Społeczeństwo

JESTEŚMY DZISIAJ BARDZO POTRZEBNI

O relacjach między chorobą a agresją, stosunku społeczeństwa do chorób psychicznych i lęku przed stygmatyzacją

z dr Dariuszem Wasilewskim – psychiatrą, dyrektorem medycznym Klinik Terapii Allenort rozmawia Anna Schwerin

Po tragicznym wydarzeniu w Gdańsku Polskie Towarzystwo Psychiatryczne wystosowało oświadczenie, że agresja jest agresją i w żadnym wypadku nie można jej przypisywać wyłącznie osobom z zaburzeniami psychicznymi.

To jest niezmienne stanowisko współczesnej psychiatrii, które teraz przypomniano. Między innymi po to, aby z pacjentów chorych psychicznie zdjąć całkowicie niezasłużone odium agresji i skłonności do zbrodni. Społeczna stygmatyzacja tych osób istnieje i dlatego my, lekarze musimy zrobić wszystko, żeby edukować, uświadamiać, że żadne zaburzenia psychiczne nie mogą być automatycznie utożsamiane z zagrożeniem dla otoczenia .

O wiele częściej niebezpieczeństwo grozi nam ze strony sąsiadów czy przechodniów na ulicy, którzy spełniają tzw. normy, niż pacjentów psychiatrycznych.

Oczywiście akt agresji także może się zdarzyć, ale zwykle jest on działaniem obronnym, na przykład w sytuacji, gdy chory doznając urojeń broni się przed wyimaginowanymi prześladowcami. A szafowanie stwierdzeniem, że osoba, która dokonała zbrodni, musi być „wariatem”, jest z gruntu fałszywe. Jest nadużyciem.

Mordercy prezydenta Gdańska nie badałem, zatem nie ośmielę się postawić żadnej diagnozy. Dla mnie był to akt zbrodni.

Niemniej głos Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego wybrzmiał wyjątkowo mocno…

I słusznie, ponieważ to, co padło w relacjach telewizyjnych, może spowodować społeczne szkody, a krzywdzącym opiniom należy się przeciwstawiać. Osoby z problemami psychicznymi rzadko są groźne. Zwykle są wycofane, zalęknione czy wręcz zawstydzone swoją chorobą.

Schizofrenia, bo taka pojawiła się sugerowana choroba zabójcy, statystycznie dotyka około 1 proc. ludzkości. Kiedyś nazywano ją chorobą królewską; nie dlatego, że chorowali na nią królowie, ale dlatego, że charakteryzuje się niezwykłym bogactwem objawów. Choroba może zacząć się powoli, wręcz niezauważalnie, lub gwałtownie i spektakularnie. W jej ostrym stadium trudno podejmować logiczne działania, bo logika, w naszym rozumieniu tego słowa, tutaj nie występuje.

Najczęstszymi objawami, choć nie decydującymi o rozpoznaniu schizofrenii, są: halucynacje (słyszenie „głosów” w głowie, które mogą prowadzić dialog lub komentować zachowania pacjenta, czasem mu coś nakazywać), urojenia (pacjent czuje się wytykany, śledzony, obgadywany, uważa, że jego działaniami steruje jakaś zewnętrzna siła). Urojenia to fałszywe sądy, których pacjent nie jest w stanie skorygować, bo wierzy, że jest tak, jak on myśli. Objawem schizofrenii jest również wycofanie się w krąg własnych przeżyć – nasza rzeczywistość dla chorego staje się niedostępna, jakby opadła gęsta zasłona.

W konsekwencji pojawiają się zachowania zrozumiałe tylko w jego rzeczywistości. Taką osobę odbieramy jako dziwną, a kontakt może być bardzo utrudniony.

Diagnozę możemy postawić zwykle dosyć szybko, albo po okresie dłuższej obserwacji. Ale nie jest to takie proste, jak w przypadku otwartego złamania.

Czy współczesna psychiatria potrafi okiełznać schizofrenię i przywrócić chorego społeczeństwu?

