Polityka

UNIA EUROPEJSKA TO NIE TYLKO FUNDUSZE!

Rozmowa z dr Markiem Prawdą, Dyrektorem Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, byłym ambasadorem RP w Szwecji i Niemczech.

 

Jak Pan wspomina przystąpienie Polski do Unii Europejskiej?

Byłem wtedy ambasadorem RP w Szwecji. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z minister spraw zagranicznych Anną Lindh – to było krótko przed polskim referendum akcesyjnym. Miałem wątpliwości, czy uzależnianie wstąpienia do Unii od wyniku referendum było dobrym pomysłem. Obawiałem się, że nie uda nam się osiągnąć wyznaczonej przez nas samych granicy 50% frekwencji. Wtedy usłyszałem od pani Lindh, że organizacja tego referendum jest dokładnie tym, co powinniśmy zrobić. W Szwecji mają ciągły kłopot z tłumaczeniem ludziom wagi bycia w Unii, a przy okazji wyborów partie prześcigają się w tłumaczeniu, kto lepiej ich obroni przed Unią Europejską. Dlatego, jeżeli chcieliśmy zrobić taki ważny krok, to musieliśmy postawić społeczeństwo przed realnym wyborem i zdobyć mandat społeczny.

Naturalnie kierowały nami inne motywacje, niż w przypadku Szwecji. Dla nas to był romantyczny czas wyobrażania sobie tego nowego świata. Każde społeczeństwo musi mieć swoją własną opowieść o swoim miejscu w Unii Europejskiej i swoje uzasadnienie.

Szkoda, że nie udało się przygotować Polski od razu do przyjęcia wspólnej waluty. Obecnie to ważne i trudne zagadnienie…

Dzisiaj wielu polityków przyznaje, że wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak kluczowa i jak trudna z prawnego punktu widzenia to będzie kwestia, i sprokurowaliśmy pewien kłopot. To był czas bardzo oczywistych zamierzeń i marzeń związanych z przystąpieniem do UE. Tymczasem teraz widzimy, że dalsze kroki integracyjne będą się rozwijać wokół euro.

Czy istnieje dzisiaj szansa, by Polska przyjęła euro?

Prawnicy próbują szukać rozwiązań, jest wiele opinii prawnych na ten temat. Przyjmujemy, że do tego potrzebny jest polityczny mandat.

Valdis Dombrovskis, Komisarz ds. euro i dialogu społecznego z Łotwy opowiadał mi ostatnio, że w jego kraju poparcie dla euro przed jego przyjęciem wynosiło jedynie 30%. Pomimo tego zdecydowali się na przestąpienie do strefy euro i dzisiaj cieszą się aż 70% poparciem dla wspólnej waluty.

Jednak nie wszystkie przykłady z małych krajów dają się przełożyć na duże.

Czy w kontekście przemian w UE dla Polski dziś bardziej niebezpieczny jest brak euro, czy problemy z praworządnością?

Myślę, że niechęć do przystąpienia do euro, odsuwanie debaty na ten temat, w połączeniu z takimi czynnikami jak kłopoty z praworządnością czy polityką klimatyczną, mogą sprzyjać pewnej izolacji kraju. Jeżeli integracja będzie się odbywała wokół grupy euro, to Polska może być wśród krajów, które będą traciły na reformach w UE i mocniej odczują negatywne skutki Brexitu. Do tego dodamy nienajlepszą – w sytuacji izolacji – pozycję negocjacyjną i mamy gotowy przepis na kłopoty. Polskie środowiska krytyczne wobec UE mogą uznać, że polityki unijne, np. związane z euro czy klimatem, są dla nas za trudne do zrealizowania i lepiej będzie w tej Unii nie być.

Mści się to, że nasze członkostwo w UE w nadmiernym stopniu uzasadnialiśmy funduszami i takimi oczywistymi korzyściami jak swobodny przepływ osób. Choć są to niezmiernie ważne, wspaniałe rzeczy, nie przesądzają jednak o tym, jak egzystencjalnie ważne jest by być w UE. Najważniejsze jest to, że Polska dzięki członkostwu mogła podnieść status swojego szeroko rozumianego bezpieczeństwa. Powstało otoczenie polityczne i prawne, w którym polscy przedsiębiorcy mogli się lepiej rozwijać i korzystać z dobrodziejstw wspólnego rynku. W ten sposób budowano dobrobyt Polaków. Nawet jeśli nie byłoby tych funduszy, to warto byłoby być w Unii. Dlatego potrzebna jest w Polsce debata, która pomoże nam zrozumieć wszystkie prawdziwe atuty, które daje członkostwo w UE, i jednocześnie pokaże ryzyka związane z ich utratą.

