Polityka

TO NIE JEST CZAS NA MAŁOŚĆ

O celach i strategii, popełnionych błędach i perspektywach na przyszłość z Piotrem Misiło, posłem i wiceprzewodniczącym klubu parlamentarnego .Nowoczesnej

rozmawia Ewa Krawczyk-Dębiec

 

Jaki cel przyświecał .N na początku jej istnienia? Tylko wejście do parlamentu, czy chcieliście zrobić jeszcze coś innego?

Ludzie, którzy się spotkali, byli mocno zaangażowani ideowo w „Świecką Szkołę”, w rozdział Kościoła od państwa w ogóle. Chcieli reformy systemu podatkowego, sprofesjonalizowania tych sfer w gospodarce, które są państwowe i zależne od państwa. Chcieli, aby państwo zmieniło myślenie o biznesie i przedsiębiorcach.

Swoistym merytorycznym zalążkiem dla .N była pewna notatka sporządzona w 2014 r., kiedy ministrem finansów był Mateusz Szczurek z Platformy Obywatelskiej. Wynikało z niej, że ministerstwo wymagało od urzędów skarbowych, aby każda kontrola kończyła się pozytywnie, czyli nałożeniem kar finansowych na podatników. Zakładano, że każdy przedsiębiorca jest przestępcą, co dla mnie, który funkcjonował przez kilkanaście lat w biznesie, jest niezrozumiałe i aberracyjne.

To samo dzieje się teraz. Mateusz Morawiecki zrobił z przedsiębiorcy przestępcę.

Teraz jest znacznie gorzej. Zamiast pomagać ludziom w spokojnym tworzeniu biznesu, zaufać im, ściągać niskie i czytelne podatki, robi się wszystko, by obarczyć ich jak największą liczbą danin i skomplikować system prawny. Uproszczenie ordynacji podatkowej było i jest jednym z moim celów. Przedsiębiorca musi czuć, że stoi za nim aparat państwowy, któremu może zaufać i nikt nie będzie go ścigał za bycie przedsiębiorcą. Obecnie jest zupełnie odwrotnie . To pierwsza rzecz.

Druga to ustawa o VAT. To, jak jest skomplikowana, wiedzą najlepiej ci, którzy go płacą. Stwarza to też różne możliwości nadużyć. Uproszczenie ustawy o VAT powinno być priorytetem każdego rządu, a nie jest. Trzeci obszar to kodeks pracy, który wymaga uelastycznienia i dostosowania do nowego sposobu myślenia o rynku pracy. Musi być rozważnym kompromisem między pracodawcą i pracownikiem, a państwo nie może przeszkadzać.

Potrzebna jest też profesjonalizacja kadry menadżerskiej w ministerstwach i spółkach skarbu państwa. Za rządów PO było to często puste hasło, ale to, co zrobił PiS, jeszcze kilka lat temu nie przyszłoby nam do głowy. Że burmistrz Pcimia – pan Daniel Obajtek – został prezesem największej polskiej firmy. Że wiceministrami są dyletanci, którzy często dostawali nagany za pracę w swoich zawodach, a dzisiaj decydują o wielomiliardowych budżetach czy o stanowieniu prawa.

PiS to nie tylko problem wewnętrzny Polski.

Na arenie międzynarodowej mamy dyplomatyczne wojny ze wszystkimi. Jedynym, zresztą takim pseudosojusznikiem wydają się być Węgry, a sąsiadem z którym się jeszcze nie skłóciliśmy, jest Morze Bałtyckie, choć nie jestem pewien, czy i tej relacji PiS nie jest wstanie zepsuć. Węgry, kiedy przychodzi do decydujących rozstrzygnięć, to mrugają do UE okiem, tak jak w głosowaniu nad szefostwem Donalda Tuska w Radzie Europejskiej. Węgry są mniejszym krajem od Polski i mają inne położenie geopolityczne. Co wolno Węgrom, nie powinno uchodzić Polsce. To nie jest przykład do naśladowania.

