Ekonomia

ZROZUMIEĆ ROLNIKÓW I AGROUNIĘ

Spektakularny protest rolników na warszawskim placu Zawiszy dla wielu był szokujący. Wyciągnął jednak na światło dzienne codzienne bolączki producentów żywności. Szkoda tylko, że proponowane przez nich lekarstwa niczego nie leczą.

Sylwia Wiszowata

Znaczna większość Polaków to mieszkańcy miast. Wystarczy od czasu do czasu wyjrzeć przez okno – mrówki biegną w tę i z powrotem, w ciągłym biegu napędzając PKB. Co czuje taki delikwent, kiedy niespodziewanie na swojej zakorkowanej drodze do pracy trafia na protest rolników? Oprócz irytacji, zwyczajną zawiść. Ten rolnik ma przecież łatwiej, lepiej, więcej niż ja, a nadal czegoś żąda. Taka postawa często wynika z braku znajomości realiów życia na przeciętnej polskiej wsi. Niestety, wiele autorytetów powiela wizerunek rolnika jako posiadacza ogromu hektarów, masy nowoczesnych maszyn, człowieka zatrudniającego pracowników. A to jedynie fragment większej całości.

Postulaty wsi vs wiejskie postulaty

Przypomnijmy sobie czasy, kiedy to rolnik miał pieniądze, chciał kupić ciągnik, lecz mógł jedynie zapisać się w kolejce i czekać, czekać, czekać… A paliwo do ciągnika też na kartki. Jedzenie w piwnicy. Nie ma lodówki, ale po co lodówka, kiedy nie ma prądu. Zamiast pralki – tara. Woda w studni, a nie w kranie. Jesteś chory? Spodziewasz się dziecka? Wymagasz hospitalizacji? Wszystko na twój własny rachunek, rolniku. Dopiero w 1991 r. powstał KRUS (ZUS działa od 1934 r.). To co w mieście było standardem, na wsi dopiero pogłoską.

Przemiany transformacyjne i wstąpienie do Unii Europejskiej rozłożyły prawdziwy czerwony dywan przed polskim chłopem. Dały wreszcie szansę na godne, przyzwoite życie. Albo pamięć zawodzi działaczy AGROunii, albo też ich demonstracyjne deptanie flagi UE jest celowe, a przede wszystkim – polityczne. Antyeuropejskość jest ostatnio w modzie. Nowe trendy powstają wtedy, kiedy stare się zaczynają być miałkie i bez wyrazu. Tak można opisać ostatnie kilka lat Polskiego Stronnictwa Ludowego. Na polskiej scenie politycznej zabrakło siły, która reprezentowałaby interesy rolników. I wtedy wszedł on – Michał Kołodziejczak, lider AGROunii.

W działaniach organizacji panuje chaos. Jej postulaty można podzielić na bardziej i mniej uzasadnione. Przykładowo żądanie, że największe markety miałyby obowiązek zapełnienia półek w minimum 51 proc. polskimi produktami rolno-spożywczymi. Godzi to boleśnie w idee wolnego rynku, który po upadku komunizmu wszyscy tak bardzo sobie chwalili. Wolność w sferze handlu nie polega wyłącznie na możliwości sprzedaży naszych narodowych dóbr zagranicznym kontrahentom – o zgrozo, działa również w drugą stronę.

Trzeba się jednak zgodzić, że embargo na handel z Rosją dotkliwie ugodziło krajowe rolnictwo. Oprócz spadku cen, dodatkowo susza spowodowała i nadal powoduje duże straty w zbiorach. Rekompensaty są śmiesznie niskie, a klimat z roku na rok coraz mniej sprzyja uprawom, na i tak słabej klasy ziemiach. Rozwiązanie problemu proponowane przez AGROunię, polegające na zniesieniu embarga – nie jest zdrowe. Za to zdrowa polityka zagraniczna jest szansą na poszerzenie rynku zbytu dla polskich towarów. Nie pomoże nam w tym rząd, coraz bardziej degradujący naszą pozycję we wspólnocie. Nie pomoże nam w tym również dziecięcy bunt i deptanie flagi wspólnoty, która wpycha pieniądze do kieszeni chłopa.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że rolnicy strajkujący to niewielki odsetek właścicieli ogromnych gospodarstw. Mają pieniądze na wynajem pracowników, dlatego sami w wolnym czasie jeżdżą na protesty. Ale polska wieś to też małe gospodarstwa, ludzie ciężko pracujący własnymi rękami, ceniący sobie obecność naszego państwa w UE. AGROunia porusza kwestie istotne dla wszystkich, które były do tej pory pomijane i bagatelizowane. Niestety giną one bezpowrotnie pod stertami płonących opon na placu Zawiszy.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 06-07-08/2019