Dostrzegam teraz pewien czarny scenariusz. Zapewne będziemy mieć mniej funduszy – z różnych powodów, także dlatego, że siłą rzeczy polityka spójnościowa będzie odgrywała mniejszą rolę. Dodatkowo może ziścić się wizja Europy dwóch prędkości. To wszystko razem może działać bardzo demotywująco na polskie społeczeństwo – ,,po co być w Unii skoro będzie mniej pieniędzy”. Nie widzimy tych prawdziwych korzyści, które daje nam bycie w Unii, w jej centrum decyzyjnym.

Czy naprawdę wykorzystujemy szansę, jaką jest członkostwo w UE?

Pamiętam moją rozmowę w 2012 roku z komisarzem Johannesem Hahnem, który zajmował się m.in. funduszami. Mówił, jak ważne jest, by Polsce się udało. Polska jest głównym adresatem pomocy unijnej – jeśli Polsce by to źle wychodziło, to cała polityka spójności byłaby trudniejsza do uzasadnienia. A esencją UE jest zasypywanie rowów między bogatymi a biednymi.

Mam kontakt z wieloma ludźmi na prowincji, którzy zajmują się funduszami unijnymi. To oni od lat otwierają mi oczy, pokazują, jak bardzo Polska się zmieniła. I to właśnie ta Polska powiatowa, gminna.

Myśli Pan, że w obecnej polskiej rzeczywistości możliwa jest prawdziwa i uczciwa debata na temat UE, kierowana do całego społeczeństwa?

Doświadczamy oczywiście olbrzymiej polaryzacji w Polsce. Widać medialny podział i wysiłek pewnych środowisk wkładany w obrzydzanie UE, bezrefleksyjne obwinianie jej za wszystkie problemy. Nie ma innej drogi, jak rzeczowa debata. Sporu o UE nie może rozwiązać ktoś z zewnątrz. Polskie społeczeństwo musi samo z siebie wydobyć siłę, by zmierzyć się z tym, co składa się na członkostwo w UE. Żeby rozmawiać otwarcie o tym, co się udało, a co powinno być lepsze, ale bez realizowania jakichś zamówień politycznych. Dlatego my jako Przedstawicielstwo angażujemy się w działania związane z debatą społeczną o tym, co naprawdę dało nam członkostwo w UE.

Chciałbym tu wspomnieć o Europejskim Korpusie Solidarności. To zrodzona w ubiegłym roku inicjatywa adresowana do młodych ludzi ze środowisk wiejskich i małych miasteczek. Chodzi o zaproszenie osób w wieku między 18 a 30 rokiem życia do takich działań jak np. pomoc społecznościom lokalnym po katastrofach naturalnych, umacnianie demokracji lub rozwiązywanie problemów społecznych. Pomoc ta może być udzielana w dowolnym kraju unijnym. Planujemy do 2020 roku zaangażować ok. 100 tys. osób. Niedawno Unia stworzyła niezbędną legislację, w wielu krajach rejestrowane są już organizacje pośredniczące. Z założenia ma to być okazja dla środowisk takich, jak np. młodzi ludzie związani z Ochotniczą Strażą Pożarną w jakiejś gminie. Uczestnicy poznają Europę poprzez praktyczne doświadczenia i wspólne rozwiązywanie problemów, co pozwoli im samodzielnie wyrobić sobie pogląd na temat tego, czym naprawdę jest UE.

Jak zatem rozumie Pan funkcje i cele stawiane przed Przedstawicielstwem Komisji Europejskiej w Polsce?

Przedstawicielstwo stara się wyjaśniać i lepiej zrozumieć Warszawie Brukselę, a Brukseli Warszawę. Stwarzamy przestrzeń do współpracy w różnych dziedzinach gospodarki m.in. dla możliwie najlepszego wykorzystania funduszy unijnych. Chcemy też brać udział w rozmowie o przyszłości UE, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach.

Gdy rozpocząłem swoją pracę w Przedstawicielstwie pierwszym operacyjnym celem było przekonanie Ministerstwa Rozwoju do większego korzystania
z “planu Junckera” – planu inwestycyjnego. UE dostrzega dużą ilość płynnego pieniądza, który jest wciąż niedostatecznie wykorzystywany. W związku z tym stworzono Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych, którego celem jest zachęcenie państw do korzystania z instrumentów finansowanych, w tym korzystnych pożyczek, a nie tylko z grantów. Dobrze stosowane instrumenty finansowe, , kiedy nabędziemy pewnego doświadczenia w tym zakresie, mogą być naprawdę bardzo skuteczne.

Przedsiębiorcy narzekają na biurokrację, która powoduje, że czasami te pożyczki tracą sens.

