Społeczeństwo

UPARTE WIDMA

Wydawać by się mogło, że romantyzm i pozytywizm to pojęcia odnoszące się już tylko do historii literatury. Jednak postawy, jakie opisują, są nadal żywe. Co więcej, mają one ciągle istotny na wpływ na nasze zachowania, a nawet na polską rację stanu.

Andrzej Zaleski

Jeżeli spojrzymy na mapę Polski z punktu widzenia wyników tegorocznych wyborów do sejmików wojewódzkich, zobaczymy zasadnicze pęknięcie. Przebiega ono z grubsza wzdłuż granicy zaborów i dzieli Polskę na Kongresówkę oraz dawny zabór pruski. W Kongresówce wybory wygrało Prawo i Sprawiedliwość, w dawnym zaborze pruskim większość głosów zdobyła Koalicja Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe. Jedną z przyczyn pęknięcia, które zresztą daje się zaobserwować przy okazji praktycznie wszystkich elekcji w naszym kraju, jest tradycja romantyczna i pozytywistyczna.

Dwa doświadczenia

Jakże różnie układały się w XIX wieku losy ziem zaanektowanych przez Prusy od ziem opanowanych przez Rosję! W zaborze rosyjskim, poczynając już od końca XVIII wieku, wybuchają powstania: kościuszkowskie, listopadowe i styczniowe. Wszystkie one zakończyły się klęską i miały katastrofalny wpływ na życie społeczne i gospodarcze. Najlepsi synowie tych ziem zginęli na polach bitew bądź zostali zesłani na Sybir, a w najlepszym razie udali się na emigrację. Ich majątki były konfiskowane. W rezultacie w znaczący sposób zostały uszczuplone obszary należące do Polaków lub też do osób innej narodowości, ale czujących się obywatelami Rzeczpospolitej. Działania te doprowadziły w konsekwencji do utraty poczucia przynależności do Rzeczpospolitej przez większość mieszkańców terenów położonych na wschód od Bugu.

Zupełnie inaczej potoczyły się losy ziem przyłączonych do Prus. Państwo pruskie już od początku rozpoczęło politykę germanizacji. Sukcesywnie wprowadzało język niemiecki do szkół, a polityka społeczno-gospodarcza miała doprowadzić do przejęcia własności ziemskiej. Osoby, które źle gospodarowały, traciły majątki. Na działania Prus, a potem zjednoczonych Niemiec, społeczeństwo odpowiedziało biernym oporem. Najważniejszą rzeczą było przetrwać, za wszelką cenę. Pracować i uczyć się. Lepiej i wydajniej od Niemców. Tylko praca dawała możliwość przetrwania; nikt nie myślał o powstaniu. Najważniejsza była wytrwała, organiczna praca dla kraju, dla polskiej wspólnoty. W rezultacie na terenach zaboru pruskiego w XIX wieku nie wybuchło żadne powstanie. Wielkopolanie tylko raz stanęli do zbrojnej walki i to od razu zwycięskiej. W roku 1918.

Dwie postawy

I te tak różne losy odciskają swoje piętno na naszej dzisiejszej polityce i na współczesnych wyborach Polaków. Mieszkańcy dawnej Kongresówki, a w dużej mierze również dawnej Galicji, czyli zaboru austriackiego, żyją duchem romantyzmu, walką o wolność za wszelką cenę, nawet kosztem własnego życia i majątku. Te postawę trafnie opisał już Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”: „szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele i? – jakoś to będzie!”. I tę wizję polskiej racji stanu podjęła obecna władza. Jako wzór patriotyzmu wskazała „żołnierzy wyklętych”.

Wielkopolanie kontynuują tradycje pozytywistyczne – racjonalnego myślenia mającego na celu dobro całej wspólnoty. I to się przejawia w wyborach, jakich dokonują. Tego rodzaju myślenie przejawiło się także w czasie drugiej wojny światowej. Jego wynikiem było utworzenie organizacji „Ojczyzna”, która w czasie wojny opracowała podstawy przyszłej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Po wojnie jej członkowie aktywnie się włączyli w proces zagospodarowywania ziem północnych i zachodnich. Nie łaknęli bezsensowej śmierci. Rozpoczęli pracę dla kraju w tych warunkach, w jakich było im dane działać. I właśnie tego rodzaju postawę należy propagować jako patriotyzm. To jest polska racja stanu.


Powstanie styczniowe (1863-1864), fot. polona.pl
„Nasze Czasopismo” nr 12/2018 i 01/2019