Ekonomia

CO NIE GRA W EUROPIE?

Unia Europejska zapewnia wiele swobód gospodarczych, z których korzystamy i wartości, których bronimy. Przeciwnicy jednak wskazują na rozrośniętą biurokrację, zbędne wydatki, a co radykalniejsi przezywają ją Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich. To populizm, błędem byłoby jednak uważać, że wszystko w UE funkcjonuje tak jak powinno.

Jacek Władysław Bartyzel

 

Integracja europejska trwa od kilkudziesięciu lat, obejmując coraz więcej państw (choć Brexit tę liczbę wkrótce zmniejszy) i pogłębiając swój charakter – od współpracy w wybranych sektorach gospodarki, przez strefę wolnego handlu, wspólny rynek i wreszcie po polityczną wspólnotę o konfederacyjnym charakterze, opartą o wartości daleko wykraczające poza współpracę ekonomiczną. Z integracji płynie wiele oczywistych korzyści, ale nie wszystko działa jak należy, a i cele polityczne nie są przecież wspólne dla wszystkich, zarówno z punktu widzenia państw członkowskich, jak i poszczególnych opcji politycznych.

Eurobankomat

Polska skorzystała na członkostwie w Unii Europejskiej finansowo. Często pokazywana statystyka pokazuje, że przez kilkanaście lat członkostwa bilans netto transferów z UE (po odjęciu wszelkich składek, jakie płacimy) to około 100 miliardów euro (ponad 400 miliardów złotych) na naszą korzyść. Kwota wydaje się ogromna i w istocie pomogła w transformacji polskiej gospodarki, zwłaszcza w zakresie inwestycji infrastrukturalnych.

A jednak pomimo tego oczywiście korzystnego bilansu błędem byłoby traktowanie Unii jako bankomatu i ocenianie korzyści wyłącznie w kategorii tych przepływów. Paradoksalnie, można zaryzykować stwierdzenie, że transfery, czy to z polityki spójności, programów regionalnych czy tym bardziej polityki rolnej, to dość poboczna korzyść dla Polski i całkiem dwuznaczna z punktu widzenia Unii jako całości.

Wspólny rynek, czyli co działa najlepiej

Podstawową korzyścią gospodarczą z członkostwa w UE jest natomiast dostęp do wspólnego rynku, opartego na swobodnym przepływie pracy, towarów, usług i kapitału. Te właśnie swobody niesamowicie powiększają zakres możliwości dla praktycznie każdego: robotnika, który może wyjechać za granicę w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy; drobnego przedsiębiorcy, który otworzy transgraniczny biznes lub będzie świadczył usługi, choćby cyfrowe, w całej Europie; studenta, dla którego otwarta jest cała oferta edukacyjna; kapitalisty, który może inwestować bez przeszkód, czy przedsiębiorcy szukającego kapitału z całej Europy.

Wspólny rynek to i wiele wspólnych regulacji. Część z nich można ocenić pozytywnie, jako poszerzające zakres wolności – albo wręcz wymuszające liberalizację krajowych przepisów. Tak działo się w zakresie usług pocztowych, lotnictwa cywilnego czy ostatnio usług płatniczych.

Krzywizna bananów, ACTA2 i eurosocjalizm

Regulacje często idą jednak w przeciwnym kierunku. Poziom brukselskiej biurokracji nie bez powodu jest przedmiotem kpin. W wielu krajach członkowskich wciąż pokutują archaiczne poglądy socjalistyczne czy socjaldemokratyczne lub wizja „państw opiekuńczych”, utrudniające np. liberalizację rynków pracy w tych krajach. Niektóre dyrektywy powstają nie w trosce o potrzeby konsumenta, lecz poszczególnych grup interesów. Tak jest z procedowaną obecnie tzw. ACTA2 – dyrektywą, która pod pozorem ochrony praw autorskich przyznaje wydawcom prasowym przywileje finansowe kosztem innowacyjnych firm i konsumentów, nie tylko ograniczając wolny rynek, ale też stanowiąc poważne zagrożenie wolności słowa.

