Społeczeństwo

SYSTEM SIĘ WALI

Z budżetu państwa na 500+ idzie 40 mld zł, na NFZ – 90 mld zł. 500 zł miesięcznie wystarczy na wizytę u lekarza, ale nie na specjalistyczne badania, drogie leki czy operację. A otrzymanie pomocy lekarskiej z NFZ, dostanie się do szpitala graniczy z cudem. Sfrustrowani medycy, przerażeni pacjenci, mizeria szpitalna. Oto wizja polskiej opieki zdrowotnej.

O zapaści w szpitalnictwie z dyrektorem jednego z powiatowych szpitali na południu Polski rozmawia Anna Lenar

Czy jest jakaś zasadnicza różnica między stanem opieki zdrowotnej powiatowej i wielkomiejskiej?

Jest przepaść między szpitalami powiatowymi a wielkomiejskimi. Głównym powodem jest to, że szpitale miejskie mają dodatkowe wsparcie w osobach marszałka oraz ministra zdrowia. Natomiast szpitale powiatowe są skazane na siebie i na starostwa. Te najczęściej są biedne i z dużym kłopotem współpracują z gminami, które z kolei dysponują znacznie większym budżetem niż starostwa.

To jest efekt podziału administracyjnego Polski na powiaty?

Przyporządkowanie szpitali powiatom to był błąd, ale też sądzę, że i strategiczny cel. To znaczy w świadomości zarządzających ugruntowało się przekonanie, że szpitali powiatowych w Polsce jest za dużo, w związku z czym należało je zredukować. I tu pojawił się problem. Postanowienie o zamknięciu szpitala spada na starostę, ten zaś nie podejmie takiej decyzji, bo zostałby zlinczowany. Sam zresztą często korzysta z jego usług.

Czy rzeczywiście jest za dużo tych szpitali?

Są takie miejsca, gdzie jest ich za dużo i takie, gdzie za mało. To jednak należałoby rozwiązać systemowo, czyli należałoby popatrzeć, jaki jest potencjał, ilu jest mieszkańców, ile oddziałów i odpowiednio je sfinansować. Nikt tego do tej pory nie dokonał, bo decyzje o przesunięciach środków finansowych z jednego szpitala do innych są niepopularne.

Czy stworzenie sieci szpitali pogłębiło złą sytuację w Polsce powiatowej?

Zdecydowanie tak. Zaraz wytłumaczę. Wprowadzając sieć szpitali zlikwidowano nadwykonania, czyli wypłaty z NFZ za ponadkontraktowe usługi medyczne. Jednakże szpital to takie miejsce, z którego nie odsyła się pacjenta, jeśli ten wymaga pomocy, a szpital może jej udzielić. Łatwo się domyślić, że te ponadkontraktowe działania medyczne były częste, a NFZ najczęściej prędzej czy później za nie płacił. Dzisiaj mamy taką oto sytuację, że szpitale nadal udzielają ponadkontraktowej pomocy, bo pacjentów nie ubywa, a raczej przybywa, ale NFZ nie daje ani złotówki więcej. A szpitale muszą przyjąć wszystkich zgłaszających się ludzi, bo który lekarz odeśle pacjenta, ryzykując utratą prawa wykonywania zawodu? Taka była umowa przy wchodzeniu do sieci, że nie będziemy zgłaszać żadnych finansowych roszczeń. Że świadomie rezygnujemy z nadwykonań. To był majstersztyk polityczny.

Są jednak w Polsce szpitale, które nie weszły do sieci.

Jest ich bardzo mało i żyją bardzo dobrze. Funkcjonują na dawnych zasadach, czyli mogą się upominać o nadwykonania. Natomiast paradoksem jest to, że gdybyśmy dzisiaj chcieli wyjść z sieci, to mielibyśmy ogromny problem ze zdobyciem finansowania. Szpital jest wtedy takim wolnym strzelcem, który zwraca się do NFZ z prośbą o ogłoszenie konkursu na jego finansowanie. NFZ może konkurs ogłosić albo nie, a nawet jeśli ogłosi, to nie wiadomo, kto się do niego zgłosi i kto go wygra. Ryzyko utracenia pieniędzy jest jeszcze większe niż ryzyko popadania w długi.

