Społeczeństwo

ROBERT KUBICA – SUKCES DZIĘKI POKORZE

Powrót polskiego kierowcy do ścigania w Formule 1 to nie tylko efekt jego ogromnej pracy nad odzyskaniem pełnej sprawności. W jego przypadku siłą prowadzącą do sukcesu okazała się pokora.

Maciej Milczanowski

Czternaście miesięcy temu napisałem tekst do „Naszego Czasopisma” o Robercie Kubicy jako stoickim wojowniku. Kończyłem entuzjastycznie, stwierdzeniem: „Dziś nie mówimy, czy Kubica wróci do F1, tylko kiedy. Ja stawiam na wrzesień.” A zatem pomyliłem się o półtora sezonu. We wrześniu 2017 r. mój entuzjazm zderzał się ze zwyczajowym w naszym kraju malkontenctwem połączonym ze wszechwiedzą… W Polsce mamy wielu specjalistów od wszystkiego i jeszcze więcej ludzi, którzy nigdy się nie mylą.

Efekt starań Roberta Kubicy o powrót daje zarówno mi, jak i malkontentom podstawę do wypowiedzenia ulubionej kwestii „fachowców” od wszystkiego: „A nie mówiłem?” Ja mógłbym powiedzieć, że ok, troszkę później, ale wrócił i to jest najważniejsze. Oni mogą za to stwierdzić, że przecież półtora roku to jednak zupełnie inna sytuacja. Zarówno mi, jak i malkontentom przyda się to, czym wykazał się w ciągu tych miesięcy Robert – pokora!

Tak się składa, że wszyscy mają rację: ja przeholowałem w swoim entuzjazmie, ale przecież czynniki, które wskazałem w tamtym tekście, oddziaływały przez cały okres zmagań Kubicy z różnymi siłami decydującymi o składzie kierowców w konkretnych bolidach na następny sezon. Ostatecznie to siła woli, determinacja i niesamowite umiejętności samego Roberta i grupy ludzi, którzy w niego wierzyli, doprowadziły do tego, że znaleźli się nowi sponsorzy, dzięki czemu wielki comeback mógł się ziścić.

A wcale nie musiało tak się stać. Wystarczyłby jeden słabszy trening Roberta, inna sytuacja w obozie Siergieja Sirotkina (którego jeden ze sponsorów ma poważne problemy prawne), czy pojawienie się tysiąca innych okoliczności, żeby do powrotu nie doszło. Zapewne Robert trafiłby do Ferrari w roli kierowcy testowego i tam sytuacja znów przez rok byłaby zagmatwana. Wszyscy mieliśmy trochę racji.

Siła empatii

Warto spojrzeć na tę sytuację z punktu widzenia możliwości, jakie daje otwartość na argumenty inne niż „moje”, którą nazywamy empatią lub pokorą. Pokora nie oznacza tego, że musimy przyjmować czyjś punkt widzenia, ale że potrafimy słuchać innych, brać pod uwagę ich zdanie, starać się rozumieć ich motywy i dzięki temu budować porozumienie, współpracę oraz osiągać wspólnie cele na zasadzie win-win.

Bez tak rozumianej pokory, pielęgnując nasze prywatne egoizmy, nie znajdujemy porozumienia w polityce, w pracy, ale także z partnerami życiowymi, a bardzo często także z własnymi dziećmi. Rodzice, którzy wszystko przecież robią dla swoich dzieci, nie rozumieją, kiedy utracili z nimi kontakt. Otóż egoizm sprawia, że nawet jeśli słuchamy, to nie słyszymy, a nawet jeśli usłyszymy, to często nie staramy się zrozumieć. Oczywiście mamy tysiące wytłumaczeń: życie jest szybkie, praca mnie pochłania, mam poważny problem, a dziecko pyta o zepsutą zabawkę, więc trudno o poważne „słyszenie”, a co tu w ogóle rozumieć… Natomiast to, co dla nas jest błahostką, dla dziecka może być problemem najpoważniejszym.

Strategia stoika

Robert Kubica przeżył wielki zawód, gdy rok temu w Williamsie zdecydowano o powierzeniu mu „tylko” posady kierowcy testowego. Zresztą wielokrotnie dawał temu wyraz, ale nie wtedy. Na takie komentarze pozwolił sobie dopiero we wrześniu i październiku 2018 r. Jego wypowiedzi stanowiły już wówczas wyraz przemyślanej strategii, w której wystąpienia medialne miały wywierać presję na decydentach w brytyjskiej stajni wyścigowej. Wcześniej natomiast zacisnął zęby i w krótkiej perspektywie zaakceptował to, co udało się osiągnąć.