Porażka Wspólnej Polityki Rolnej

Chyba najbardziej kontrproduktywnym i kosztownym przykładem regulacji europejskich jest Wspólna Polityka Rolna. Choć patrząc z pozycji księgowych, dla Polski wydaje się korzystna (któż nie chce dostawać pieniędzy za nic), ekonomicznie jest jednak kompletnie pozbawiona podstaw. Regulacja rolnictwa poprzez systemy dopłat bezpośrednich, subsydiów i kwot stanowi kompletną ignorancję prawa popytu i podaży, prowadząc do przerostu zatrudnienia w rolnictwie i niewłaściwej alokacji zasobów, tj. produkowania dóbr w ilościach oderwanych od zapotrzebowania. Choć porównania UE do ZSRR stanowią najczęściej nieuprawnioną figurę retoryczną, to właśnie w rolnictwie analogia centralnego planowania produkcji wydaje się najbliższa rzeczywistości.

Budżet Unii a budżety państw członkowskich

O ile marnotrawstwo pieniędzy unijnych jest istotnym problemem, to sama wielkość unijnego budżetu nie jest największym powodem do zmartwień. Budżet, który składa się przede wszystkim ze składek państw członkowskich opartych o ich dochód narodowy, części wpływów z podatku VAT i opłat celnych, to ledwie 1 procent unijnego PKB (dla porównania: wydatki rządów państw członkowskich to średnio ponad 45 proc. PKB).

Bardziej niebezpieczne są próby harmonizacji polityk fiskalnych. Niebezpieczne, bo ich głównym celem może być uniemożliwienie konkurowania państw członkowskich między sobą niższymi podatkami. Stawki VAT od lat mają określone minimalne poziomy, wywiera się jednak presję na harmonizację także podatków dochodowych (zwł. CIT od przedsiębiorstw), co utrudni konkurowanie tym krajom, które zdają sobie sprawę z tego, że niskie podatki przyciągają inwestorów, więc mniej pieniędzy chcą zabierać ulokowanym u nich biznesom.

Warto zwrócić uwagę na casus Irlandii, która wcale nie chciała 14 miliardów euro podatków od Apple, a mimo to Bruksela uważa, że Dublin wpływami z tego podatku musiał zostać na siłę uszczęśliwiony. Podobnie niebezpieczne dla podatników są dyrektywy wymierzone w optymalizację podatkową czy wymuszające wprowadzenie tzw. exit tax, czyli podatku od wyprowadzki firmy za granicę.

Test na zasadność regulacji

Większą wagę powinny w każdej nowej unijnej regulacji odgrywać testy na ich zasadność. Zamiast standardowej formuły o „konieczności interwencji”, każdy akt wspólnotowy powinna poprzedzać pogłębiona analiza nie tylko pod względem zasady subsydiarności, ale też tego, jakie i na kogo ograniczenia regulacja ta nakłada. Nowe restrykcje wobec jednostki zawsze osłabiają zasadność takiej regulacji. Regulacje powinny raczej redukować ograniczenia wobec jednostki, a nie je tworzyć. Ograniczenia wobec państw członkowskich mogą działać przeciwnie, poszerzając swobodę jednostek i podmiotów rynkowych.

Mimo wszelkich mankamentów Unii Europejskiej – czy Polska byłaby bardziej wolnorynkowa poza wspólnotą? Bardzo wątpliwe. Teoretycznie mogłaby – praktycznie w większości dziedzin obecność w Unii Europejskiej wymusiła rynkowe reformy, których bez UE raczej byśmy nie przeprowadzili. I to jest znacznie większa korzyść dla Polski nawet niż te 400 miliardów złotych otrzymane od podatników innych państw Europy.


fot. pixabay.com
 „Nasze Czasopismo” nr 10/2018