Kultura

NIECH NAM ŻYJE STRASZNY DWÓR!

Standardowo o Stanisławie Moniuszce wiemy, że napisał dwa mazury – ze „Strasznego Dworu” i „Halki”, że jego twórczość promowała Maria Fołtyn (na przekór wszystkim) oraz że na lekcjach zmuszano nas do słuchania Prząśniczki, arii z kurantem i arii Jontka.

Anna Schwerin

To wystarczy, aby w przestrzeni publicznej powielać przyklejoną Moniuszce etykietkę nudnego kompozytora, piszącego „tak sobie” i z niewiadomych przyczyn nazwanego twórcą polskiej opery narodowej.Szansą, aby to zmienić, jest przypadająca w 2019 r. dwusetna rocznica urodzin Stanisława Moniuszki.

Środowisko muzyczne niecierpliwie czeka na nowe, krytyczne wydanie dzieł wszystkich kompozytora powstające w Polskim Wydawnictwie. Młodzi wokaliści natomiast jeszcze do połowy stycznia mają szansę zgłosić się do udziału w 10. Międzynarodowym Konkursie Wokalnym im. Stanisława Moniuszki (Teatr Wielki – Opera Narodowa, maj 2019 r.). Jeżeli pozytywnie przejdą kwalifikacje i z powodzeniem wystąpią przed eksperckim międzynarodowym jury, to – z pewnością nie raz – zasilą międzynarodowe produkcje operowe. Oby przy okazji nie zapomnieli Stanisławie Moniuszce.

Największym jednak wyzwaniem dla kreatorów życia muzycznego jest przekonanie nas, że Moniuszko był ważną postacią drugiej połowy XIX wieku i że jego działalność zasługuje na szacunek. Przypomnijmy – mieszkał i działał zawodowo w zaborze rosyjskim, w warunkach represji gospodarczych i politycznych. Stanisław Moniuszko z pewnością był „człowiekiem czynu”. Wykładał w Instytucie Muzycznym (którego spadkobiercą jest dzisiejszy Uniwersytet Muzyczny im. Fryderyka Chopina), był współzałożycielem działającego do dzisiaj Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego, odpowiadał też jako dyrygent i dyrektor muzyczny za repertuar Teatru Wielkiego.

Warszawska premiera „Halki” (1858) była ogromnym sukcesem, ze względu na polskość dzieła (język, motywy muzyczne, libretto, scenografia). Publiczność doceniła Moniuszkę i posypały się zamówienia na opery, kantaty, msze, muzykę do sztuk teatralnych. Dobrą passę przerwał wybuch powstania styczniowego, a po jego klęsce Moniuszko, chcąc dodać rodakom otuchy, wystawił w 1865 r. „Straszny Dwór” (nad którym pracował od 1861 r.).

Niestety, dla zaborcy dzieło okazało się zbyt rewolucyjne, w efekcie cenzura zdjęła je z afisza po trzech spektaklach. I w ten sposób opera dołączyła do Wielkich Dzieł Patriotycznych, do których należy przede wszystkim podchodzić z szacunkiem. Oczywiście, „Straszny Dwór” zawiera wątki patriotyczne (aria Stefana z kurantem, aria Miecznika, aria Hanny), ale też jest w nim wiele komizmu obyczajowego, który odpowiednio uwypuklony uwspółcześnia i ożywia dzieło.

Oto młodzi szlachcice po powrocie z wojny postanawiają wzorcowo zarządzać majątkiem, a to wymaga ściągnięcia długów, m.in. od Miecznika – przyjaciela rodziny. Jednak dla ich krewnej pomysł wyjazdu do dworu w Kalinowie jest jeszcze bardziej przerażający niż ich niechęć do ożenku. I tu jak w teleturnieju pojawia się pytanie: dlaczego dwór strasznym się zwie:
a/ bo straszą w nim duchy, b/ powstał na krzywdzie niewinnych, c/ słynie z pięknych mieszkanek. Oczywiście po serii komicznych pomyłek, znakomicie zilustrowanych muzycznie, uzyskujemy właściwą odpowiedź. A przy okazji przejrzymy się w bohaterach opery jak w zwierciadle.

Dlatego też pierwszy kontakt widza/słuchacza ze „Strasznym Dworem” powinien zacząć się od scen wróżb, polowania, kuligu z mazurem, i to koniecznie z możliwością czytania śpiewanego tekstu. Wtedy dopiero docenimy fragmenty liryczne dzieła. I zrozumiemy, że do rosyjskiego „Dziadka do orzechów”, bachowskiego „Oratorium na Boże Narodzenie”, haendlowskiego „Mesjasza” oraz wiedeńskiego Koncertu Noworocznego powinniśmy co roku dołączyć „Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki, którego akcja rozpoczyna się w Sylwestra, a kończy w Nowy Rok.


Straszny dwór – Afisz z 1882 r., fot. polona.pl
„Nasze Czasopismo” nr 12/2018 i 01/2019