Społeczeństwo

STUDIA W ANGLII DO DYPLOMU SZKOŁA ŻYCIA GRATIS cz. II

Zapomnij o nudzie, braku odpowiedzialności, szastaniu pieniędzmi i mamusinych pierogach (te kupione w „polskim” sklepie dają radę). Nasi rozmówcy, którzy kończą tu studia, są zadowoleni. Może jednak okazać się, że będą jednym z ostatnich roczników uczących się na Wyspach…

Katarzyna Wyszomierska

 

Trochę się martwię – mówi mama Pawła studiującego w London School of Economics, bardzo popularnej wśród Polaków szkoły, którą kończyli m.in. Sebastian Kulczyk czy Jacek Rostowski. – Nie chodzi o Brexit, tylko o miejsce Polski w UE. Kogo będzie stać na drogie studia, jeśli nasz kraj wyjdzie ze struktur UE albo, co gorsze, zostanie z nich wyrzucony, a przecież do tego prowadzi polityka PiS? Kto dostanie pozwolenie na wyjazd, jeśli paszporty będą w szufladach urzędników? Ja pamiętam tamte czasy. Wtedy wyjeżdżały dzieci „działaczy”. Mam jeszcze młodszego syna, który planował iść śladem brata…

Czesne dla studentów z Polski jest zdecydowanie niższe niż dla osób spoza UE, stąd obawa o Brexit czy Polexit. Wykształcenie zdobyte na Wyspach, mimo, że bardzo kosztowne, jest marzeniem wielu Polaków. Jest postrzegane przez potencjalnych pracodawców zupełnie inaczej niż polski dyplom.

– W Polsce i w UK nadal istnieje przepaść między uczelniami. Zresztą doskonale widać to w rankingach, np. QS World University Ranking czyli w tzw. rankingu szanghajskim – mówi mama Pawła.
– Dopiero w tym roku UW awansował do 4. setki wśród najlepszych uczelni na świecie, a w 9. setce jest moja macierzysta uczelnia z Poznania. Każda z uczelni angielskich to „okno na świat”.

Tylko użyteczna wiedza

– Plusów studiowania w Anglii jest mnóstwo – mówi Zuzanna Lis, tegoroczna absolwentka Film Production na University of Winchester. – Odwrotnie niż w Polsce, tu 90 proc. moich zajęć było praktycznych. Nie nauczyłam się niczego, co byłoby zupełnie bezużyteczne w moim zawodzie. I to mówi każdy Polak studiujący na Wyspach. Nauka produkcji filmowej opiera się mniej na teorii, a raczej na robieniu filmów. Od uczelni dostałam genialny sprzęt filmowy, którego nie mają polskie szkoły. Mniejsza ilość wykładów pozwala na utrzymanie pracy na minimum pół etatu, a to w moim wypadku ważne.

Plusy wylicza też Olga Kozicka, studentka architektury na University of Liverpool, kiedyś studiująca w Polsce na Politechnice Krakowskiej. – Mój wydział ma w swoim budynku otwarte całą dobę studio artystyczne, w którym pracujemy nad projektami, workshop (pracownię) z najróżniejszymi maszynami i materiałami do robienia modelów architektonicznych i pracownię komputerową z superwydajnym sprzętem. Mamy trzy biblioteki na kampusie; są świetnie wyposażone, otwarte 24/h z dużą ilością stanowisk do pracy. Tylko się uczyć.

Polska próbuje nadążać

Bardzo ważna jest dla niej ta możliwość połączenia teorii (w podstawowej dawce) z praktyką (w dość dużej ilości). – W Polsce także do tego się dąży – podkreśla prof. dr hab. Jarosław Płuciennik, pełnomocnik Rektora ds. Otwartych Zasobów Edukacyjnych Uniwersytety Łódzkiego, były prorektor ds. jakości i programów kształcenia.

