Felieton

CHIŃSZCZYZNA

Statystyczny Europejczyk ma w nosie, czy zajada swą ulubioną sałatkę z talerzyków Rosenthala, zrabowanych Żydom w czasie II wojny światowej, czy z miseczek pokrytych krwią chińskiego robotnika pracującego w ekstremalnie trudnych warunkach, nierzadko zaś w obozach pracy. A przecież zamożni mieszkańcy Starego Kontynentu mogliby kupować zastawę stołową, także podkoszulki, zabawki i inne gadżety, które wyprodukowali robotnicy pracujący w humanitarnych warunkach, np. w Europie. Mogliby kupować, ale tego nie robią, bo te, wytworzone w Chinach są o parę eurocentów tańsze. Kupują więc chińszczyznę i jednocześnie, słysząc o wyzysku chińskich robotników, robią współczującą minę zawalając Facebook lamentami i szczerym oburzeniem. Wspierając chińską gospodarkę przy okazji pakują się na minę ekologiczną, która zniszczy starą, dobrą Europę, bo, pomijając niehumanitarne warunki panujące w fabrykach Państwa Środka, jakość wytwarzanych tam produktów jest tak niska, że kosztów utylizacji, jakie za to ponosimy i poniesiemy, nie sposób sobie nawet wyobrazić. Gdyby więc ci wszyscy miłośnicy demokracji, obdarzeni głęboką empatią i głoszący pod niebiosa miłość bliźniego, skrzyknęli się i przestali kupować chińskie badziewie, zmusiliby władze w Pekinie do rozpoczęcia reform zmierzających do demokratyzacji życia, a przy okazji zmusiliby też przewodnią siłę chińskiego narodu do przyjęcia pakietów ustaw, które przestaną rujnować środowisko. Ponadto, gdyby ci wszyscy Europejczycy zgodzili się zapłacić zaledwie parę groszy więcej za wyroby, których nie opłaca się produkować w Europie, wówczas warunki pracy w chińskich fabrykach mogłyby być lepsze, a i jakość produktów też mogłaby być wyższa, dzięki czemu cała planeta złapałaby większy oddech. (Oczywiście taki zabieg wymagałby specjalnych umów i stałego monitorowania tamtejszych fabryk, ale jest to przecież do zrobienia.) Jednak o podobnych rozwiązaniach mało kto myśli, bo dla wielu Europejczyków takie wartości jak prawa człowieka i ekologia to po prostu przysłowiowa, najczystsza w swej formie chińszczyzna.

Lekkomyślność, bezduszność i chciwość przeciętnego mieszkańca Europy (a i Amerykanina także) widać najlepiej na przykładzie wielkich producentów i sieci handlowych, które rozdają karty stałego klienta, stwarzają przyjazną wręcz familijną atmosferę, a jednocześnie ściągają wszystko z Chin. (To zupełnie tak, jakby swego czasu otwarto hipermarket przy Auschwitz i w przesyconej muzyką atmosferze radości i ogólnej kanikuły sprzedawano mydło i inne produkty zrobione za drutami.)

Europejczycy – obudźcie się! Zajrzyjcie do swych szaf, zerknijcie na biurka i do wnętrz samochodów i policzcie, ile produktów pochodzi z Chin. I nim jutro założycie koszulkę z metką “Made in China” i pobiegniecie na demonstrację manifestować w obronie praw człowieka, zastanówcie się, czy wasze pokrzykiwania przyniosą efekt, dopóki swymi pieniędzmi będziecie wspierać władze w Pekinie.


 „Nasze Czasopismo” nr 8/2017
fot. Piotr Woźniak