Ekonomia

NIEDZIELE (NIE)WOLNE OD HANDLU

Prawo do odpoczynku czy prawo do robienia zakupów, kiedy chcemy? Czy da się pogodzić tak skrajnie rozbieżne potrzeby w taki sposób, aby wszyscy byli usatysfakcjonowani?

Paweł Wiśnik

 

Kiedy piszę ten tekst, w kalendarzu widnieje data 30 czerwca. Jutro sklepy będą otwarte, każdy może swobodnie zrobić zakupy lub dorabiać sobie weekendowo. Jednak już trzy kolejne niedziele
(8, 15 i 22 lipca) rząd PiS w swej litościwości postanowił „uwolnić” od handlu.

Tak więc jutro mamy niedzielę, jak to się ładnie mówi „wolną od handlu” – i jest to w gruncie rzeczy bardzo ciekawe sformułowanie, nad którym warto przez chwilę się zastanowić. Mianowicie warto zadać sobie pytanie, czy bardziej wolni czujemy się mogąc zrobić zakupy czy zwyczajnie pochodzić po galerii w dowolnym dniu tygodnia, czy też wtedy, gdy rząd nam na to pozwala (lub nie) w konkretnym dniu?

Czy czujemy się wolni, kiedy polityk PiS mówi nam, że w niedzielę powinniśmy pójść do parku zamiast do galerii albo że chleb można kupić w sobotę, a buty w piątek, jak tłumaczył Mateusz Morawiecki podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy w 2017 r. Ja opowiadając się za tą pierwszą opcją uważam, że to jutro jest niedziela wolna – wolna od ingerencji rządu w handel.

Działanie propagandowe

Należy wspomnieć, że istnieje inny sposób zabezpieczenia interesów pracowników zatrudnionych w handlu (oraz w innych branżach), zawarty w projekcie ustawy złożonym w Sejmie przez klub .Nowoczesnej, tj. zagwarantowanie każdemu pracownikowi sektora dwóch niedziel w miesiącu wolnych od pracy. Nie miałoby to bezpośredniego przełożenia na otwarcie sklepów.

Kompletne zignorowanie tego pomysłu przez sejmową większość potwierdza tylko, że bardziej niż o poprawę sytuacji pracowników handlu chodzi tutaj o efekt propagandowo-polityczny. Wszak zapewnienie dwóch wolnych od pracy niedziel w miesiącu byłoby zmianą, która – w przeciwieństwie do fizycznie zamkniętych galerii i supermarketów – mogłaby nie być zbyt zauważalna w odbiorze społecznym (zwłaszcza w perspektywie czasu).

Dziurawe prawo

Ponadto ustawa o ograniczeniu handlu w niedzielę to ewidentny bubel prawny. Chyba najbardziej spektakularny przykład obejścia jej przepisów stanowi połączona z dworcem PKP Galeria Metropolia w moim rodzimym Gdańsku. Jest to z całą pewnością największy w tej części kraju kiosk na dworcu.

Nikogo nie dziwią już wędliny, pieczywo czy kosmetyki na stacjach paliw, trochę emocji wzbudziło otwieranie w niedziele niehandlowe sklepów sieci „Żabka”, które świadczą usługi pocztowe. Obowiązujący zakaz handlu cieszy się jednak relatywnie dużym poparciem społecznym – według sondażu Kantar Millward, pozytywnie ocenia go 52 proc. badanych, 39 proc. respondentów jest przeciwnego zdania, 5 proc. nie ma zdania.

Tu chodzi o wolność

Poplecznicy zakazu handlu w niedzielę chętnie używają argumentu, że takie restrykcje obowiązują również w innych państwach Unii Europejskiej. Rzeczywiście, dziewięć państw UE ogranicza handel w niedzielę (szczególnie surowe prawo w tej kwestii obowiązuje z Niemczech i Austrii). W pozostałych dziewiętnastu państwach handel w niedzielę jest dozwolony bez większych limitów.

Zwolennicy zakazu drwią niekiedy, że „cała ta wrzawa o bluzeczkę z h&m” lub że na handlu w niedzielę korzystają jedynie „single szwendający się po galerii”. I teraz zadajmy sobie pytanie: co stanowi przedmiot tych drwin? Odpowiedź wcale nie musi, a nawet nie powinna być złożona i rozwlekła, bo chodzi po prostu o wolność. O wolność relacji między przedsiębiorcą a konsumentem; między pracodawcą a pracownikiem; o wolność spędzania wolnego czasu etc. Cytując Leszka Balcerowicza: „walka o wolność nigdy się nie kończy – chyba że pozwolimy sobie tę wolność odebrać”.


fot. Piotr Woźniak