Polityka

ORDYNACJA, CZYLI GRA WYBORCAMI O WŁADZĘ

Czy istnieje ordynacja wyborcza, która zadowoli wszystkich? Czy partiom politycznym zależy na ordynacji, która odzwierciedli preferencje wyborców? Takie pytania pojawiają się przed każdymi wyborami, kiedy toczy się walka o głosy. Tylko czy na pewno kandydatom zależy na tych głosach?

Ewa Krawczyk-Dębiec

Ordynacja wyborcza to zbiór przepisów wskazujących, jak wybrać reprezentujących społeczeństwo przedstawicieli, którzy będą decydowali o wszystkich aspektach naszego życia. Przewrotne jest to, że decydują o niej sami wybrani, bo to oni zasiadają w ławach sejmowych, gdzie stanowią prawo.

Na świecie funkcjonują, w różnych konfiguracjach, dwa podstawowe rodzaje ordynacji – większościowa i proporcjonalna, różniące się sposobem liczenia głosów. Przy większościowej głosujemy na określonego kandydata (nie partię) i mandaty otrzymują ci, którzy zdobyli w swoim okręgu wyborczym większość głosów. Druga ordynacja dzieli mandaty proporcjonalnie do liczby głosów uzyskanych przez dane ugrupowanie. Wadą systemu większościowego jest to, że dużo głosów pozostaje niewykorzystanych, bo nie zostały oddane na zwycięskich kandydatów, zaś zaletą – wzmocnienie silnych ugrupowań, co gwarantuje stabilność rządów. Proporcjonalna ordynacja powoduje, że mniejsze partie, nawet te skrajne, mogą wejść do parlamentu, ale skutkuje to często nie tylko blokowaniem prac rządu poprzez brak możliwości uzyskania większości, ale i utrudnieniami w tworzeniu samego rządu.

Demokracja po polsku, czyli nasze małe piekiełko.

W Polsce mamy przykłady negatywnych skutków proporcjonalnej ordynacji wyborczej. Andrzej Hennel, dr hab. fizyki i emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego wymienia dwa z nich – ordynację do Sejmu I kadencji w 1991 r. i VIII kadencji w 2015 r.

W 1991 r. głos oddany na kandydata był zaliczany najpierw na okręgową listę kandydatów (głosy w okręgach przeliczono na mandaty metodą Hare’a-Niemeyera i nie było wymagane przekroczenie progu wyborczego). Mandaty z list ogólnopolskich otrzymały komitety, które osiągnęły 5 proc. próg wyborczy w skali kraju lub zdobyły mandaty w co najmniej 5 okręgach (zastosowano zmodyfikowaną metodę liczenia głosów Sainte-Laguë). Gdy lista uzyskała mandat, posłami zostawali kandydaci z największą liczbą głosów.

Głosowało wówczas ponad 11 mln wyborców, ale zmarnowało się 2,5 mln głosów. Wystartowało 111 komitetów wyborczych, ale do Sejmu weszło tylko 29, z czego 11 posiadało jednego posła.

Obowiązująca wówczas ordynacja była bardzo demokratyczna, bo porównując różnice procentu głosów oddanych na poszczególne komitety wyborcze i procentu posłów, widać, że są one niewielkie. Trudno jest jednak sformować rząd w tak rozdrobnionym Sejmie. Podjęto dwie próby. Rząd Jana Olszewskiego, który poparło około 150 posłów, utrzymał się 11 miesięcy. Rząd Hanny Suchockiej, za którym głosowało około 200 posłów, upadł po 16 miesiącach – przypomniał dr hab. Andrzej Hennel.

W 2015 r., kiedy przeliczano głosy na mandaty metodą d’Hondta, faworyzującą duże ugrupowania, zaistniał tzw. wynik przypadkowy. Głosowało prawie 16 mln wyborców, ale zmarnowało się 2,5 mln głosów. Poza Sejmem znalazły się Zjednoczona Lewica (wystartowała jako koalicja i próg wyborczy był dla niej wyższy), Korwin oraz Partia Razem. Zmarnowane głosy, dzięki metodzie d’Hondta, stały się premią dla PiS na poziomie 13,5 proc.

