Kultura

KRWAWA JATKA

Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałem zakłopotanie pomieszane z ciekawością, gdy mama zabierała mnie do wszystkich enklaw kobiecego świata. Wnętrza sklepów z damską bielizną, zakładów fryzjerskich i kosmetycznych, gabinetów lekarskich i toalet poznawałem bez uprzedzeń oczami dziecka. To wspomnienie powróciło na wystawie w Muzeum nad Wisłą, należącym do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Jerzy Cichowicz

Pierwszy człon tytułu Farba znaczy krew. Kobieta, afekt i pragnienie we współczesnym malarstwie zaczerpnięto z książki Zenona Kruczyńskiego. Nawiązuje on do popularnego w żargonie myśliwskim określenia krwi upolowanego zwierzęcia. Tytuł książki jest jednoznaczny i spójny z przesłaniem autora, który – podkreślmy to – jest byłym myśliwym. Poddaje on krytyce system wartości myśliwskiego świata, w którym poprzez słowne zabiegi i rytuały wypiera się lub oswaja traumę związaną z mordowaniem zwierząt.

Wszystkie recenzje i notatki prasowe powieliły tę informację bezkrytycznie i pomijając kuratorskie rozwinięcie: Tytułowa farba staje się „cieczą z trzewi”, lepką substancją, która prowadzi tam, gdzie sens się załamuje i rozmywa kategorie władzy i uprzedmiotowienia, prowokując pytanie o to, kiedy patrzymy, a kiedy odwracamy wzrok.

Na wystawie farba malarska, a szczególnie ta we wszystkich odcieniach czerwieni, pełni przede wszystkim rolę katalizatora. Prowokuje do wnikania w podświadomość i refleksji nad tym, co wyparte, perwersyjne, wstydliwe, objęte zakazem.

Penny Goring, Rozwiedziona pięć razy, 2018, fot. Jerzy Cichowicz

Dominująca czerwień

Muzeum w sposób odpowiedzialny informuje, że niektóre treści prezentowane na wystawie przeznaczone są dla osób pełnoletnich. Ale nawet dla osób dorosłych niektóre obrazy, szczególnie gdy widzowie wnikną w ich przesłanie oraz traumatyczne doświadczenia artystek, mogą stać się przyczyną trwałego niepokoju. Mnie niepokoi nadreprezentacja postaw skrajnych. Wśród pięćdziesięciu artystek, których prace zgromadzono na wystawie, nie sposób wskazać taką, której twórczość nie budzi emocji. Nie w każdym przypadku jest to walorem przekładającym się na efekt całej wystawy.

Zdumiewająca kariera artystyczna oraz popularność twórczości meksykańskiej malarki Fridy Kahlo czy francuskiej rzeźbiarki i malarki Niki de Saint Phalle wskazują, że twórczość amatorska (obie panie nie posiadały wykształcenia artystycznego) po części spowodowana medycznym zaleceniem, może wywoływać u widzów wielkie emocje i tym samym zrobić oszałamiającą karierę. Twórczość obu pań była swoistą autoterapią pozwalającą rozładowywać napięcia i ukoić cierpienia towarzyszące ich chorobie.

Penny Goring, Rozwiedziona pięć razy, 2018, fot. Jerzy Cichowicz

Z biogramów artystek, których prace możemy podziwiać na wystawie, dowiadujemy się, że w wielu wypadkach ich twórczość również ma swoje źródło w przeżytych traumach i jest specyficzną formą oczyszczenia (katharsis). Nie ma w tym niczego złego, ale czy bez pomocy psychologa lub psychiatry jesteśmy w stanie zrozumieć twórczość kobiety molestowanej seksualnie przez ojca? Czy afirmatywna wersja kobiecości, oparta na autonomii i sprawczości musi oznaczać zawsze w krwawą jatkę? Pomiędzy uległością i dominacją jest nieskończenie wiele stanów pośrednich i ich większa reprezentacja mogłaby złagodzić brutalność przekazu wystawy. Dominująca i przesadnie jednoznaczna kolorystyka, słabo uzasadnione cytaty, a także wtórność kompozycyjna wielu prac niepotrzebnie rozprasza uwagę widza. Sądzę, że główny przekaz wystawy można było osiągnąć bez tych słabszych pozycji.

Potęga niejednoznaczności

Wystawie towarzyszy publikacja zawierająca teksty Barbary Klickiej, Aldony Kopkiewicz, Natalii Malek, Magdaleny Roszkowskiej, Chrisa Sharpa, Natalii Sielewicz i Macieja Sieńczyka. Trudno przecenić rolę tej książki w recepcji wystawy oraz twórczości zaprezentowanych artystek. Autorzy tekstów inspirowali się wybranymi pracami z wystawy, ale różnorodność ujęcia poruszonych tematów oraz forma znacznie rozszerza przestrzeń interpretacyjną dla warstwy plastycznej wystawy. Jest to spełnienie manifestu Natalii Sielewicz, kuratorki wystawy: „Nie jest to jednak malarstwo, które na siłę instruuje, oprawia publicystykę czy poucza – raczej domaga się alternatywnych scenariuszy, a przede wszystkim swobodnej ekspresji i obecności mnogich, krzyżujących się tożsamości”.

Stanislava Kovalcikova, Misty, 2017, fot. Jerzy Cichowicz

Ta niejednoznaczność dzieł i ich interpretacji oraz twórcze połączenie wystawy malarstwa z jego literacką reinterpretacją przypomina mi projekt austriackiej grupy teatralnej Wenn es sowite ist z 2010 r. Inspiracją dla jego twórców był obraz „Porwanie Ganimedesa”, namalowany ok. 1530 r. przez Antonio Allegriego, zwanego też Correggio. Obraz ten znajduje się w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu i został wybrany przez reżyserkę Jacqueline Kornmüller i producenta Petera Wolfa do pierwszej edycji projektu.

To dzieło wyjątkowe i zapewne dlatego imię jego bohatera posłużyło do stworzenia tytułu projektu Ganymed Goes Europe. Mogłem zapoznać się z jego międzynarodową realizacją z 2013 r., która była wspólnym przedsięwzięciem Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu, Muzeum Sztuk w Budapeszcie i Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Połączenie aktorskich interpretacji tekstów literackich napisanych przez wybranych autorów z obrazami, które były ich inspiracją, przyniosło wówczas efekt podobny do tego zaobserwowanego przeze mnie w Muzeum nad Wisłą.

Amelie von Wulffen, Proszę, proszę dajcie nam trochę soku, 2017, fot. Jerzy Cichowicz

Na obrazie Correggia Zeus pod postacią orła porywa Ganimedesa. Wiemy z mitologii, że czyni to dla zaspokojenia swoich lubieżnych popędów. Ale nie dostrzeżemy dramatycznego uścisku ostrych szponów orła. To Ganimedes trzyma się piór porywającego go orła, a do tego jego uśmiech nie koresponduje z pozorną dramaturgią malarskiego przedstawienia. Wieloznaczność pokazanych na warszawskiej wystawie dzieł, ich literacka interpretacja, podobnie jak w projekcie Ganymed Goes Europe, przewartościowuje stereotypy na temat uległości i dominacji.


fot. na górze: Lena Achtelik, Tajemniczy ogród XVI, 2016, fot. Jerzy Cichowicz
„Nasze Czasopismo” nr 09/2019