Historia

MOJA ULICA (I WIEŚ) W LATACH OKUPACJI

Siekiera motyka piłka deska, tu ulica Skaryszewska.
Siekiera motyka i dwie deski, już jesteśmy na Skaryszewskiej.

Włodzimierz Witakowski

Tak o mojej ulicy, mającej w latach okupacji złą sławę, śpiewano w jednej z „zakazanych piosenek”. Ulica niczym się nie wyróżniająca – wąska jezdnia wybrukowana „kocimi łbami”, oświetlona latarniami gazowymi. Codziennie wieczorem latarnik szedł wzdłuż ulicy i długim hakiem zapalał każdą z latarń, rano zaś po kolei je gasił.

Zabudowa to kamienice czynszowe z lat 30., budynek z przełomu XIX i XX w, kościół oo. Pallotynów, kilka baraków. Między budynkami nr 6 i nr 10 (moim) – szkoła. To tu, w budynku szkoły, Niemcy zorganizowali więzienie przejściowe dla osób ujętych w łapankach organizowanych niemal codziennie na ulicach Warszawy. I stąd zła sława ulicy.

Szkoła, położona ok. 400 m od Dworca Wschodniego, była dobrym punktem do lokowania więźniów wysyłanych do Rzeszy lub do obozów koncentracyjnych. Przed budynkiem stali dwaj wartownicy, każdy w mundurze i hełmie, z karabinem na ramieniu, w wysokich butach. Pamiętam kolumny ludzi prowadzonych pod eskortą na dworzec, często popychanych, niekiedy bitych.

Od tyłu budynek szkoły sąsiadował przez płot z podwórkiem domu, w którym mieszkałem. Przez cały dzień gromadzili się tam ludzie – rodziny aresztowanych, usiłując nawiązać z nimi kontakt. Więźniowie spuszczali przez okno sznurek z przywiązanym doń listem, prosząc strażników o przełożenie go za płot. Rodziny przywiązywały do sznurka swoje listy albo też wkładały list do butelki i tę przywiązywały do sznurka. Do butelki można było włożyć kolejny list i rzucić ją już prosto na nasze podwórko, bez pomocy wartowników. W efekcie ziemia w pasie kilku metrów od płotu była dosłownie zasłana potłuczonym szkłem.

Strych domu służył jako suszarnia. Któregoś dnia moja babcia poszła powiesić pranie i jakież było jej zdumienie, kiedy po otwarciu kłódki zobaczyła ponad dwudziestu mężczyzn, którzy uciekli z więzienia przez dach i natychmiast chcieli zbiec na dół i czmychnąć jak najdalej. Jednak babcia była bardziej od nich przewidująca i opanowana. Zablokowała wyjście i powiedziała, że jeżeli Niemcy zobaczą taki tłum wychodzący z budynku, natychmiast wszystkich połapią. „Przejęła dowództwo” i wypuściła dwóch uciekinierów – jednego drzwiami frontowymi, drugiego tymi od podwórka. W ten sposób przez ponad godzinę wypuszczała co kilka minut kolejną parę. Wszystkim udało się bez przeszkód opuścić budynek.

Do matki – nauczycielki przychodzili uczniowie na tzw. tajne komplety. Ja siedziałem sobie wówczas w kąciku bawiąc się klockami, ale wszystko słyszałem. W efekcie przerobiłem co najmniej program pierwszej klasy. Pamiętam też nocny alarm lotniczy. Wszyscy mieszkańcy zbiegli do piwnicy. Była to zwykła piwnica a nie żaden schron, więc nie zapewniała ochrony przy bezpośrednim uderzeniu bomby, ale zawsze było to lepsze niż nic. Gdy zagrożenie minęło, ojciec zabrał mnie na podwórko, skąd widać było flary – silne race opadające wolno na spadochronach i rozświetlające noc.

Z powodu zagrożenia nalotami w nocy obowiązywało zaciemnienie. Należało albo nie używać światła, co było nierealne, albo szczelnie zasłaniać okna. Powszechnie robiono więc „zasłony” okienne – ramy z listew obite grubym czarnym papierem. Wyglądało to okropnie, więc niektórzy mieszkańcy próbowali na wewnętrznej stronie tych paneli coś namalować, aby ożywić nocny widok okna.

