Turystyka

KLIMATY ORCHONU

W naszej podróży połączyliśmy wodniacką przygodę z poznaniem ludzi i kultury Mongolii. Ten bardzo ciekawy kraj to miejsce dla prawdziwych turystów.

Marek Mazur

 

Głównym celem naszego trzyosobowego zespołu było spłynięcie rzeką Orchon, która jest „narodową” rzeką Mongolii. Przy okazji chcieliśmy zwiedzić najciekawsze zabytki znajdujące się w pobliżu trasy naszej podróży, prowadzącej przez tereny środkowej i północnej Mongolii.

Orchon ma źródła w Górach Changajskich, paśmie należącym do Ałtaju Mongolskiego i płynie zachodnim skrajem strefy stepu w kierunku północnym, by po osiągnięciu pasa tajgi skręcić na północny wschód do ujścia do Selengi, rzeki zasilającej Jezioro Bajkał. W dolinie górnego Orchonu położone jest miasto Karakorum – dawna stolica imperium Czyngis-chana. W trakcie dojazdu z Ułan Bator na start spływu zwiedziliśmy zarówno Karakorum, jak i buddyjski klasztor Towchon Chijd, ale to temat na odrębna opowieść.

Spływ Orchonem zaczęliśmy koło mostu drogowego, położonego na północ od Karakorum, w pobliżu jeziora Ӧgiy Nuur. Założenie przez nas biwaku oraz rozkładanie kajaków wywołało żywe zainteresowanie mieszkańców pobliskich jurt. Rano żegnały nas stada koni oraz bydło przepływające na drugi brzeg. Mimo niedużego spadku, dzięki wysokiemu poziomowi wody w rzece od razu osiągnęliśmy prędkość podróżną około 11 km/h.

Kolejne biwaki staraliśmy się rozbijać obok kęp krzaków, zapewniających opał do gotowania. Wybór miejsca na biwak był istotny z powodu ograniczonych zapasów benzyny, a zarazem konieczności codziennego spędzania kilku godzin przy ognisku, przygotowania ciepłego śniadania, solidnego obiadu, a na koniec przegotowania 9 litrów wody do picia na następny dzień. Większość dni spływu była upalna, a woda w rzece zawierała tyle mułu, że nawet nie próbowaliśmy jej filtrować.

Już w pierwszych dniach podróży po Mongolii zauważyliśmy, że przed każdą jurtą obowiązkowo stoi bateria słoneczna, talerz anteny telewizyjnej, samochód i ewentualnie stojak do przywiązywania dyżurnego pasterskiego konia. Bliżej miast konia czasem zastępował motocykl. Większość dni naszego spływu mijała na oglądaniu jurt, stad ciekawskich zwierząt domowych, pozdrawianiu nastoletnich jeźdźców oraz fotografowaniu. Ze zwierząt najsympatyczniej zachowywały się konie, które dostojnie pochylały głowy w geście pozdrowienia. Krowy, owce, a zwłaszcza kozy przyglądały się nam z zaciekawieniem, natomiast nieliczne jaki były jakby nieobecne.

Na biwakach sprawdzaliśmy stan rzeki – wysoki zapowiadał emocje w przełomie. Oczekiwaliśmy trudności w Kanionie Orchonu, utworzonym pomiędzy pasmami górskimi Burgen-nuru i Burgut. Początek przełomu to liczące około pięciu kilometrów bystrze kończące się odcinkiem, na którym metrowe fale załamywały się pod różnymi kątami. Po następnym złudnym, niemal nizinnym odcinku, Orchon pokazał wyraźny spadek z bystrzami zaopatrzonymi w wystające buły kamieni, przeplatane skalnymi prożkami z pasmami kipiącego nurtu, by ostatecznie dotrzeć do długiej, kamienistej pochylni znikającej za stromą ścianą skalną. Pneumatyczne kajaki szły po tym jak burza, wypuszczając na progach porcje powietrza dozowane przez zawory bezpieczeństwa. Gorzej było ze składakiem – po kilku mocnych uderzeniach w kamienie trzeba go było ewakuować na brzeg, tuż przed wspomnianym zakrętem. W efekcie zdecydowaliśmy się na założenie biwaku pod ścianą kumulacji Urhupuun Ooo (2077 m. n.p.m.), po zewnętrznej stronie obiegnięcia bystrza wokół ostrego łuku pionowej ściany skalnej jednego ze szczytów masywu Dułan-Hara (2057 m. n.p.m.).

Miejsce tego biwaku było piękne, w środku dzikich, zupełnie pustych gór. Na polance pod stromą ścianą do wysokości 4-5 metrów zawieszone były części drzew, naniesionych przez powodziowe wody. Rano, po rozpoznaniu końcowej części bystrza, popłynęliśmy bocznym korytem na wysokość metrowego progu i przenieśliśmy sprzęt, wspinając się stromą ścieżką. Poniżej były jeszcze dwa niezbyt wymagające bystrza zwężone u wylotu i to był koniec prawdziwych trudności w korycie rzeki. Wysokie ściany skalne, zamieszkane przez orły towarzyszyły nam jeszcze przez 13 kilometrów. Innego rodzaju ciekawostką były kryształy bazaltu zatopione w skalnej ścianie.

Po dwóch dniach podróży dopłynęliśmy do następnej atrakcji. Nadbrzeżne skałki pełne były autografów radzieckich żołnierzy, pochodzących z różnych części Kraju Rad. Na wysokiej skarpie obejrzeliśmy gruzowisko byłej bazy wojsk radzieckich Dalekowschodniego Teatru Działań Wojennych, identyfikując lądowisko, magazyny, resztki kasyna, ruiny budynków mieszkalnych. Kolejne dni to spływanie po szumach, unikanie deszczu i zakupy puszek rybnych w sklepie z anglojęzyczną obsługą w miejscowości Orchon. Mięso jest dostępne tylko w jurtach, więc następne obiady przygotowywaliśmy wykorzystując ryby z puszek.

Kolejnego dnia pogoda zaczęła się psuć, spadek Orchonu był nieco większy, a teren ciągle górzysty. Niespodziewanie zamiast oznakowanego na mapie kołchozu pojawiła się charakterystyczna więzienna wieżyczka. Niewielkie bystrza wśród skalistych zboczy towarzyszyły nam jeszcze przez dwa dni, po czym Orchon rozlał się w szeroko a na brzegach ukazały się połoniny, łąki, na nich jurty i stada zwierząt, nawet wielbłądy. Pojawiła się też linia kolejowa do Erdenet, prowadząca do zlokalizowanej tam kopalni miedzi. Z biwaku obserwowaliśmy kursujący raz dziennie pociąg osobowy z Ułan Bator. Następnego dnia zabierze nas w drogę powrotną. Spływ zakończyliśmy przy moście linii kolejowej z Erdenet. W ciągu 11 dni przepłynęliśmy 477 kilometrów ze średnią prędkością 10 km/h. Z naszej pierwszej egzotycznej wycieczki wróciliśmy szczęśliwie.


Artykuł ukazał się w „Naszym Czasopiśmie” nr 7-8/2018
fot od góry:
Panorama zwiastująca bliskość trudności w nurcie, fot. Marek Mazur
Mongołów zaciekawił nasz sprzęt, fot. Marek Mazur
To co zostało z bazy wojsk sowieckich, fot. Marek Mazur
Przełom Orchonu, fot. Marek Mazur