Polityka

POŻEGNANIE PAWŁA ADAMOWICZA

Chcieliśmy pożegnać prezydenta Pawła Adamowicza – dzień przed pogrzebem, 18 stycznia, trumna była wystawiona w Europejskim Centrum Solidarności. Ponieważ jesteśmy z okolic Warszawy, większość wydarzeń, począwszy od tragicznego finału WOŚP w Gdańsku, oglądaliśmy w TV oraz Internecie.

Michał Kołak

Pożegnanie prezydenta rozpoczęło się 17 stycznia od uroczystej sesji rady miasta Gdańska wszystkich kadencji, która odbyła się w Dworze Artusa. Uchwała podjęta tam głosi: „Sprzeciwiamy się przemocy w każdej formie bez względu na motywacje, jakie mogą powodować jej sprawcami. Będziemy konsekwentnie potępiali wszelkie akty terroru i nienawiści niezależnie od tego, kto będzie za nimi stał”. W ECS wystawiono trumnę z ciałem o godz. 17. Była tam przez całą dobę, tam udaliśmy się w piątek po przybyciu do Gdańska.

Spodziewałem się sporej liczby ludzi czekających na możliwość pożegnania pana prezydenta, jednak to co zobaczyłem, zaskoczyło mnie. Kolejka wiła się od słynnej bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej przez co najmniej 500 metrów, może dłużej. Około półtorej godziny oczekiwania. To i tak dość szybko, niektórym oczekiwanie na wejście do ECS zajęło nawet dwie godziny, a dzień wcześniej kolejka miała kilka kilometrów.

Na miejscu wiele rzeczy widać inaczej. Nie da się zrobić dobrego zdjęcia serca ze zniczy przed ECS – potrzebna byłaby pięciometrowa drabina. Nie da się stać przed trumną ile trzeba, bo czeka jeszcze wiele osób i wolontariusze poganiają. Nie widać momentu, gdy prezydenci miast biorą trumnę i wnoszą do bazyliki. Nie widać wielkości tłumu przed ECS podczas formowania pochodu.

Większe emocje, sądząc po wpisach w mediach społecznościowych, przeżywały osoby oglądające przekaz tv lub czytające relacje prasowe czy w Internecie. Na miejscu był spokój. Tłum, jakiego jeszcze w Gdańsku nie widziałem, i cisza. Obok stali chyba Anglicy, lekko podchmieleni, głośno wymieniali komentarze, nikt nie miał ochoty ich uciszać. Po 15 min umilkli. Ludzie stoją wzdłuż barierek, na tarasach kawiarń i czekają. Jest coraz zimniej, czekanie doskwiera coraz mocniej.

Jest też solidarność. Właściciel restauracji rozdaje kawę i herbatę. Zostawiam pieniądze, odmawia. Znał prezydenta osobiście, opowiada gdzie mieszkał (niedaleko), że nie miał prawa jazdy, że trasa pochodu prowadzi w pobliżu miejsc z nim związanych: szkół, do których uczęszczał, kościoła św. Mikołaja, gdzie został ochrzczony oraz placu, gdzie uczestniczył w manifestacjach Ruchu Młodej Polski.

Po godzinie pochód dociera na Piwną i kieruje się do bazyliki Mariackiej. Trochę tu nie pasuje biskup, związany z obozem „dobrej zmiany”; przyjacielem zmarłego raczej nie był. Wygląda, jakby przeszedł przemianę – stwarza wrażenie, jakby prowadził kondukt żałobny, wcześniej czuwał w szpitalu, wypowiadał się pozytywnie o zmarłym, wzywał do jedności i zgody. Oby ta przemiana była trwała.

Mamy poczucie obecności we właściwym miejscu, o właściwym czasie. Udziału w wydarzeniu, które będziemy wspominać wiele lat i które może zmienić naszą rzeczywistość. Już widać, że zmienia – szerokim echem odbił się marsz 1500 licealistów w Gdańsku czy zbiórka Patrycji Krzymińskiej – do „ostatniej puszki prezydenta”.

Tylko szkoda życia Pawła Adamowicza, który jeszcze wiele mógł zdziałać. Na pewno nie był kryształowym człowiekiem. Był ludzki – wtedy, gdy chodził z puszką WOŚP, nie uważając się za lepszego. Ale też wtedy, gdy nie umiał wyjaśnić niejasności finansowych czy nie ugiął się przed biednym człowiekiem, który prowadził głodówkę. Prezydent Adamowicz popełniał również błędy. Czyli – na świętego może się nie nadawać. Za to nadaje się jako inspiracja dla innych nie-świętych, którzy starają się przeciwdziałać bierności własnej i innych.

Ponoć wielkość człowieka poznaje się po tym, ile osób przyszło na jego pogrzeb. Tego człowieka będzie nam brakowało.


fot. Michał Kołak
„Nasze Czasopismo” nr 02-03/2019