Trudno też było wytrzymać przy zamkniętych oknach, szczególnie latem. I takiego upalnego wieczora przy stole siedziały trzy panie: moja babcia, matka i ciotka, czytając „bibuły” – nielegalne biuletyny Polskiego Państwa Podziemnego. Było tak gorąco, że uchyliły okno. W pewnym momencie, mimo godziny policyjnej – dzwonek do drzwi. Kto tam? Dozorca z żandarmami. Nie było czasu na chowanie bibuł w lepszym miejscu; zostały one jedynie wsunięte pod obrus. Panie z duszą na ramieniu otworzyły drzwi. Okazało się, że przez uchylone okno widać światło. Ulga, tylko to. Ale żandarmi musieli spisać protokół. I ten, który pisał, siadł właśnie tam, gdzie leżały bibuły. Na szczęście albo nie zauważył, albo nie chciał się tym zajmować. Skończyło się na drobnej karze.

Latem 1944 r. znalazłem się na wsi (Rzeczniów w powiecie iłżeckim). Tam wyżywienie było łatwiejsze niż w mieście, gdzie na wiele artykułów obowiązywały kartki żywnościowe. Ziemniaki, warzywa i owoce i zboże na mąkę były z własnego pola i ogrodu. Chleb piekło się samemu, zwykle co dwa tygodnie. W taki dzień rarytasem były podpłomyki – placki z ciasta chlebowego pieczone po wyjęciu chleba z pieca, w niższej temperaturze. Bochny chleba przechowywało się w beczce przykrytej zwilżanym materiałem. Własny drób dostarczał jajek, mleko również było od własnej krowy, podobnie jak zebrana zeń śmietana i zrobione z niej w ręcznej maselnicy masło.

Mięso jadało się od święta. Częściej drób, od czasu do czasu wieprzowinę lub cielęcinę, przy czym ten, kto zabił zwierzaka, dzielił się (na zasadzie wzajemności) z sąsiadami. Mimo kontroli i obowiązkowych dostaw dla Niemców (świniom zakładano na ryj kolczyk, który był dowodem objęcia jej ewidencją), chłopi nauczyli się kiwać niemiecką administrację. Najczęściej przekładano kolczyk na młodsze prosię, dzięki czemu świnia „nie rosła”. Dziadek stosował też trudniejszą metodę – hodował krowę i dwie świnie w zbudowanej w stodole komórce, obłożonej snopkami zboża, które maskowały wejście i dobrze tłumiły dźwięki.

Ukrywanie zwierząt gospodarskich było jednak niczym w porównaniu z ukrywaniem ludzi. W tejże stodole za snopkami praktycznie mieszkał przez wiele miesięcy mój stryj, wówczas 22-letni. Wychodził z ukrycia jedynie po zmierzchu. W ciągu dnia jedzenie, także gotowane, było mu dostarczane ukradkiem.

Ryzyko wpadki było niemałe. Po dojściu wojsk rosyjskich do linii Wisły wycofujący się Niemcy rozlokowali się m.in. w naszej wsi. A że dziadek miał chałupę, w której były dwa pokoje z podłogami z desek (w tej okolicy standard dość wysoki), Niemcy zajęli oba, zostawiając nam jedynie kuchnię (z glinianą polepą) i zabudowania gospodarcze. W kuchni znalazło się miejsce dla dwu kobiet (w tym babci) i dwojga młodszych dzieci w wieku 2 i 3 lat. Ja jako sześciolatek wraz z dorosłymi do ostatniej dekady grudnia spałem w stodole. 23 grudnia stacjonujący oddział wycofał się. Na jego miejsce tuż po świętach Bożego Narodzenia zakwaterowany został nowy oddział, ale ten zajął tylko jeden pokój.

Nie tylko poprawiły nam się warunki lokalowe, ale ci nowi żołnierze odnosili się do nas zupełnie inaczej. Być może było to spowodowane tym, że stacjonującemu u nas oficerowi ponoć wpadła w oko moja 25-letnia ciotka. Niemniej jednak wcześniej było nie do pomyślenia, aby któryś z Niemców nosił na rękach mnie lub młodszego brata, czy też częstował nas czekoladą.

Przyszła wreszcie druga połowa stycznia. Ruszyła ofensywa znad Wisły. Działań wojennych nie widziałem – ofensywa przeszła bokiem. Pamiętam jednak idącego przez pole polskiego żołnierza, przyjęcie go w domu i radość z tym związaną.


fot. od góry:
1. Obóz przejściowy dla cywilów wysyłanych na roboty do Niemiec w Warszawie, przy Skaryszewskiej 8. Zdjęcie opublikowane w publikacji z 1942, źródło: wikipedia.org
2. Ulica Skaryszewska 10, 8 i 6 – sierpień 2017, fot. Włodzimierz Witakowski
„Nasze Czasopismo” nr 09/2019