Kiedy przyjechałem do Polski realizowano tylko jeden projekt w ramach EFIS, a dziś jest ich 20. To prawda, że jest to skomplikowane, ale nie aż tak, żeby było niewykonalne. Z drugiej strony problem, o którym Pan wspomniał, też został rozpoznany. Niedawno, bo 11 lipca, Komisarz Corina Crețu powiedziała, że Komisja Europejska powinna rozważyć możliwość wprowadzenia ułatwień w dostępie do funduszy unijnych. Mniej przepisów to lepsze wyniki i mniej błędów.

Zgodziliśmy się, że UE to coś więcej niż tylko fundusze i łatwość podróżowania. Jednak w kontekście Brexitu znowu wraca temat swobodnego przepływu osób.

Uważam, że rzeczą ważną jest swoboda wyjazdu i pracy gdziekolwiek, ale nie wpadam w zachwyt nad emigracją. Uważam, że skala emigracji z Polski jest niepokojąca. Wszyscy przedsiębiorcy podkreślają, że są w trudnej sytuacji, bo brakuje rąk do pracy. Polska polityka zbyt naiwnie oceniała emigrację. W naszym interesie jest wzmacnianie rynku pracy i zwiększanie liczby zatrudnionych – na szczęście w tym zakresie obserwujemy ostatnio dobry trend.

To jest kwestia wyważenia. Gdy byłem ambasadorem w Szwecji, tylko w okolicy Sztokholmu było ok. 1000 polskich lekarzy zrzeszonych w ogólnokrajowym związku – to jest bardzo dużo i musi dziwić, że tak lekką ręką zgodziliśmy się na taką stratę. Oni są tam bardzo cenieni – koledzy dyplomaci z innych krajów często pytali mnie, czy nie znam jakiegoś lekarza, bo uważali, że polscy są znakomici.

Kiedy pytałem Szwedów co się stało z ich lekarzami, to odpowiadali, że wyjechali do Norwegii. Czyli wniosek jest taki, że Szwedzi pracują w Norwegii, Polacy w Szwecji, a my werbujemy Rosjan albo Ukraińców. W pewnym momencie z dużym zainteresowaniem obserwowałem, gdy w debacie publicznej – szczególnie we wschodniej Polsce – pojawiły się wątpliwości na temat tego czy etycznym jest ściąganie do naszego kraju lekarzy z Ukrainy.

Spotkałem się z pytaniem o możliwość administracyjnego ograniczenia tego zjawiska.. Ale przecież przystępowaliśmy do Unii, żeby ludzie mieli możliwość samodzielnego wyboru miejsca pracy. Niemniej jednak trzeba sobie zdawać sprawę z konsekwencji społecznych i z tego, że w pewnych zawodach brakuje potem fachowców.

KE przedstawiła tzw. białą księgę zawierającą możliwości zmian w UE. Wariant pierwszy można zdefiniować jako “kontynuację obecnego kształtu”, wariant drugi określany jest słowami ,,tylko wspólny rynek”, trzeci – ,,kto chce, robi więcej”, czwarty – ,,mniej, ale efektywniej”, wreszcie piąty – ,,robić wspólnie znacznie więcej”. A który wariant Pana zdaniem jest najbardziej prawdopodobny i dokąd faktycznie będzie teraz zmierzać Europa?

Przewodniczący Jean-Claude Juncker zaprosił państwa unijne do wypowiedzenia się na temat ich oczekiwań wobec Unii. Te pięć scenariuszy ma być takim opisaniem wariantów, jakie się pojawiły w debatach. Zdajemy sobie sprawę, że pierwszy i piąty są mało realistyczne. Pierwszy wydaje się najmniej pożądany – wszystko ma iść, jak do tej pory. Piąty, czyli bardziej sfederalizowana Europa, uznaje się za zbyt ambitny. Powszechne jest przekonanie, że ostatecznym rezultatem tej debaty będzie mieszanina drugiego, trzeciego i czwartego scenariusza – czyli kraje, które chcą więcej, mają prawo integrować się w jakichś dziedzinach i nikt ich nie powinien powstrzymywać. My także zleciliśmy takie badanie na reprezentatywnej próbie naszego społeczeństwa – wygrał scenariusz czwarty. Drugie miejsce zdobył, co ciekawe, ten najbardziej ambitny, który – nawiasem mówiąc – wygrał w Niemczech.

Tak, czy inaczej dojdzie do większej integracji strefy euro…

Jeśli chodzi o wspólną walutę dostrzegam trzy opcje dla Polski. Możemy wejść na ścieżkę przystąpienia do euro. Drugi wariant to przynajmniej starać się zachować spójność strefy euro i krajów takich jak Polska, a w jakiejś odległej perspektywie myśleć o euro. Możemy także mówić, że nie chcemy się ściślej integrować i nie życzyć sobie, by inni to robili. Jednak ostatni wariant jest zupełnie nierealistyczny i oznacza w efekcie samoizolację.


fot. Piotr Olczak
„Nasze Czasopismo” nr 8/2017