My jesteśmy obecnie otoczeni międzynarodowym ostracyzmem, mimo że PiS opowiada inne rzeczy. PiS kłamie. Pokłócił nas z Francuzami, Niemcami i USA. Jeśli przedstawiciel Białego Domu mówi, że nie podobają im się polskie ustawy, bo są sprzeczne z zasadą praworządności, daje jasny sygnał, że nie będzie to w USA tolerowane. Tam instytucje są czymś nadrzędnym. Donaldowi Trumpowi nie przyjdzie do głowy, aby upolitycznić Sąd Najwyższy.

W Polsce instytucje pod rządami PiS-u są fasadowe i upolitycznione. Krajowa Rada Sądownictwa, Trybunał Konstytucyjny, za chwilę Państwowa Komisja Wyborcza i Sąd Najwyższy. To jest największym przekleństwem i bolączką Polski. Prezes PiS Jarosław Kaczyński steruje dziesiątkami procesów w tych fasadowych instytucjach, które powinny być od polityki niezależne. Takie ręczne sterowanie nie może i nie skończy się dla Polski dobrze. W .N także wiele osób próbowało sterować ręcznie procesami i strukturami, co doprowadziło naszą partię na skraj politycznego niebytu.

Widzimy także, co się stało w Turcji. Erdogan wprowadził autokratyzm, a za chwilę będzie to dyktatura wprost wyznaniowa. Oczywiście Turcja jest w NATO i ma jedną z największych armii świata, więc wszyscy muszą się z nią liczyć. Mają jednak świadomość, że w tym kształcie nigdy nie zostanie przyjęta do UE. Polski nikt z Unii nie wyrzuci, ale całkowicie nas zmarginalizują.

Obawiam się, że społeczność międzynarodowa nam nie pomoże, tak jak nie pomogła Ukrainie. Uzna, że to są nasze wewnętrzne sprawy, a PiS jest legalnie wybraną władzą.

Ciężko na to pracujemy. Ja jednak głęboko wierzę, że Polacy, którzy są nie tylko geograficznie, ale i mentalnie Europejczykami, nie pozwolą, aby PiS zniszczył wolność wypracowaną w 1989 r. Mamy wolną wolę i jako naród wybraliśmy ludzi w demokratycznych wyborach, więc PiS jest i rządzi, ale Polacy mogą to zmienić i zmienią to. Nikt inny za nas tego nie zrobi.

Jak to wszystko się ma do korzeni .Nowoczesnej?

Sfera gospodarcza to coś, co zatraciliśmy i jako współzałożyciel .N nie mogę się z tym pogodzić. Zamiast kreować nową rzeczywistość w obszarze gospodarki, skupiliśmy się na kwestiach ideologicznych. Jest to oczywiście ważne, ale pod obecnymi rządami polityczna walka o liberalizację prawa do aborcji jest irracjonalna.

W styczniu br. w słynnym głosowaniu dotyczącym skierowania ustawy liberalizującej prawo aborcyjne pod obrady komisji nikt z posłów .N nie był przeciw. Niestety, kilkoro z nas z różnych przyczyn nie głosowało i to był błąd. Na skutek głosowań partii opozycyjnych środowisko antypisowskie się zantagonizowało. Postawa Joanny Scheuring-Wielgus, Joanny Schmidt i Krzysztofa Mieszkowskiego zawieszających członkostwo w .N była karygodna.

Czy to głosowanie nie było ukartowane? Odbyło się krótko po przegranej Ryszarda Petru w wyborach na szefa partii. Może chodziło o to, aby pokazać, że nowa szefowa nie potrafi utrzymać jedności?

Ryszard zawsze, jeśli był problem i trudne głosowanie, pozwalał, aby posłowie mogli nie głosować. Nie mieliśmy większych nieporozumień. Przy tym głosowaniu miało być podobnie.

Tym razem jednak brak głosowania przez niektórych posłów został wyolbrzymiony.

No właśnie, wyolbrzymiony przez nich samych – głównie Joannę Scheuring-Wielgus i Joannę Schmidt. Kiedy wydawało nam się, że wspólnie z Kamilą Gasiuk-Pihowicz, Witoldem Zembaczyńskim i Katarzyną Lubnauer ustaliliśmy działania minimalizujące negatywne skutki tego głosowania, okazało się, że Joanny wyszły przed kamery i wspólnie z Krzysztofem Mieszkowskim zawiesili swoje członkostwo w klubie Nowoczesnej. Mówili, że jesteśmy „Średniowieczną” i sprzeniewierzyliśmy się naszym wartościom, co nie było prawdą.

