Kobiety demokracji

WIELE RZECZY MNIE „BOLI”

Ile trzeba odwagi, żeby wyjść na ulicę i protestować? Z Magdaleną Klim „Rudą”, jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy protestów w sprawie łamania demokracji

rozmawia Katarzyna Wyszomierska

Jesteś odważna?

Nie wiem, w jakiej skali się mierzy odwagę, ale trzeba mieć determinację, poczucie wolności, niezgodę na zawłaszczanie tego, co moje. W proteście osiąga się kolejne szczeble. Tego, co się robi po trzech latach, raczej nie zrobiłoby się na początku. Ważne jest wsparcie innych. Odważna jest Gabrysia Lazarek. Ta dziewczyna z Cieszyna wychodzi codziennie od kilku miesięcy na miejski rynek. Swój protest zaczynała solo…

Bodziec, który wypchnie nas ze strefy komfortu, musi być naprawdę mocny…

Gabrysia wyszła po raz pierwszy, bo wstrząsnął nią apel Piotra Szczęsnego, który w proteście wobec „dobrej zmiany” spalił się w Warszawie. Dla niej to był przełomowy moment.

Czy najbardziej leży ci na sercu sprawa powstrzymania odradzającego się w Polsce nacjonalizmu?

Oczywiście ważne jest powstrzymanie nacjonalizmu czy neofaszyzmu, ale równie istotne dla mnie są swobody obywatelskie, prawa kobiet i prawa LGBT, edukacja, prawa zwierząt i ochrona flory. Ważna jest nasza tożsamość i godność – chyba za tymi dwoma słowami kryje się wszystko. Niestety, wiele rzeczy mnie „boli” we współczesnej Polsce.

Wycinka Puszczy Białowieskiej była dla wszystkich ogromnym szokiem. Dla ciebie także?

To było najbardziej namacalne niszczenie normalności w wykonaniu PiS. O niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego można dużo mówić, ale poraża widok padającego kilkusetletniego zdrowego drzewa i świadomość krzywdy, jaka wyrządzana jest mieszkańcom lasu. Puszcza, która przetrwała wieki i jest światowym unikatem, musiała się ugiąć pod naporem pazerności i bezmyślności Szyszki.

To chyba twój „ulubiony” polityk…

Oj tak… We wrześniu 2017 r przed siedzibą Lasów Państwowych odsłonięto pomnik na cześć pierwszego dyrektora, przedwojennego urzędnika, który nota bene walczył wówczas z wycinką. Jak na ironię rzeźba przedstawia… ścięte drzewo. Zauważyłam przez okno samochodu uroczystość z udziałem duchownych, leśników i ministra Szyszki. Miałam w bagażniku czyste prześcieradło i mazaki, to szybko namalowałam baner i „wpadłam” na fetę robiąc nieco zamieszania. Taki jednoosobowy protest ad hoc w obronie naszego dziedzictwa.

Często zdarzają się takie protesty „na szybko”?

Nie, ale czasem trafiają się równie komiczne sytuacje. Było tak podczas stołecznego Marszu Żołnierzy Wyklętych, organizowanego pod znakiem zakazanej w Polsce falangi. Poważna sprawa i poważne miejsce. Blokujemy, bo nie ma zgody na zmienianie historii i gloryfikowanie ludzi o niekiedy wątpliwych czynach. Zimno jak cholera. Pod spodniami wełniane rajstopy i grube leginsy, trzy pary skarpetek, pod sztucznym futrem – kilka swetrów. I jeszcze czapa i trzy szaliki. I jeszcze mam torebkę, jak zwykle u mnie ok. 6 kg. Jestem jak bałwanek. Reszta protestujących siada, ja wytrwale stoję, bo nawet nie mam jak się położyć. Oni są znoszeni przez policjantów, ja nie. W końcu – na mnie czas i kładę się na lodowatym asfalcie, bo inaczej mnie nie wyniosą. Położyli mnie na chodnik, ale jak tu wstać? Jak wymotać się z warstwy ubrań?

Podczas protestów obok komicznych, zdarzają się sytuacje tragiczne.

Podczas lipcowych obrad sejmu w 2017 r. i naszych protestów w sprawie sądownictwa stałam przed bramą wjazdową. Policja w brutalny sposób weszła między ludzi zgromadzonych przed sejmem, żeby bezceremonialnie wyciągnąć Dawida Winiarskiego. Chwytem za gardło… wudziestokilkuletni chłopak trafił na komisariat na Wilczej. Spędził tam dwie godziny. A potem zawieziono go na SOR do szpitala na Lindleya. Z bólem głowy, rozwalonym łokciem, z kłuciem w okolicach serca, wybroczynami na brzuchu.

Co wydarzyło się w komisariacie?

Nie wiem, ale wiem, że kurs zaostrza się i tym bardziej trzeba protestować.


fot. Beata Chojnacka
„Nasze Czasopismo” nr 12/2018 i 01/2019