Społeczeństwo

DUMA I ZAWSTYDZENIE

Prawie zawsze przyjemnie smakuje manifestowanie polskości. Co ważne: gdziekolwiek by się człowiek ruszył, ma z tyłu głowy, że – chcąc nie chcąc – coś i kogoś reprezentuje.

Cezary Ungeheuer

 

Przykładowo: będąc gdzieś w Czechach, Chorwacji, Hiszpanii, Ghanie czy na Malcie nie upijam się skandalicznie, nie nawalam z miejscowymi, nie szczypię cudzych dziewcząt (obowiązuje mnie romantyczny nakaz podszczypywania własnej ślubnej) i dziękuję serdecznie za gościnę, nawet wówczas, kiedy pojawiają się na niej pewne rysy. W Niemczech nie „hajluję” na dopalaczach, w Bułgarii nie zmuszam nocami lokalnych gospodarzy do słuchania disco-polo, na Cyprze nie sikam do basenu.

Gdy mi się nie spodoba poziom usług, rzeczowo wyjaśniam, o co mi, „dumnemu i wybrednemu” Polakowi, chodzi. Z tego względu nie zdemolowałem z zemsty zagrzybionego apartamentu na Sardynii i nie zatkałem herbacianymi fusami umywalki w niedorzecznie drogim szwajcarskim hoteliku. Choćby moja stopa miała tam więcej nie stanąć, staram się – przecież po mnie mogą pojawić się inni „dumni i wybredni”.

W Szkocji usiłowałem (acz bezskutecznie) całować kobiety w rękę, w Finlandii ustępowałem toru doganiającym mnie na mini nartach 6-latkom, a w Bośni chwaliłem bałkański futbol – dzięki temu dowiedziałem się, który polski klub jest tam sławny. Nie, nie Legia.

A jednak w kilku sytuacjach (jak dotąd) wstydziłem się przyznać, skąd mnie przywiało.

Na przełomie lat 80. i 90. XX w. odwiedzającego podzielony jeszcze Berlin witały przed wejściem do większych sklepów tablice o treści „Złodzieje trafią w ręce policji”. Napis występował tylko w dwóch językach: wietnamskim i polskim. Od czasu, gdy między półkami nieopatrznie odezwałem się w języku ojczystym i na oczach kilkudziesięciu klientów doświadczyłem rewizji plecaka przy kasie, zrozumiałem, że lepszy tu będzie rosyjski, nawet jeśli nikt mnie nie zrozumie.

Kolejnym przypadkiem była (i coraz częściej się zdarza) sytuacja, gdy w niezbyt popularnej, a więc taniej miejscowości nad Adriatykiem natknąłem się na polską klasę robotniczą odreagowującą pracownicze trudy wznoszenia ojczystego gmachu. Nie trzeba było mieszkać obok, by wiedzieć, skąd oni. “Jesteś spalona”, “Majtasy w kropasy” czy “Nie płacz, k…a, Ewka!” regulowało życie miasteczka oraz obfitość pobliskich połowów.

Nocne rajdy po promenadzie z zaczepianiem spacerowiczów i tłuczeniem butelek po przytarganej z kraju wódce dopełniały całości. Gospodarzom, znającym nasze pochodzenie, bez nadziei wmawiałem, że to nie nasz gatunek, a tylko taki wyrób polakopodobny.

Na koniec jeszcze jeden przykład jako powód, by się lepiej nie wychylać z polskością. Nad pięknym włoskim jeziorem były (i są) obfite w sprzęt wypożyczalnie łódek różnej wielkości
i zaawansowania technicznego. Trochę z marszu trafiliśmy do uroczej wioski żeglarskiej i po angielsku (żona) wynegocjowaliśmy dobrą cenę za wynajem na dwie doby najmniejszej z dostępnych „Bavarii”. W Polsce byłoby dwukrotnie drożej.

Dokument z uprawnieniami żeglarskimi (międzynarodowy) trafił do rąk właściciela jachtu, który nawet nie zająknął się na temat kaucji czy zaliczki.
„Przypłyniecie, rozliczymy się. Może wam zejdzie dłużej”. Uśmiechnął się i pokazał ręką w kierunku łódeczki, która miała nas podwieźć na kotwicowisko. Plecaki leżały już na dnie szalupki, gdy armator z ciekawości zagadnął nas patrząc na patent: „Warszawa, Warszawa, to jest w…”?
„W Polsce!” – odparliśmy dumnie. „Jesteście z Polski?” – spytał wskakując z powrotem na pomost – „To jeszcze kaucja. 2000 euro.” Pozostało nam wrócić na ląd, gdzie mogliśmy
z dumą i już bez konsekwencji obnosić się ze swoją polskością.

Od tygodnia lekko niedomagam. By nie marnotrawić czasu, uczę się angielskiego z czeskim akcentem. Czechów prawie wszyscy lubią. Tylko u nas z tym różnie. Ale nas bym w tej kwestii olał.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 9/2018