Uderzyli tym bardzo mocno we własną partię. Dzisiaj już wiemy, że było to świadome i zaplanowane działanie, które miało osłabić – i osłabiło – Kamilę Gasiuk-Pihowicz i Katarzynę Lubnauer, jak i całą .Nowoczesną. To przygotowało im grunt pod opuszczenie .Nowoczesnej i założenie własnego koła poselskiego, a docelowo nowej partii politycznej. To właśnie się dzieje.

Czy Plan Petru to plan awaryjny Ryszarda? Co poszło nie tak?

Ryszard miał wszystkie atuty, aby jako szef .N zostać w przyszłości premierem Rzeczypospolitej. Stworzył partię gromadząc wokół siebie świetnych i profesjonalnych ludzi, zaraził ideą profesjonalnego państwa i profesjonalnej polityki, nadał jej dobrą nazwę, miał mnóstwo energii oraz zebrał dużo środków finansowych. To była ciężka, organiczna praca. Byłem z nim wtedy, także jeździłem i rozmawiałem z ludźmi. Absolutne chapeau bas. Tego sukcesu .N nikt nigdy już Ryszardowi Petru nie zabierze.

Jednak Ryszard jest bardzo niecierpliwy i zabrakło mu pewnej systematyczności w politycznej pracy u podstaw. Chciał jak w biznesie: otworzyć temat, zrealizować zysk i zamknąć, a w polityce tak się nie da. Myślę też, że jako politykowi nie sprzyja mu egocentryzm połączony z bardzo dużym ego, chociaż to ego często może być też atutem. Lubię ludzi, którzy wiedzą, czego chcą, stawiają sobie wysokie cele i je realizują. Tyle tylko, że polityka to gra zespołowa. Zawsze gra zespołowa.

Przełom nastąpił, kiedy Ryszard w styczniu 2016 r. ogłosił się liderem opozycji. Ostatnio Grzegorz Schetyna powiedział, że nie chce być takim liderem, bo chce, aby liderem opozycji był Jarosław Kaczyński. To jest właściwy sposób myślenia. Ryszard za szybko uznał, że jest zwycięzcą.

Ryszard Petru po trzech latach wydaje się być politykiem zmęczonym.

Grzegorz Schetyna jest w polityce przeszło trzydzieści lat. Dłużej bierze udział
w procesach, widzi, jakimi drogami chodzi podejmowanie decyzji i jak bardzo złożony jest to proces. Przegrywał i wyciągał z tych przegranych właściwe wnioski. Ryszard, do momentu zmiany szefa .N, nigdy w polityce nie przegrał, a porażka jest czymś normalnym w życiu każdego człowieka. W polityce jest wręcz pożądana, bo uczy pokory i pozwala rozumieć jej trudność i wielowątkowość.

Ta nieumiejętność przełożenia procesów z biznesu na procesy w polityce była dla Ryszarda tym przysłowiowym gwoździem do trumny. Błędy, jakie popełnił w ostatnim tygodniu przed wyborami na szefa partii, były tak karygodne, że nawet jego najwięksi zwolennicy zdecydowali się na niego nie głosować. Dlatego przegrał.

Jakie to były błędy?

Powołanie, bez uzgodnienia z kimkolwiek, Pawła Rabieja na kandydata na wiceprezydenta Warszawy w koalicji z PO. To było oddanie bez walki najważniejszej pozycji strategicznej w wyborach samorządowych. W klubie poselskim dowiedzieliśmy się o tym z mediów. Pozostałe przemilczę, bo nie czas na nie dzisiaj.

Impulsywność Ryszarda i jego ciągła obecność w mediach sprawiła, że uciekła mu wizja strategiczna. Nie musimy grać ciągle jak chce PiS, ale powinniśmy spokojnie realizować nasze założenia programowe, czego nie robiliśmy. Nie przygotowaliśmy nowelizacji ustawy o VAT, nowej ordynacji podatkowej czy kodeksu pracy. Zrobiliśmy ustawy o zwiększonej jednorazowej amortyzacji, ujednoliceniu wszystkich podatków, czyli VAT, CIT, PIT po 15 proc., ale to nie są jakieś fundamentalne zmiany.