– Co prawdy zmiany w edukacji na poziomie podstawowym i średnim zmierzają w fatalnym kierunku i trudno zatem powiedzieć, jak będzie wyglądało za kilka lat szkolnictwo wyższe w Polsce, ale coraz częściej praktyka (nauczanie praktyczne) wkracza na uczelnie polskie, nawet tzw. studia dualne nie są już w tej chwili czymś zupełnie wyjątkowym. Coraz więcej jest uczelni, które dają możliwość połączenia tradycyjnych wykładów czy ćwiczeń z pracą pozwalającą studentowi na zdobycie odpowiednich kwalifikacji i kluczowych kompetencji – mówi prof. Płuciennik.

Zajęć obowiązkowych Olga, podobnie Zuza, ma mniej niż miałaby w Polsce. – W kraju miałam cały dzień wykładów, a tu na 4 godziny wykładów w ciągu tygodnia mam kilkadziesiąt godzin w studiu – mówi Olga. – Nie ma czegoś takiego jak cotygodniowe kolokwia. W Anglii zazwyczaj mamy jeden projekt, nad którym pracujemy na maksa, od początku do końca, a nie kilka projektów plus jeszcze jakieś kolokwia itp., co wprowadza ogromny chaos i dezorganizację. Uważam, że lepiej zrobić jedną rzecz od początku do końca dobrze niż uczyć się miliona rzeczy chaotycznie.

Przyjazna atmosfera

Kuba, student trzeciego roku University College London, bardzo docenia luźne stosunki między profesorami a studentami. – Byłem zdziwiony, jak niemal od razu mój profesor zaproponował piwo w pubie i przy kuflu rzucił „najlepiej mów mi po imieniu” – mówi. – Oni naprawdę nami się opiekują. Mój profesor na początku studiów podpowiedział mi, że lekko modyfikując dobór przedmiotów mogę studiować geografię z matematyką (Geography with Quantitative Methods ), a nie samą geografię. Cały czas czuję wsparcie profesora. Wiem, że jego autorytet nie opiera się na literach przed nazwiskiem jak w Polsce, tylko na wiedzy, którą mi przekazuje i na okazywanej życzliwości.

Zuza potwierdza, że wszyscy traktują studenta na równi. – Nie ma ‘wielkich profesorów, z którymi boisz się rozmawiać. Zawsze mają dla nas czas, a w Polsce jest zupełnie inaczej. Mamy mnóstwo zajęć dodatkowych, kółek zainteresowań, spotkań, wyjazdów, imprez, konferencji i programów, do których każdy może dołączyć i wyrazić swoje zdanie na temat uczelni, spróbować coś zmienić lub nawet wprowadzić nowy przedmiot czy dodatkowe materiały naukowe. To inspiruje. W Anglii system oddawania prac czy załatwiania czegokolwiek na uczelni jest niesamowicie prosty – większość załatwia się przez Internet. Nie ma żadnego stania w kolejce po podpisy, prace wysyła się przez platformę. Jeżeli nie można przyjść na zajęcia, to pisze się maila z przeprosinami i tyle.

Nauka odpowiedzialności

Internet ma swoje plusy, bo tu nic nie ginie i łatwiej „pilnuje się” terminów. To nie Polska; na Wyspach trzeba być odpowiedzialnym. Kuba z UCL mógł studiować w Cambridge, ale aplikację wysłał nieco po terminie. – Moja siostra aplikowała po czasie na ASP w Warszawie; wysłała zgłoszenie zamiast w piątek, to w poniedziałek świtem i jakoś zakwalifikowali ją do egzaminów – opowiada.
– Tu nie jest to do pomyślenia, żeby panie z sekretariatu studenckiego przymknęły oko; prawie wszystko ogarnia się elektronicznie.

Mama Kuby widzi różnicę w zachowaniu syna już po pierwszych miesiącach. – Przed wyjazdem był średnio odpowiedzialny i ta wpadka z aplikacją na Cambridge nauczyła go wiele – mówi. – Cały rok samotnego troszczenia się o to co zje, czy starczy mu do kolejnej wypłaty, jak załatwić sprawy z wynajęciem mieszkania… Jego rówieśnicy z Polski ciągle „wiszą” na rodzicach. My mamy już układ partnerski i czasem to już on, a nie ja, ma przewagę w dyskusji czy szybciej potrafi znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. Studiuje tam także życie i nieźle mu to wychodzi.


fot. Katarzyna Wyszomierska
 „Nasze Czasopismo” nr 10/2018