Polityka

TUSK NIOSĄCY NADZIEJĘ

O ile na przemówienie eks-premiera w 15. rocznicę przystąpienia Polski do Unii Europejskiej trafiłem przypadkiem, to już jego wystąpienie na gali „Gazety Wyborczej” włączyłem w nadziei na kolejne cieszące uszy słowa. Nie zawiodłem się.

Paweł Wiśnik

Podczas drugiej kadencji Donalda Tuska jako szefa rządu rzadko słyszałem na jego temat inne wypowiedzi niż złośliwe lub nienawistne komentarze. Zwłaszcza było to widać w Internecie. Tusk stał się bowiem żywym symbolem złowrogiej „III RP”, zarówno dla PiS-u, „antysystemowców”, jak i dla całej zgrai różnej maści prymitywów. Tusk jednak nie odszedł pokonany – w pewnym sensie nawet „awansował” politycznie, a w każdym razie nikt nie może mu przypisać porażki Platformy Obywatelskiej w poprzednich wyborach parlamentarnych. Nic zatem dziwnego, że wiele osób w Polsce spogląda teraz na niego z nadzieją.

Komentatorzy sceny politycznej wskazują, że ewentualny powrót byłego premiera do polskiej polityki zależy od tego, czy będzie on miał realną szansę na odniesienie osobistego sukcesu, w innym wypadku jego wspaniała kariera polityczna miałaby sromotne zakończenie. Sądzę jednak, że kalkulacja w tej kwestii nie dotyczy osoby Tuska, lecz wpływu takiego powrotu na wyniki w czekających nas wyborach. Ze względu na stawkę – w razie porażki opozycji nie tylko jego kariera polityczna, ale w ogóle państwo jakie znamy zostaną złamane.

Tak czy inaczej nikt myślący racjonalnie, bez względu na sympatie partyjne, nie kwestionuje talentu politycznego Tuska. I jest to w gruncie rzeczy jedyny tego kalibru polski polityk. Przy tym świetnie obrazuje bezideowość oraz pomieszanie pojęć określających tradycyjne doktryny i kierunki polityczne. Osoba kojarząca się w Polsce z liberalizmem, w rozmowie z „Polityką” w 2013 r. przyznająca się do pewnych skłonności ku socjaldemokracji, w Unii Europejskiej jednoznacznie przynależy do frakcji chadeków i konserwatystów.

I rzeczywiście, w 2007 r. Platforma szła do wyborów z liberalnym programem i liberalną retoryką. Potem nie tylko tych obietnic (np. podatkowych) nie zrealizowała, ale w 2011 r. już z wielu z nich zrezygnowała. Należy przy tym pamiętać, że wbrew temu, co niekiedy twierdzą wolnościowcy, Donald Tusk doskonale wie, na czym polega liberalizm i swego czasu szczerze takie poglądy wyznawał . Był pod tym względem jednym z wyjątków w kierownictwie PO, obok Janusza Lewandowskiego i Pawła Piskorskiego.

Choć publicystyki Tuska z czasów jego aktywności wśród „gdańskich liberałów” nigdy nie czytałem, to ponieważ cenię sobie prace Janusza Lewandowskiego, np. „Neoliberałowie wobec współczesności”, wpadła mi w ręce też przedmowa Tuska do wydania z 1991 r. I czyta się tę przedmowę przyjemnie. Książka ta to opracowanie głównych liberalnych myśli XX wieku, w tym Friedricha Hayeka oraz niemieckiego ordoliberalizmu wraz ze stworzoną przezeń koncepcją „społecznej gospodarki rynkowej”.

Wbrew mogącym się nasunąć skojarzeniom z socjaldemokracją jest to zdecydowanie liberalna doktryna. Ordoliberałowie rozumieli bowiem „społeczną” jako „niepaństwową” – czyli odmiennie niż wyryło się w mentalności mieszkańców byłego Bloku Wschodniego. Stąd odnoszę nieodparte wrażenie, że zazwyczaj gdy liderzy PiS mówią o zasadzie „społecznej gospodarki rynkowej” kompletnie nie rozumieją tego pojęcia.

Głównie właśnie przez ten sentyment cały czas mam do Tuska sympatię – jako do osoby i jako do polityka. Patrząc na innych liderów opozycji, jest to postać poziom wyżej. Ale w odbiorze społecznym przywołuje na myśl starą PO, która wzbudza w pewnych kręgach niechęć, więc można mieć wątpliwości, czy jego potencjalne zaangażowanie się w polską politykę przyniosłoby opozycji demokratycznej korzyść. A szkoda.


fot. Piotr Olczak
„Nasze Czasopismo” nr 06-07-08/2019