Prawo

REFORMA CZY DEFORMA SZKOLNICTWA WYŻSZEGO?

Po ogłoszeniu projektu reformy szkolnictwa wyższego przez Jarosława Gowina, wiceprezesa Rady Ministrów i ministra nauki i szkolnictwa wyższego, zaczęły się protesty. Czy „widmo centralizacji krąży nad polskimi uniwersytetami”? Może nie do końca.

Daniel Jensen

 

Zbliżała się godzina 10. piątego czerwca 2018 r., gdy grupa studentów, głównie z kierunków humanistycznych, wtargnęła na taras w Pałacu Kazimierzowskim. Chwilę później z balustrad tarasowych zwisały banery z postulatami Akademickiego Komitetu Strajkującego. Widniały na nich takie hasła jak „Żądamy demokratycznych uniwersytetów” czy „Nie oddamy autonomii”.

Tak wybuchową reakcję wywołało przegłosowanie w senacie ustawy zwanej potocznie Konstytucją dla Nauki autorstwa Jarosława Gowina. Lecz pomijając już aspekt niemalże fetyszystycznego używania słowa „konstytucja” w projektach PiS, to warto zobaczyć co znajdziemy w środku tego aktu normatywnego.

Nie taki diabeł straszny?

W nowej ustawie – co obecnie dość rzadko się zdarza – znajdziemy wiele zdroworozsądkowych propozycji, jak choćby zmiana sposobu opodatkowania nauczycieli akademickich, wobec których urzędy skarbowe nieraz stosowały odmienne interpretacje, korzystając z niejasnych przepisów prawa. Być może poprawi to sytuację wykładowców.

Kolejnym, dość sensownym punktem tej ustawy jest to, że publikacje naukowe na łamach międzynarodowych czasopism będą wyżej oceniane niż te ogłoszone w języku polskim w krajowym czasopiśmie. Innym rozwiązaniem jest zmniejszenie roli habilitacji, gdyż przestanie być ona niezbędna, by zostać mianowanym i pracować na stanowisku profesora uczelni. Oznacza to zrównanie Polski z większością krajów zachodu, gdzie Ph.D. jest de facto tytułem honorowym. Poza tym ocenie będą podlegały uczelnie jako całość, nie zaś ich poszczególne wydziały, co będzie wspierało interdyscyplinarne projekty na uczelni.

Gdzie jest pies pogrzebany?

Jednak jest pewien dość ważny zapis, który budzi kontrowersje. Chodzi o tzw. Radę Uczelni, czyli nowe gremium składające się w minimum 50 proc. z osób spoza uczelni, a mające decydować o strategii rozwoju i działaniach uczelni oraz wskazywać rektora. I właśnie tutaj podnoszą się głosy sprzeciwu. „Ale jak to? Ktoś z zewnątrz ma decydować o wewnętrznych sprawach uczelni ?”. Takie wątpliwości można było usłyszeć wśród demonstrujących. Z najnowszej poprawki do ustawy (jednej ze 160) wynika jednak, że rada będzie mogła jedynie opiniować strategię uczelni oraz, jako jedno z ciał, zgłaszać kandydaturę na rektora uczelni. Protesty jednak nie ustają. Studenci boją się również o regionalne uczelnie, gdyż te osiągają zazwyczaj słabsze wyniki. Zgodnie
z nową ustawą, dostaną więc nieco mniejsze środki.

W pogoni za tytułami?

Polska nie może być dłużej fabryką nikomu niepotrzebnych stopni naukowych. Przez ten proceder już teraz mamy większy odsetek osób z edukacją wyższą niż Hiszpania czy Belgia, znacznie przewyższając średnią europejską. Powoduje to, że aby uzyskać dobrą pracę, należy posiadać dyplom prestiżowej uczelni – co może skłaniać młodych ludzi do opuszczania kraju na okres studiów – albo posiadać więcej niż jeden stopień magisterski lub studia podyplomowe.

Najlepsze uczelnie powinny dostawać więcej pieniędzy niż te z gorszymi wynikami, bo właśnie tak tworzy się najlepsze uniwersytety na świecie. Obecnie najlepsza polska szkoła wyższa (Uniwersytet Warszawski) jest na 394 miejscu na świecie. Studenci naiwnie wierzą, że postępująca prowincjonalizacja będzie dobra dla systemu edukacji wyższej, ale to błędne przeświadczenie.
Bojąc się równości szans, wolą równość rezultatów.

Ustawa Gowina oczywiście nie rozwiąże wszelakich bolączek polskiego systemu szkolnictwa wyższego, oraz nie uczyni z Uniwersytetu Warszawskiego Oxfordu, jednakże jest ona krokiem w dobrą stronę.


źródło danych: OECD
„Nasze Czasopismo” nr 9/2018