Felieton

NIEOCZEKIWANA DOSTĘPNOŚĆ MIEJSC

Duszny, sierpniowy poranek nie zapowiadał się szczególnie. Wypuścić kota, wziąć pigułkę, nastawić ekspres. Gazeta wystawała w skrzynce, więc pomaszerowałem boso przez ogród. Wracając spojrzałem na kilka tytułów. Z niedowierzaniem przeczytałem: „Przypadkowi zagraniczni turyści na herbatce u Andrzeja Dudy”.

Cezary Ungeheuer

 

Tak można? Ja marznę, moknę, pocę się od 30 miesięcy pod Pałacem Namiestnikowskim i firanka ani drgnie! A Rosa i Jerry z Tajwanu z Rajem i Ewą z Singapuru wpadają z ulicy na czaj, który gospodarz nieruchomości serwuje osobiście! Jak im się udało wejść? Przecież nie z łapanki, bo przedstawicielstwa dyplomatyczne interweniowałyby, że ich obywatele są przetrzymywani wbrew ich woli przez służbę pałacową. Więc jak? Łapiński wyszedł na Krakowskie i krzyknął? Jeśli nawet, to pierwsi odpowiedzieliby obrońcy krzyża lub uczestnicy Literiady, a w najgorszym dla prezydenta przypadku Obywatele RP. Ale turyści? Wtedy dopadło mnie deja vu.

Strach ma głupią minę

Na przełomie wieków odwiedziłem Ghanę. Był to czas rządów Jerry’ego Rawlingsa, przywódcy puczów w 1979 i 1981 r. Wyjeżdżając z Akry mijałem obrazki znane mi ze stanu wojennego, z tą różnicą, że koksowniki zastąpiono wiatami i zbiornikami na wodę. Po ulicach krążyły uzbrojone patrole, więzienie przy ulicy bez nazwy pełne było „politycznych”, a fragment plaży, gdzie odbywały się egzekucje, świecił pustką, mimo że sto metrów dalej kłębił się tłum.

Przestrzegano, by żołnierzom nie patrzeć w oczy i nie robić zdjęć, a tzw. duchom – bojówkarzom powiązanym z puczystami – schodzić z drogi. Kilka inicjatyw odpuściłem, ale skrytego za drzewami pałacu-fortu nie mogłem sobie darować. W mieście zabudowanym niskimi, ubogimi budynkami, z ulicami bez asfaltu, z biegnącymi wzdłuż nich otwartymi rowami kanalizacyjnymi, twierdza
w stylu kolonialnym była jak baśniowy pałac sułtana.

Na kilometr od białych murów zaczynał się park z aleją przegrodzoną szlabanem, posterunkiem ochrony i niewielkim parkingiem. Dochodziła 14.00, gdy nasza toyota wjechała na pusty parking. Na horyzoncie nie było nikogo widać. Mimo ostrzeżeń kierowcy trójka pasażerów wysiadła z auta.

Przewodnik zgasił silnik i wysiadł. Żartowaliśmy, że można zwiedzić to miejsce, ale z Rawlingsem. Wtedy pojawił się żołnierz, zdjął karabin z ramienia i krzycząc wycelował w nasze kolana. Hałas wywołał z posterunku drugiego strażnika. Pierwszy odciął nas od auta. Towarzyszki podróży z wysiłkiem uśmiechały się do mundurowych. Gesty żołnierzy były jednoznaczne: natychmiast mamy odjechać.

Wsiedliśmy do auta, a przewodnik przekręcił kluczyk. Rozrusznik „kręcił”, ale bez efektu. Poprosiłem, by otworzyć maskę. Pochylony nad silnikiem usłyszałem wołanie, na które żołnierze zareagowali stukiem obcasów. Chudy mężczyzna szybko zbliżył się do auta, nakazał wszystkim wysiąść i stanąć pod ścianą posterunku.

Jeden z żołnierzy tkwił przy nas, a drugi wszedł z mężczyzną do środka. Po chwili mężczyzna wrócił i wskazał na ławkę. Pomyślałem, że na siedząco nas nie rozstrzelają. Mężczyzna tłumaczył coś przewodnikowi w ich mowie, na co ten zaczął się uśmiechać. Po chwili przeszli na angielski. Acha, nie będzie egzekucji ani więzienia czy chociaż kopniaka. Jedną z pań dopadła czkawka, a ja idiotycznie śmiałem się na wieść, że sam pułkownik Jerry Rawlings zaprasza nas do zwiedzenia swojego ekskluzywnego bunkra.

Nie dla psa herbata

Nie skorzystaliśmy z zaproszenia, bo przewodnik postraszył nas, że to pułapka. Gdy teraz znów – po 18 latach – stoję pod ekskluzywnym prezydenckim bunkrem, porównuję to z zaproszeniem turystów przez Dudę. Rawlings okazał się jednak dyktatorem niezwykłym, który wprowadził Ghanę do rodziny państw demokratycznych, a Duda… Na propozycję wypicia dziś herbaty w Pałacu Namiestnikowskim odpowiadam: proszę mi nie obrzydzać herbaty.


fot. pixabay.com
 „Nasze Czasopismo” nr 10/2018