W wywiadach stwierdzał, że fotel kierowcy testowego okazał się szczytem jego możliwości negocjacyjnych w zimie 2017/18, ale jednocześnie wskazywał, jak wielką drogę przeszedł, aby do tego punktu dojść i na koniec dodawał, że teraz będzie pracował nad rozwojem Williamsa i słuchał. Przestał wypowiadać się o swoich planach, a koncentrował się na wypowiedziach nt. aktualnej sytuacji w Williamsie i swoich obowiązków. Przyjął więc postawę doskonale pasującą do filozofii stoickiej. Zaakceptował napotkane trudności, postanowił w nich odnaleźć jak najwięcej siły do kolejnego kroku i nastawił się na słuchanie i wyczekiwanie na odpowiedni moment do dalszych działań, bo swojego dalekosiężnego celu nigdy nie porzucił.

Warto zwrócić uwagę, że pokora Roberta polegała na tym, że mając całkowitą pewność co do swoich umiejętności, możliwości ścigania się na najwyższym światowym poziomie, jednocześnie rozumiał, jakie ograniczenia rok temu uniemożliwiały mu osiągnięcie celu i jakie mogą ten cel zniweczyć na zawsze, jeśli nie będzie potrafił odpowiednio reagować na pojawiające się wydarzenia. W praktyce zrealizował także założenie Philipa Zimbardo, który głosi, że porażka to lekcja pozwalająca na odniesienie sukcesu (FAIL – First Lesson In Learning).

Festina lente

Wszyscy powinniśmy zrobić „audyt swojego pośpiechu”, o czym mówi Carl Honoré w swoim przepisie na lepsze życie, zatytułowanym „Slow”. Taki audyt pozwala na dostrzeżenie sytuacji, w których można i w których absolutnie trzeba się zatrzymać, żeby usłyszeć i zrozumieć swoje dziecko, swojego małżonka, kolegę i koleżankę z pracy lub też, aby nie przegapić ważnej szansy, gdy akurat przypadkiem staramy się o awans z fotela kierowcy testowego na wyścigowego.

Pęd, w którym zamyka się nasze życie, powoduje, że gdy wreszcie się zatrzymujemy, często nasze dzieci są już dorosłe i… obce, rodziców już nie ma, z małżonkiem się mijamy, bo słabo się znamy. Zapytacie zapewne: „ale kiedy się zatrzymać, mam terminy, szef grozi, że wywali z roboty… itd”. Na takie pytanie odpowiedź jest oczywista: Teraz! Świetnie wyjaśnia to w swojej książce Krzysztof Wysocki („Teraz! Jak już dziś zmienić jutro”). Audyt pośpiechu to pierwszy krok w budowaniu równowagi wewnętrznej, która pozwala nam na odnalezienie się z bliskimi, ale też na odnalezienie prawdziwej satysfakcji w życiu i to już teraz, a nie „gdy wreszcie osiągnę sukces”.

Nie oznacza to, że wszystko mamy robić wolno, wręcz przeciwnie, terminów trzeba dotrzymywać, szefa udobruchać, jednak każdy jest w stanie zmienić swój kalendarz tak, aby znaleźć czas na usłyszenie, a nawet zrozumienie samego siebie oraz tych, którzy nas otaczają (jedna z kluczowych koncepcji psychologicznych – okna Johari).

Robert Kubica żyje w świecie wielkich prędkości nie tylko na torze wyścigowym, ale też agresywnych mediów, potężnego hejtu, biznesu, polityki. Mimo to potrafił zachować postawę stoicką, dystans, znajdował nawet czas, by ku zdumieniu wszystkich pokonać dystans wyścigowy toru w Brazylii na… rowerze. Robert z pewnością nie przestanie nas zadziwiać, Teraz pora, byśmy my zadziwili samych siebie odnajdując równowagę w naszym życiu.


Autor jest historykiem, doktorem nauk humanistycznych, byłym żołnierzem zawodowym, zajmuje się teoriami przywództwa i strategii w kontekście konfliktów; Centrum Zimbardo ds. Rozwiązywania Konfliktów, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

Kubica razem z Claire Williams podczas ogłoszenia Roberta drugim kierowcą Williamsa na sezon 2019, fot. SgtNikeR, źródło: wikipedia.org
„Nasze Czasopismo” nr 12/2018 i 01/2019