozwoli oczyścić umysł i dokonać defragmentacji dysku.

Radosław Jan

 „Nasze Czasopismo” nr 8/2017
fot. pixabay.com