Mam jednak nadzieję, że powołany w ubiegłym miesiącu zespół parlamentarny ds. reformy kodeksu pracy, którego mam przyjemność być przewodniczącym, przedstawi w ciągu roku kompleksowe założenia dla nowego kodeksu. Dzisiaj widać już dość wyraźnie, że zbytnio idziemy w kierunku ideologicznym. Co poszło nie tak? Ryszard nie bardzo lubił słuchać ludzi i zaufał nie tym osobom, którym powinien. Dzisiaj już o tym wie.

Może zabrakło mu konsekwencji? Z jednej strony problemy osobiste, czego kulminacją był słynny „lot na Maderę”, z drugiej musiał zarządzać dużą partią, w której obejmował wszystkie możliwe stanowiska. Może po prostu sobie nie poradził?

„Lot na Maderę” nie powinien się zdarzyć, choć każdy ma prawo do życia prywatnego. Jednak kiedy w tym samym czasie odbywa się protest w Sejmie, to w odbiorze społecznym i komunikacji prowadzonej przez nieprzychylne opozycji media wygląda to na pewną nonszalancję polityczną. Ryszard nie poradził sobie z komunikacją i nie zachował się profesjonalnie. Jego późniejsze nagłe przejęzyczenia i lapsusy – niekiedy zabawne, czasami mniej śmieszne – urosły do rangi problemu.

Trzeba też pamiętać, że w interesie PO i PiS było niszczenie .N, bo destabilizowała scenę polityczną. Wiele czynników sprawiło, że Ryszard przestał sobie radzić. Między innymi to, że otoczył się grupą „bliskich” sobie osób i nie dostrzegał opinii innych, życzliwych mu ludzi. Pomimo iluś tam trudności, ciepło wspominam z nim współpracę i życzę mu jak najlepiej.

Pozostańmy przez chwilę przy ludziach .N, bo bez nich nie ma lidera. Na Torwarze zgromadzili się ludzie pełni entuzjazmu, liberałowie, którymi trzeba było zarządzać. Czy ktoś wtedy myślał, że trzeba ich w jakiś usystematyzowany sposób poprowadzić?

Każdy, kto zarządzał jakimiś zespołami ludzi wie, że nie jest to łatwe. Ryszardowi zabrakło operacyjnych umiejętności przywódczych, gdy zetknął się z kilkudziesięcioma indywidualnościami, które okazały się politycznymi neofitami. Nie umiał ze swoim „dworem” zagospodarować tych mądrych ludzi, aby dali organizacji to, co mają najlepsze. To był proces, na który początkowo nikt nie zwrócił uwagi, bo mieliśmy dobre sondaże i wszyscy byli zachwyceni.

Kiedy przyszedł w partii kryzys, nie potrafiliśmy dać sobie z tym rady. Wpadliśmy w panikę, również decyzyjną i zabrakło spojrzenia z dystansu, a polityczna konkurencja zrobiła swoje. Przestaliśmy myśleć kompleksowo i chcieliśmy ratować tu i teraz. Wchodziliśmy na boisko PiS, który bezlitośnie nas wykorzystywał. PO przyglądała się temu i też pomagała nam popełniać błędy. Zaczęły się konflikty wewnętrzne, bo ludzie zauważyli, że partia nie zmierza w dobrym kierunku. Rozjeżdżały się struktury, zaś dobiło nas ręczne sterowanie i omnipotencja centrali.

W jaki sposób się to objawiało?

Zrobiły się koterie. Ludzie zauważyli, że ci z doświadczeniem politycznym zaczynają wykorzystywać innych. Traciliśmy dobrych ludzi, wprowadzając w ich miejsce gorszych, którzy rozkładali partię. To doprowadziło do odejść i będą kolejne. Leszek Balcerowicz, jako gość na jednej z rad krajowych .N, powiedział, że to nie jest czas na małość, to jest czas na wielkość. Poszliśmy w małość.

Jeśli nawet nie zgadzam się z polityką prowadzoną przez władze partii, to w każdej sytuacji do wyborów samorządowych, będę popierał Katarzynę Lubnauer. Dzisiaj nie liczy się moja inna wizja .N, tylko zatrzymanie PiS. Muszę prosić wszystkich w .N, którym leży na sercu dobro Polski, aby zacisnęli zęby i razem z PO te wybory wygrali. Po wyborach samorządowych przyjdzie czas na refleksję, wyciągnie wniosków i ewentualne rozliczanie kierownictwa partii.