O tym, że PiS doszło do władzy, zadecydowały drobne ruchy w drugiej linii partyjnej, które spowodowały dramatyczne efekty. Według Andrzeja Hennela, były to trzy czynniki: lewica poszła do wyborów rozbita – gdyby z lewicą poszło Razem, mieliby około 50 posłów. Korwin i Kukiz nie poszli razem, a mogli mieć około 65 posłów. Gdyby Koalicja Lewicy nazywała się Komitetem – miałaby około 30 posłów.

Leszek Karlik, członek Partii Razem, w której odpowiada za organizowanie wyborów wewnętrznych, wymienia jeszcze czwarty czynnik – blok liberalny został rozbity z PO na PO i .Nowoczesną.

Odzwierciedlanie preferencji czy głosowanie taktyczne?

Wojciech Kubalewski, przewodniczący warszawskiego koła Partii Zieloni twierdzi, że wybory sprawiedliwe, proporcjonalne i dobrze reprezentujące preferencje wyborców pozostaną w sferze marzeń. Przy niektórych ordynacjach występuje problem tzw. głosowania taktycznego. Wyborcy, oprócz swoich preferencji, mają też inne wymagania. Pokazały to wybory samorządowe w 2018 r., kiedy celem było niedopuszczenie PiS do władzy.
To spowodowało, że w Warszawie wyborcy oddali głos na Rafała Trzaskowskiego z Koalicji Obywatelskiej, przeciwko Patrykowi Jakiemu.

Są ordynacje wyborcze, które utrudniają głosowanie taktyczne, jak na przykład pojedynczy głos przechodni. W tej ordynacji na karcie do głosowania są ponumerowani kandydaci i głosuje się na kandydata pierwszego wyboru. Jeżeli nie uzyska on wystarczającego poparcia, to głos przechodzi na kolejnego preferowanego przez wyborcę. Zapewnia to reprezentację wyborców z danego okręgu i uniezależnia polityków od partii.

Demokracja bezpośrednia, czyli referenda

Juliusz Zawłocki, działacz ruchu KUKIZ’15, przypomina, że kilka razy zmieniano sposób liczenia głosów, ale nigdy nie zapytano obywateli, co o tym sądzą. Pojawia się więc pytanie, jak należy rozumieć demokrację, bo demokracja przedstawicielska jest tylko uzupełnieniem demokracji bezpośredniej. Na przykład w Szwajcarii ludzie przywiązują większą wagę do bezpośredniego decydowania niż do swoich przedstawicieli. Jednak po referendum brexitowym w Wlk. Brytanii istnieje obawa przed tą formą decydowania o sprawach kraju w dobie mediów społecznościowych, które łatwo kształtują opinię ludzi.

W Polsce, według różnych sondaży, od 70 do 80 proc. Polaków popiera wprowadzenie referendów bezprogowo lub z progiem 30 proc. Czy jednak nasze społeczeństwo dojrzało do systemu bezpośredniego?

W Szwajcarii zadecydowano w referendum, że nie będzie dla każdego 2 tys. CHF emerytury, bo żeby kraj się rozwijał, to trzeba zarabiać, a nie dostawać. Referenda ogólnokrajowe w Polsce na tym etapie rozwoju są niebezpieczne – uważa mec. Andrzej Zaleski z .Nowoczesnej.

Juliusz Zawłocki uważa natomiast, że wzrost demokracji bezpośredniej skutkuje podwyższeniem zadowolenia z niej.
Przy istnieniu instytucji referendum bezpośredniego, obligatoryjnego i zawsze wiążącego korzystne są, według niego, jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW-y), a kwestie ogólnopolskie można realizować na poziomie referendum.

„Partiokracja” czyli władza partii w całym kraju.

Według Wojciecha Kubalewskiego, rozwiązanie problemu „partiokracji” już jest. Demokracja reprezentatywna powołuje się często na swoje źródło w starożytnej Grecji. Po Rewolucji Francuskiej w Europie zaimplementowano nie dość doskonale system greckiej demokracji. Grecja nie wybierała swoich posłów, ale ich losowała. Gdybyśmy my przestali wybierać posłów na Sejm i zaczęli ich losować, „partiokracja” zniknęłaby. Żeby być posłem, nie trzeba by było być członkiem żadnej partii. To jednak byłoby obecnie zbyt trudne do wprowadzenia – przyznaje.