Absolutnie tak. Przez ostatnie 20-30 lat w psychiatrii dokonał się spory postęp w dziedzinie leczenia farmakologicznego. Leki na schizofrenię, tzw. neuroleptyki, zostały wprowadzone w latach 50. XX wieku, ale obecnie dysponujemy lekami nowej generacji, które przy podobnej skuteczności minimalizują uciążliwe objawy uboczne i powikłania. W związku z tym umożliwiają codzienne funkcjonowanie, prowadzenie życia rodzinnego czy zawodowego. Ustąpienie objawów wymaga jednak dyscypliny leczenia. Chorzy na schizofrenię najczęściej nie mają poczucia choroby, uważają zatem, że nie potrzebują lekarstw. Dlatego niezwykle ważne jest zaufanie do lekarza, współpraca członków rodziny i dobra tolerancja leczenia – wówczas pacjenci łatwiej dostosowują się do zaleceń.

Czy zatem osoby dotknięte schizofrenią teraz, w obliczu odgórnie sugerowanej winy za agresję, nie poczują się zagrożone?

Odmienne poczucie rzeczywistości powoduje, że nasze rozumienie świata niekoniecznie musi ich obchodzić. Ale takie narażanie ich na ostracyzm może nieść konkretne skutki. Na przykład pracodawca dowie się o chorobie i wyrzuci taką osobę z pracy. Dlatego my, psychiatrzy staramy się walczyć z wszechobecną nędzą świadomości społecznej, według której „wariata” należy izolować.

Pamiętajmy, że każdy z nas może zachorować na schizofrenię, depresję czy zaburzenia lękowe. Może zachorować ktoś z naszej rodziny czy przyjaciół. Dobrze jest to zrozumieć, nauczyć się z tym żyć i nie traktować choroby psychicznej jako jakiegoś wydumanego zła. Przecież nie deprecjonujemy chorych na serce, nadciśnienie czy raka. A chorób psychicznych zwyczajnie się boimy.

To co pan radzi – przyznać się w środowisku do schizofrenii czy też nie?

To już jest kwestia, którą każdy powinien rozważyć indywidualnie. Są osoby, które nie przyznają się, że chorują na raka, a inne bez oporów mówią, że są alkoholikami czy mają depresję. To zależy od zaufania do otoczenia lub przeciwnie – od strachu przed odrzuceniem.

W ogóle sformułowanie „przyznawać się” jest dość niezręczne, bo sugeruje winę. A od orzekania o winie są sądy. Tym pytaniem zresztą wkraczamy w aspekt społeczny. Są kultury, które osoby z zaburzeniami psychicznymi traktują znacznie łagodniej niż kultura chrześcijańska. Przykładem może być społeczeństwo Indii. Warto też wiedzieć, że pierwsze szpitale psychiatryczne stworzyła średniowieczna kultura islamu. I to Arabom zawdzięczamy pierwsze działania psychoterapeutyczne, bo w procesie leczenia stosowali muzykoterapię, aromaterapię czy choreoterapię.

Psychiatrzy generalnie wzbudzają społeczny lęk i zwykle decydujemy się na wizytę po wyczerpaniu wszystkich innych możliwości.

Przeprowadzono nawet badania, z których wynika, że w niektórych zaburzeniach psychicznych pacjenci trafiają do psychiatrów średnio po siedmiu latach od pierwszego spotkania z lekarzem – oczywiście innej specjalności.

To trwa, bo pacjenci boją się stygmatyzacji. Tymczasem spektrum psychiatrii jest niezwykle szerokie. Zajmujemy się zarówno poważnymi schorzeniami, jak i problemami psychicznymi i emocjonalnymi, które wynikają z codziennego życia lub stresującej pracy. Zdarza się, że współpracujemy z lekarzami innych specjalności – kardiologiem, neurologiem czy gastrologiem, bo przy niektórych chorobach somatycznych pojawiają się dolegliwości psychiczne. Bywa też odwrotnie – choroba duszy często objawia się bólem, który na podstawie wyników nie ma prawa istnieć.

Ale jestem dobrej myśli, bo postrzeganie psychiatrów się zmienia. Pewnie dlatego, że tempo życia i wymogi cywilizacyjne powodują wiele zaburzeń związanych z przewlekłym stresem i pacjentów psychiatrycznych jest coraz więcej. Jesteśmy potrzebni.


fot. Anna Schwerin
„Nasze Czasopismo” nr 02-03/2019