Działalność szpitali jest zawieszona na trzech filarach – pieniądze, lekarze i pielęgniarki oraz organizacja. Co najbardziej dzisiaj zawodzi?

Właściwie wszystko. Poczynając od organizacji – w większości szpitali, w mojej ocenie, jest potężna nadbudowa administracji. Często widzi się mnóstwo osób wałęsających się po korytarzach, trzymających parę papierków w dłoni i udających wykonywanie ciężkiej i nikomu niepotrzebnej pracy. Ci ludzie udają, że pracują, bo uważają, że za 1700 zł netto nie chce im się chcieć. Ale za to mają płacony ZUS.

Menedżerowie też bywają lepsi i gorsi

No, cóż, cały system w ochronie zdrowia oparty jest na przypadkowości, z góry rozstrzygniętych konkursach, ludziach
„z klucza”. To kiedyś było wielkie nieszczęście szpitali powiatowych, że wsadzało się kolegów czy koleżanki, którzy pracowali w różnych instytucjach niemających nic wspólnego z przygotowaniem menedżerskim. Jeśli ktoś nie dotknął obszaru medycyny, nie ma pojęcia, co zrobić w szpitalu. Rozmowy z personelem medycznym są bardzo trudne i taki człowiek zostanie błyskawicznie rozszyfrowany jako niekompetentny. Wtedy o żadnej dyscyplinie nie ma mowy i personel robi, co chce. Rozlicza procedury, jak chce, wprowadza pacjentów, jakich chce, stosuje leki, jakie chce. To kompletna degrengolada.

Co się dzieje z SOR-ami, że ludzie tam umierają? Jak można zmienić tę sytuację?

Po pierwsze, brakuje tam lekarzy każdej specjalności. W dużych szpitalach w miastach na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym pracują rezydenci, nie mając często wsparcia doświadczonego lekarza. W szpitalach powiatowych sytuacja jest jeszcze gorsza. Na SOR-ach dyżurują dyrektorzy szpitali, którzy są chirurgami albo mocno starsi wiekiem lekarze. Temu się też nikt nie przygląda. SOR-y to wysokospecjalistyczny, wysokokosztowy oddział szpitala. Zlikwidowano izby wytrzeźwień, pijani bezdomni zalegają na izbach przyjęć i SOR-ach. Lekarze są zniechęceni do pracy, bo ich wiedza i czas są trwonione, podczas gdy powinni skupić się nad faktycznie ciężkimi przypadkami.

W momencie wejścia szpitali do sieci stworzono, dla odciążenia Izb Przyjęć i SOR-ów, świąteczno-nocną pomoc, obowiązkowo w każdym szpitalu. Czyli zlikwidowano ją w przychodniach?

Tak. W założeniu chodziło o to, by sprawnie rozdzielać pacjentów ze względu na ciężkość przypadku. Chorzy z bezpośrednim zagrożeniem życia, ranni po wypadkach, przywożeni przez pogotowie przyjmowani są w Izbie Przyjęć czy w SOR, ale też w nagłych przypadkach przyjmuje szpitalna pomoc świąteczno-nocna. Efekt jest taki, że ta pomoc jest oblężona przez pacjentów, którzy nie mogą skorzystać z Podstawowej Opieki Zdrowotnej.