Mariaż z PO to obecnie konieczność czy koniec Nowoczesnej?

Dzisiaj to już konieczność. Musimy być silni z PO, ale potrzebujemy odbudować swoją pozycję. Będzie to trudne, bo przeciwnicy skrupulatnie wykorzystują każdy błąd. Jeżeli nie zrobimy tego ciężką pracą i zaangażowaniem, to pokażemy, że nie nadajemy się do rządzenia i powinniśmy zniknąć ze sceny politycznej. W koalicji z PO musimy zbudować swoją wartość merytoryczną, bo będzie to dobre dla obu partii.

Posłowie .N są bardzo pracowici, świetnie przygotowani i nie mają bagażu złych doświadczeń. Chciałbym wierzyć, że będziemy w stanie zachować naszą autonomię i być swoistą „złotą akcją” w PO, głosem rozsądku pilnującym, aby PO kolejny raz nie została dotknięta grzechem pychy. Jeśli nie pójdziemy razem z PO i przegramy, PiS zniszczy Polskę, jaką znamy.

Czy mając drugi raz wybór, oddałbyś znowu swoje poparcie Katarzynie Lubnauer?

Nie. Gdybym wiedział, że tak potoczą się losy partii, walczyłbym do końca i chciałbym wygrać! Poprowadziłbym tę partię inną drogą. Bardziej zdecydowanie i konsekwentnie budowałbym naszą autonomię, nie sterował ręcznie regionami i chciał zbudować partnerską autonomię oraz podmiotowość względem PO, aby być silnym dla nich partnerem. Nie po to przyszedłem do polityki, żeby być biernym, ale żeby ją zmieniać. Jeżeli .N będzie słaba, będziemy mogli zmieniać mniej albo przestaniemy istnieć. Jednak poparłem Katarzynę i będę trwał w tym poparciu, bo tego wymaga sytuacja w Polsce.

Kim jest poseł Piotr Misiło, kiedy nie jest politykiem zawodowo?

Zarządzałem spółkami, gdzie nauczyłem się rzeczy, których próżno szukać w książkach i na studiach. Bezcenne. Udało mi się namówić jednego z największych deweloperów w Polsce, dla którego także pracowałem, do zainwestowania w Szczecinie. Cieszę się, że miasto, w którym się urodziłem, ma takiego inwestora i za chwilę będzie miało wspaniałą inwestycję.

Mając lat dwadzieścia kilka, z moim kolegą marzyliśmy, aby kupić „Wprost” lub „Rzeczpospolitą”. Prowadził on wówczas pismo studenckie „Dlaczego”, a ja pisałem tam polityczne felietony. Trochę później spółka akcyjna, w której miałem przyjemność być dyrektorem, a on głównym udziałowcem, zakupiła „Wprost”. Zostałem tam członkiem, a później przewodniczącym rady nadzorczej. Było to jakieś spełnienie młodzieńczych marzeń. Dzisiaj ubolewam nad tym, w jakim miejscu znalazła się cała prasa drukowana,
a ten tytuł w szczególności.

Jednak największą moją pasją, od 17. roku życia, jest polityka. Choć bycie politykiem opozycji w czasach rządów PiS jest szaleńczo trudne, to bycie posłem na Sejm Rzeczypospolitej jest najwyższym zaszczytem. W biznesie reguły są niewspółmiernie prostsze, a wszystko bardziej przewidywalne, ale nie wolno się poddać i trzeba walczyć do końca. Nikt za nas nie pokona PiS-u.

Kocham też piłkę nożną, teatr, film, narty i squasha. Gdybym dostał gwarancję, że Polska zostanie mistrzem świata w piłce nożnej, gdy zapiszę się do PiS, zrobiłbym to. PiS niebawem przeminie, a mistrzowski tytuł pozostanie na zawsze. Wtedy zawsze mógłbym mówić, jak Piotrowicz, że rozwalałem system od środka. (śmiech)


fot. Piotr Olczak
wywiad ukazał się w „Naszym Czasopiśmie” nr 7-8/2018