Polityka

“ABSENS CARENS”, CZYLI NIEOBECNY TRACI

Wybory do Parlamentu Europejskiego na ogół cieszą się niewielkim zainteresowaniem. Polacy w dużej mierze nie zdaja sobie sprawy, że tam rozstrzygają się sprawy o kluczowym dla nich znaczeniu.

Karolina Romańska-Kuć

Możliwość brania udziału w bezpośrednich, demokratycznych wyborach władz to dobro, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić nie tylko my, Polacy, ale społeczeństwo europejskie w ogóle. Nie pamiętamy już, że w niektórych państwach europejskich kobietom to prawo przyznano wyjątkowo późno, jak na przykład w księstwie Liechtenstein (1984 rok!) albo że na świecie nadal są państwa, w których do dziś nie ma demokratycznych wyborów.

Wybory budzą wielkie emocje. Wcale niekoniecznie tylko wśród tych, którzy nie mają do nich dostępu! Paradoksalnie, to właśnie w państwach oficjalnie demokratycznych, tzw. państwach pierwszego świata wybory, a w szczególności – pójście na nie, wywołują tym większe emocje, im mniej ludzie rozumieją, w jakim celu głosują. Bo jak inaczej wytłumaczyć niską frekwencję w wyborach do Parlamentu Europejskiego?

Zadałam sobie nieco trudu w zgłębieniu przyczyn tego zjawiska. Otóż częstą przyczyną braku udziału w wyborach europarlamentarnych jest poczucie braku przełożenia wysiłku, jaki obywatel wkłada w głosowanie, na namacalne rezultaty, widoczne w jego codziennym życiu. Co innego w przypadku wyborów do parlamentów narodowych, gdzie oczywistym jest, że oddany głos ma szansę przełożyć się na rzeczywistość obywatela w postaci polityki, ustawodawstwa i ogólnego kierunku obranego przez utworzony rząd. Co natomiast zyskujemy zadając sobie trud zapoznania się programami wyborczymi kandydatów do europarlamentu, z partiami, do których dołączą, wreszcie poświęcając swój cenny czas, by udać się do punktu wyborczego w wyznaczonym dniu?

I to jest coś, czego wielu głosujących po prostu nie wie. Nie ma świadomości, że Parlament Europejski ma ostatnie słowo w sprawie budżetu unijnego oraz Perspektywy Finansowej, wyznaczającej na lata kierunek wydatkowania funduszy UE; nie zdaje sobie sprawy, że idąc na wybory europarlamentarne decyduje o tym, jacy ludzie, o jakich poglądach i postawach będą tworzyć prawo unijne (te wszystkie rozporządzenia o krzywiznach bananów, energooszczędnych żarówkach lub nie, o poszerzaniu Unii lub nie, o przystępowaniu do umów międzynarodowych np. chroniących środowisko, o standardach w zatrudnieniu, itp.). Nie przeczuwa nawet, że od jego wyboru zależy, czy w europarlamencie zasiadać będą zwolennicy Projektu Europejskiego, czy też jego zagorzali przeciwnicy, chcący wysadzić go od środka (vide: Korwin-Mikke).

Często mówi się o deficycie demokratycznym w Unii Europejskiej, gdyż nie ma demokratycznego nadzoru nad Komisją Europejską. Gdyby europejski obywatel wiedział, że to właśnie Parlament Europejski ma władzę uchwalić wotum nieufności dla Komisji, że może zmusić ją do dymisji oraz że potem może powołać nowego przewodniczącego Komisji, któremu następnie patrzy na ręce, gdy dobiera sobie skład komisarzy – tak jak polscy obywatele poprzez Sejm patrzą na ręce premierowi tworzącemu rząd – może wtedy doszedłby do wniosku, że jednak wybory do europarlamentu to właśnie demokracja na szczeblu unijnym.

W domu uczono mnie, że obywatel ma mnóstwo praw, a jedynie trzy obowiązki względem swego państwa. Tymi obowiązkami są: płacić podatki, przestrzegać prawa i chodzić na wybory. Tym bardziej więc dotyczy to całej Europy. Być i zająć stanowisko, zawalczyć o to, czego chcę, o Unię Europejską taką, jakiej sobie życzę – to jednak nie to samo co nie być i zostać pominiętym, przepaść gdzieś w odmętach zapomnienia ze swoimi poglądami, marzeniami i życzeniami.

Dlatego wezmę udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego 26 maja, bo nieobecny zawsze traci.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 04-05/2019