Tutaj dochodzimy do kolejnego ogniwa w łańcuchu systemu. POZ to tak naprawdę państwo w państwie. Spływają tam pokaźne pieniądze, przyznawane ryczałtowo na osobę deklarującą przynależność do jakiejś przychodni. W interesie POZ-ów jest, by mieć zadeklarowanych jak najwięcej ludzi niekorzystających z ich usług, bo ryczałt i tak dostają. Jeżeli te pieniądze byłyby przeznaczane na pacjentów starszych, ze skierowaniami do specjalistów, na badania, byłoby świetnie. Niestety tak nie jest. Pacjent kierowany przez lekarza POZ do szpitala powinien tam przyjść z kompletem badań zrobionych właśnie w przychodni, bo ona ma na to pieniądze. Ale tego się nie robi, tylko spycha zrobienie badań na szpital, obciążając go finansowo.

Kolejnym przykładem na to, że POZ-y rządzą się własnymi prawami, nie mając na uwadze pacjentów, są godziny otwarcia przychodni. Powinny pracować od godziny 8 do 18. Marzenie. W związku z tym, jeśli zabrakło nam na przykład leku idziemy do szpitala – do świąteczno-nocnej pomocy, do izby przyjęć, siadamy w SOR-ze. Nikt nie kontroluje POZ-ów, a jeśli ktoś zaczyna się im przyglądać, kończy dymisją.

Jak wygląda przyszłość?

Moim zdaniem w perspektywie pięciu lat obecny system przestanie funkcjonować. To oznacza, że nie będziemy mieli się gdzie leczyć, że będziemy umierać w domach na błahe choroby, bo nie będzie lekarzy, bo nie zastanawiamy się nad tym, jak edukować na wysokim poziomie, nauczać, czym jest etyka zawodowa i które specjalizacje są najbardziej potrzebne. W tym miejscu dodam, że specjalizacje są tak samo zablokowane, jak do niedawna aplikacje adwokackie. Młody człowiek, który pracuje jako rezydent za naprawdę marne pieniądze, przez pięć, sześć lat nie jest w stanie zdać egzaminu specjalizacyjnego, bo daje się tak zaporowe pytania. Żeby tylko nie wyrosła konkurencja.

Należy zdecydować, jakich lekarzy nam brakuje i jeśli ktoś chce iść na medycynę, powinien podpisać deklarację, że będzie robił potrzebną specjalizację. Specjalizacja musi być łatwiejsza do osiągnięcia, a młodych ludzi trzeba zmotywować do pracy. Przecież sześć lat nauki pod czyimś nadzorem to chyba dużo czasu. Tylko ten czas trzeba poświęcić młodym. A kto go ma? Który profesor? Które kliniki? Liczne dowody wskazują, że jeśli młodzi złapią wiatr w żagle, zmieniają się szpitale. Mówi się, że młodzi lekarze są roszczeniowi, źli i nie chcą pracować. Dlaczego ci sami lekarze tak bardzo są doceniani poza naszym krajem? Nie zarabiają aż tak wiele więcej. Ale inna jest kultura, wzajemny szacunek w środowisku, procedury, odpowiedzialność prawna.

Jaki powinien być system opieki zdrowotnej, gdyby udało się coś zrobić w najbliższej przyszłości?

Przede wszystkim oddzielony prywatny od publicznego. Na rynek opieki zdrowotnej powinien wejść kolejny ubezpieczyciel, żeby złamać monopolistyczną pozycję NFZ. Należy wprowadzić system wynagradzania zależny od jakości wykonanej pracy, a nie od zasług i znajomości. Trzeba skierować do szpitali kontrolerów, którzy będą zupełnie niezależni i o zagwarantowanej nietykalności. Trzeba stworzyć niezależne komórki kontrolujące w szpitalach finanse i sposób ich rozliczania. Lekarze konsultanci krajowi, wojewódzcy, którzy mają swoje prywatne szpitale lub kliniki w żadnym wypadku nie powinni pracować w sektorze publicznym. Niestety, dopóki ministrem zdrowia jest lekarz, nie zrobi krzywdy kolegom. Lekarze powinni być tylko doradcami ministra zdrowia. To kluczowe sprawy będące, według mnie, podstawą zdrowego systemu służby zdrowia.

Nazwisko rozmówcy znane jest redakcji.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 10/2019