Felieton

ZŁAPANI W SIEĆ REKLAMY

Osaczają nas zewsząd. Najrozmaitszymi drogami ktoś próbuje do nas dotrzeć i przekonać, że bez jego produktu nasze życie straci blask i sens.

Kama Scudder

 

Na ulicach krzyczą billboardy, skrzynki pocztowe pękają od ulotek, a w galeriach handlowych niemal każde święto zaczyna się przynajmniej miesiąc wcześniej. Wyjątek stanowi błyskawiczna zmiana dekoracji po Halloween na Wszystkich Świętych. Dzień czy dwa później już królują choinki, bombki i gwiazdkowe przeboje. Wielkanocne króliki też zaczynają hasać po sklepowych półkach, gdy jeszcze gawrony nawet nie myślą o odlocie, a dzieciaki szaleją na sankach. To specjalnie dla klientów, których dopadł atak sklerozy i zapomnieli o świętach. Zamiast wybrzydzać, powinni być wdzięczni handlowcom, że traktują ich jak ludzi specjalnej troski.

Reklamowanie na śniadanie

Polem do popisu dla firm jest telewizja. Rozumiem, bez reklam bylibyśmy skazani na dwa mało fascynujące kanały i może kilka płatnych. Chociaż jeszcze za panowania TVP1 i TVP2 pojawiły się pierwsze, nieśmiałe próby reklamowania mordu na prusakach i „sosów Billi w każdej chwilli”. W następnej „chwilli” znikły w tajemniczych okolicznościach. Pewnie wyemigrowały.

Fachowcy twierdzą, że filmiki są dopasowywane do targetu. Dlatego w telewizji śniadaniowej mamusie robią pranie albo myją tysiąc talerzy jedną kroplą płynu, radzą się przyjaciółek, czy szczepić swoje pociechy, a zainfekowane dzieci kichają i parskają. Potem nadchodzi pora obiadu, domownicy zajadają ze smakiem, aż tu nagle bum, reklama kleju do protez. Można tylko współczuć panu, który do tej pory nieświadomie wcinał wyłącznie kaszki, kleiki i kisiele, ale lekarz oświecił go – można kleić! Teraz pewnie uda mu się nadgryźć nawet szafę. Apetyt w rodzinie jakby mniejszy przez tę protezę, ale to nic. Za chwilę wkraczamy do krainy pieluch. Szczebiotliwy głosik pyta: „Gdzie podziała się kupka?” No właśnie, gdzie? Trzeba chyba wyruszyć na poszukiwania, bo jeść i tak się odechciało. Trudno, najwyżej zostanie na jutro. Późnym wieczorem jest lżej, królują reklamy samochodów, perfum i środków na męską potencję. To nawet logiczne, zjadłeś kolację, obejrzałeś film, więc bierz się do roboty.

Telefony, telefony

Wydzwanianie na telefony stacjonarne biegnie dwoma nurtami, celowanym i przypadkowym. W celowanym produkt dostosowany jest do wieku, więc seniorom oferują już tylko rehabilitację, uzdrawiające komplety pościeli z wełenki, badania na osteoporozę, garnki, które śpiewają, tańczą i przy okazji gotują, seans ze słynnym kucharzem, bynajmniej nie erotyczny i inne dosmucające zagadnienia. W nurcie przypadkowym króluje pełna improwizacja, jakaś pani zapytała mnie z rozbrajającą szczerością, do którego miasta właściwie się dodzwoniła. Inna zaczęła roztaczać cudowną wizję produktu, więc grzecznie podziękowałam i odłożyłam słuchawkę. Za moment znów dzwoni i oburzona krzyczy: „Ale ja jeszcze nie skończyłam!”.

Nagminne jest przedstawianie się: „Moje nazwisko Anna Kowalska”. Jak wobec tego ona ma na imię? Konsultanci zachowują się jak nakręceni i słuchają tylko siebie. Mogłabym mówić w narzeczu afrykańskim, dla nich bez różnicy. Mam słuchać i się zgadzać, bo od tego zależy ich prowizja.

Groźne mogą być telefony z banków. Zawarcie tą drogą umowy o kredyt bywa kiepskim rozwiązaniem. Najpierw Konsultant przedstawia same blaski oferty, a gdy już umowa przyjdzie pocztą, pojawią się też cienie. Bo np. oprocentowanie jest obniżone tylko na miesiąc albo trzeba zapłacić horrendalną składkę ubezpieczenia. Często bywa jak w bardzo starych dowcipach o sowieckim radiu Erewań, że właściwie to nie samochody, tylko rowery i nie dają, tylko kradną.

Uwielbiam telefony z banku oferujące ubezpieczenie. Konsultant opowiada mi, ileż to rąk i nóg mogę stracić w wypadkach, ale jest rozwiązanie. Ubezpieczenie wypłacone rodzinie osuszy łzy niczym chusteczka. Choć cedzę przez zęby, że nie znoszę być straszona, niezrażony pracownik brnie dalej: „Nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć.” No właśnie, a może żelazko spadnie mi na głowę jak u mistrza Gałczyńskiego i nie zdążę przelać raty?

Z zapartym tchem czekam na telefony od konsultantów oferujących mi lepszą ofertę niż obecna – telewizyjną, bankową czy inną. Gdy pytam, czy wie, jaką mam teraz, w słuchawce zapada głucha cisza. Trzeba być czujnym i nie wyrywać się przed orkiestrę, bo z takich umów później trudno się wyplątać.

Opisując sidła reklamowe, nie sposób pominąć SMS-ów. W peletonie są wróżki i wróże. Zapewniają, że tylko oni wiedzą, co mnie spotka, że jeszcze takiego układu kart nie widzieli. To ile oni żyją na tym świecie, ze dwa lata? I tak sprawnie wystukują literki? Tylko pogratulować. Kiedyś wpadła mi wiadomość religijna, że Jezus na mnie czeka. Jeszcze bardziej wystraszył mnie SMS, że ktoś obserwuje mnie z daleka, ale nie ma śmiałości podejść. Skądś jednak ma mój numer telefonu. Poczułam się inwigilowana jeszcze bardziej niż zwykle. Ktoś za mną łazi, a ja nawet nie wiem kto.

W razie gdybym odczuła gwałtowną falę niekochania i samotności, na to też jest lekarstwo. Wystarczy wysłać SMS ze słowem „miłość” i natychmiast otrzymam wyznanie np. z okazji Dnia Kobiet, Walentynek lub Dnia Orgazmu. W Rosji wypożyczają wiązanki kwiatów 8 marca, dlaczego więc nie wypożyczyć sobie wyznania uczuć?

Szał nie ominął również Facebooka. Niedawno pojawiła się reklama zakładu pogrzebowego. I co mam zrobić? Kliknąć ikonkę, że lubię, a może przykro mi?


 „Nasze Czasopismo” nr 8/2017
fot. pixabay.com