Felieton

ŻONGLERZY STRACHEM

Boję się zamachów terrorystycznych. Ilekroć gdzieś coś wybuchnie, PiS-owi skaczą w górę słupki poparcia.

 

Politycy partii rządzącej wybrali specyficzną metodę zarządzania państwem: rządzą poprzez strach. Przy każdej okazji podsycają fobie, którymi nafaszerowany jest statystyczny Kowalski, strasząc współobywateli „obcymi”: Niemcami, Rosjanami, imigrantami, muzułmanami, masonami, żydokomuną, gender… Według PiS-u, wszelkie „inności” są zagrożeniem dla naszego kraju. W straszeniu pomaga Kościół katolicki, który, jak ognia piekielnego, boi się społeczeństwa wolnego, samostanowiącego o sobie i wielokulturowego. Lęk purpuratów jest, rzecz jasna, udawany, bo każde dziecko wie, że nie boją się oni ani innowierców (na misjach wciąż się z nimi stykają), ani komunistów (wielu z nich jest obecnie w szeregach PiS-u lub zasila szeregi Rodziny Radia Maryja), ani też gejów (w Kościele jest ich więcej niż gdziekolwiek indziej). Biskupi strasząc swe owieczki „obcymi”, robią to wyłącznie po to, by bronić swych interesów: wszak społeczeństwo multikulturowe to społeczeństwo wymuszające neutralność światopoglądową na państwowym gruncie.

Zarządzanie państwem poprzez strach ćwiczone było od czasów starożytnych: Marek Porcjusz Katon – polityk rzymski, każde swe wystąpienie w Senacie, niezależnie od tematu jaki omawiał, kończył nawoływaniem do zniszczenia Kartaginy, przed którą czuł lęk, co w końcu doprowadziło do histerii i zburzenia tejże; z kolei średniowieczny Kościół straszył Katarami – heretykami, w wyniku czego doszło do antyalbigeńskiej wyprawy krzyżowej, w której rycerze, pobłogosławieni przez papieża, wymordowali kilkadziesiąt tysięcy pokojowo nastawionej ludności katarskiej; z kolei Hitler upatrywał zagrożenia w Żydach, zaś polscy komuniści podsycali lęk przed kułakami i amerykańskim imperializmem obarczając ich winą za swą nieudolność w zarządzaniu gospodarką.

Statystyczny Kowalski, ogłupiony przez propagandowe TVP, media pachnące kadzidłem i niedzielne kazania, traci dystans do świata i nie wie, co jest prawdą. Choć Kowalski nie wierzy do końca ani publicznej telewizji, ani własnemu proboszczowi, nie ma też zaufania do TVN czy „Wyborczej”, bo kojarzy te media z PO, a więc z partią robigroszy i aferzystów. Kowalski, niestety, nie analizuje tego, co dzieje się w państwie, zadowalając się twierdzeniem, że skoro poprzednia ekipa składała się z kombinatorów, to może obecnie rządzący będą uczciwsi. A to, że ci „uczciwsi” łamią konstytucję to Kowalskiego nie wzrusza (w końcu nigdy nie pofatygował się, by ową konstytucję przeczytać więc nie wie, co jest łamane i czego ma bronić).

PiS-owi rośnie poparcie. Dzieje się to nie dlatego, że w szeregach tej partii są geniusze, ale dlatego, że partie opozycyjne skupiają wielu politycznych narcyzów, hucpiarzy i zwyczajnych idiotów. Opozycja nie potrafi się ze sobą dogadać, bo każdy z szefów partii aspirujących do władzy chce być liderem liderów. Na domiar złego, wewnątrz każdej opozycyjnej partii trwa walka i członkowie tego samego ugrupowania torpedują pomysły i inicjatywy swych partyjnych kolegów, co zniechęca wielu członków i potencjalny elektorat.

PiS jest silny nie tylko słabością opozycji, ale też wyznawaną ideologią. Żadna z partii stojących w kontrze do rządzących nie ma swoich wzniosłych ideałów, spójnego światopoglądu, a członków nie wiąże żadna religia, choćby tylko na miarę religii smoleńskiej. Opozycja to po prostu zbiegowisko ludzi, którzy nie chcą rządów PiS-u. A to zbyt mało, by przejąć władzę. (Jedynie Zieloni jawią się jako ideologiczny monolit, jednak jest to opozycja estetyczna, bo wszyscy zmieszczą się w jednym autobusie.) Natomiast politycy PiS mają swoją religię, mają też priorytety, które, m.in. zakładają pozbycie się jakichkolwiek „inności” i stworzenie społeczeństwa homogenicznego. I właśnie dlatego, to oni ostatecznie wygrają batalię o Polskę. Straszenie współobywateli obcymi okaże się skuteczne, bo lęk zawsze zagłusza racjonalne myślenie. Ci, którzy nie dadzą się zmanipulować, będą albo musieli pogodzić się, że żyją w ideologiczno – religijnym dyktacie, albo spakować walizki i, póki co, zarzucić marzenia o wolnej Polsce.

Jerzy Andrzej Masłowski


„Nasze Czasopismo” nr 10/2017