Felieton

KROKODYLA DAJ MI LUBY!

Od lat słyszę wezwania do wymiany klasy politycznej, co chwilę rozlegają się apele o odsunięcie tego czy tamtego polityka od ważnych funkcji. Jestem jednak przekonany, że ryba psuje się od głowy. A głowa jest tylko jedna. Konstytucja mówi jasno: władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.

Mateusz Kijowski

Oczywiście to w żaden sposób nie zwalnia polityków z odpowiedzialności, osobistej i politycznej, za ich działania i zaniedbania. Kiedy jednak zastanawiamy się, jak zmienić sytuację, jak lepiej zadbać o wspólne dobro – co jest przecież istotą polityki – powinniśmy spojrzeć przede wszystkim na siebie samych, w lustro.

Zacznijmy więc od własnej głowy. To my wybieramy polityków jako naszych przedstawicieli. Bowiem na mocy artykułu 4. ust. 2. Konstytucji RP: Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

My też dajemy politykom wsparcie, podpisując listy poparcia. Czym się kierujemy, oddając władzę naszym przedstawicielom? Jedni kierują się po prostu sympatią: tego lubię, tego nie lubię. Ten jest młody i przystojny, tamten źle się ubiera i ma wadę wymowy. Ci, którzy chcą uchodzić za bardziej świadomych, analizują programy. Czasem uznają, że życiorys również może dostarczyć cennej wiedzy o kandydacie.

Sympatia jest ważna, kiedy zbieramy towarzystwo do wspólnego biesiadowania. Programy w dzisiejszych czasach są niezwykle rozbudowane i mało kto jest w stanie je przeanalizować i rzetelnie porównać. Są oczywiście sztandarowe hasła i projekty – tutaj już idzie łatwiej. Ale kierując się sporządzonym przez kandydatów skrótem poddajemy się pewnej formie manipulacji.

Życiorysy – to kopalnia wiedzy. Jednak nie te oficjalne, spreparowane przez sztaby i specjalistów. No i co z nowymi? Skąd dowiemy się, co nas czeka, jeżeli oddamy władzę tym, którzy jej nigdy wcześniej nie sprawowali?

No właśnie. Dochodzimy do sedna sprawy. W wyborach nie powinniśmy myśleć o kandydatach, ale o sobie, o swoich rodzinach, o małych ojczyznach, o całym kraju, o Europie. To taka forma zdrowego egoizmu. Pisałem już w 2015 roku, że wybory polityczne to nie głosowanie w konkursie Eurowizji. Że chodzi o naszą przyszłość, a nie o samopoczucie w czasie kampanii, przy głosowaniu i podczas ogłoszenia wyników. O to, by pod koniec kadencji mieć satysfakcję, że dzięki naszemu rozporządzeniu naszą władzą nasze życie zmieniło się na lepsze.

A co ma do tego wszystkiego tytułowy krokodyl? Każdy z nas chyba czytał lub oglądał „Zemstę” Aleksandra Fredry. Omawialiśmy ją też w szkole. Pamiętacie, jak Klara, chcąc obronić się przed nieco uciążliwymi zalotami Papkina, postanowiła go wystawić na próbę, co on później podsumował z ironią słowami:

„Jeśli nie chcesz mojej zguby,
Krrrokodyla daj mi, luby”

Jakże często my, jako wyborcy, zachowujemy się wobec polityków podobnie do Klary? Chcemy ich wystawiać na próbę, testować. I co z tego wynika? Najczęściej nic. Bo w Polsce doprowadziliśmy do perfekcji sztukę zdawania testów, zaliczania egzaminów, przechodzenia prób. Czas wreszcie zrozumieć, że zupełnie innych kwalifikacji wymaga bycie dobrym reprezentantem nas – obywateli – niż bycie atrakcyjnym kandydatem. Często te kwalifikacje się wręcz wykluczają.

Przed każdymi wyborami warto sobie zatem zadać pytanie – czy chcę wspaniałych kandydatów, czy skutecznych polityków. I możemy głosować tak, jak dotychczas, narzekając później na jakość klasy politycznej, albo głosować na tych, którzy naprawdę mogą nasze życie zmienić na lepsze, chociaż nie umieją tak uroczo zabiegać o głosy. Trzeba też pamiętać, że aby mieć wpływ na władzę i móc zrobić to wszystko, na czym nam zależy, nie można być w mniejszości. W polityce liczą się dobre projekty i siła do ich przeprowadzenia.

Im częściej będziemy głosować na kandydatów, a nie na polityków, tym częściej, obok postulatu wymiany klasy politycznej, pojawiać się będzie postulat wymiany społeczeństwa…


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 04-05/2019