Ograniczenie tego zjawiska można uzyskać poprzez poprawę jakości debaty publicznej, pojawienie się autentycznych mediów publicznych, przejrzystość procesów politycznych i finansowych. Dobrym rozwiązaniem byłoby uzależnienie otrzymania przez partię dotacji od istnienia silnej demokracji wewnątrz organizacji. Pomogłoby też wzmocnienie zasad prowadzenia kampanii wyborczej, z jasnymi i równymi uprawnieniami kandydujących.

W Polsce obowiązuje system demokracji liberalnej, złożony z demokracji i instytucji liberalnych czuwających nad prawami i wolnościami człowieka. Obecnie instytucje liberalne naruszyły równowagę kosztem demokracji. Ludzie czują, że coraz mniej zależy od nich, a coraz więcej decyzji podejmowanych jest przez bliżej nieokreślone, niedemokratyczne ciała.

Przywrócenie demokracji jest dzisiaj najważniejsze. Trzeba zrobić wszystko, aby ordynacja do parlamentu była możliwie proporcjonalna, bo ludzie mają prawo być reprezentowani przez swoich przedstawicieli i po to, żeby w parlamencie była szeroka dyskusja wszystkich organizacji politycznych, a nie na ulicach – jak obecnie. Dlatego nie należy się bać ordynacji proporcjonalnej i dążyć do niej, ustanawiając możliwie niski próg wyborczy. To, że będzie trudno stworzyć rząd, nie jest argumentem. Po to jest parlament, żeby w toku dyskusji wypracować kompromis. Jest to warunek przetrwania demokracji liberalnej, bo innej nie ma – uważa Andrzej Zaleski.

Czas na zmiany

Gdyby można było dzisiaj złożyć propozycje legislacyjne, dr Andrzej Hennel zaproponowałby, po pierwsze, zmniejszenie progu 8 proc. dla koalicji do 5 proc. Koalicje były stosowane bez efektów trzy razy (w 1993 r. – Komitet Wyborczy Ojczyzna, 2001 r. – AWS i 2015 r. – Zjednoczona Lewica) i ten próg marnuje głosy wyborców.

Należy też zrezygnować z metody d’Hondta. Art. 96 Konstytucji zakłada, że wybory mają być proporcjonalne, a metoda d’Hondta taka nie jest. W obecnym Sejmie na jednego posła PiS przypada 24 305 głosów, a na jednego posła PSL 48 742. Należałoby zatem powrócić do bardziej proporcjonalnej metody Sainte-Laguë.

Wskazane byłoby wprowadzenie JOW-ów, co wymaga zmiany konstytucji. Amerykanie twierdzą, że JOW-y zagwarantują nam wybory co dwa lata, całościową zmianę Sejmu i 1/3 Senatu. Niemcy poradzili sobie z tym, dzieląc wszystko na pół. W takim systemie w Polsce byłoby 230 JOW-ów i wybierałoby się 1/2 Sejmu. Druga połowa wybierana byłaby z list partyjnych. Pozwoliłoby to z jednej strony na wejście do Sejmu liderów lokalnych, bez konieczności wstępowania do partii politycznych, z drugiej – partie też miałyby możliwość wyznaczania swoich kandydatów. Wyborca w takim systemie ma dwa głosy. W Niemczech, aby ułatwić głosowanie, na karcie są dwie kolumny oznaczone strzałkami (czarną i niebieską) z wyraźnym komunikatem, że jeden krzyżyk należy postawić w jednej kolumnie (lista lokalna), a drugi – w drugiej (lista partyjna).

Leszek Karlik uważa, że należy zreformować zarówno ordynację wyborczą, jak i zasady prowadzenia kampanii wyborczej wprowadzając, podobnie jak we Francji, zakaz płatnych reklam na trzy miesiące przed wyborami, pakiety informacyjne dla każdego wyborcy drukowane przez państwo na podstawie materiałów dostarczonych przez wszystkie partie, równy czas antenowy dla wszystkich zarejestrowanych komitetów wyborczych.

Czy którekolwiek z tych propozycji zostaną wcielone w życie, zadecydują już nasi reprezentanci zasiadający dzięki nam w polskim parlamencie.

W artykule wykorzystano materiały z debaty „Jaka ordynacja najlepiej reprezentuje preferencje wyborców” zorganizowanej przez Kluby Liberalne w Warszawie 13 stycznia 2019 r.

fot. pixabay.com

„Nasze Czasopismo” nr 02-03/2019