Społeczeństwo

ODSZEDŁ BOGUSŁAW STANISŁAWSKI – PRZYJACIEL DEMOKRACJI (1930-2019)

Chciał Polski otwartej, demokratycznej, tolerancyjnej, szanującej każdego człowieka, różnorodnej, wolnej od nacjonalizmów i nienawiści. Dlatego od jesieni 2015 roku w Jego kalendarzu nie było tygodnia bez manifestacji. Życie Bogusława Stanisławskiego – bogate w wydarzenia, meandry, zasługi, rozterki, przygody – to materiał na scenariusz filmowy.

Katarzyna Wyszomierska

Informacje o Nim znaleźć można w Wikipedii i na stronach trzech fundacji, z którymi współpracował bądź je zakładał… O Bogusławie Stanisławskim trzeba pamiętać jako o wykładowcy, wychowawcy i przyjacielu młodzieży (przede wszystkim studenckiej). Swoją karierę zawodową rozpoczął (i z długą przerwą pracował do emerytury) w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (później SGH). W „przerwie” został wicedyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Londynie, „eksportował” naszą kulturę i naukę oraz opiekował się o stypendystami. Podobne zadania powierzono Mu w belgradzkiej ambasadzie, do której trafił jako radca kilka lat później.

Towarzyszył delegacji amerykańskiej podczas wizyty Richarda Nixona z małżonką… Był negocjatorem podczas Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w wyniku której powstało wiele organizacji i stowarzyszeń w tym KOR i ROBCiO.

W 2011 roku prezydent Bronisław Komorowski uhonorował Go Krzyżem Komandorskim “Polonia Restituta” za działalność na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Bogusław Stanisławski to jedno z najwyższych odznaczeń otrzymał w Pałacu Prezydenckim, pod którym wiele lat później protestował w obronie podstawowych wolności obywatelskich.

Historia na wyciągnięcie ręki

W 1972 roku Bogusław Stanisławski w ramach oenzetowskiej Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli został wysłany do Wietnamu. „Pamiętam kilka wypraw do dżungli na miejsce nawet nie walk, ale zagłady ludności. Widziałem wioski wyniszczone napalmem, zwęglone całe połacie lasu oraz nie pogrzebane sterty popalonych trupów. To była ogromna trauma. Pojechaliśmy do Wietnamu, aby to powstrzymać. Nie wiem, czy coś dało. Byliśmy oczami i uszami ONZ. Z Polski wyjechała też misja wojskowa, która więcej mogła. Starali się wejść między skonfliktowane strony. Też niewiele mogli…”

Jeszcze widział Sajgon kolorowy, pachnący, dostatni, a za chwilę – bombardowany, ostrzeliwany, zagłodzony. Wraz z kilkoma ekipami międzynarodowymi polscy obserwatorzy zostali uwięzieni w hotelu w centrum miasta. „Znaleźliśmy się w środku konfliktu. Kompletnie już nikt nie wychodził z hotelu, więc zaczęły się poważne braki w zaopatrzeniu. Jeszcze kilkanaście dni temu w Sajgonie targ był pełen warzyw i owoców a w sklepach można było kupić inną żywność. A teraz nagle wszystko szlag trafił.”

Dni mijały. Któregoś dnia jedzący śniadanie Amerykanie wybiegli w popłochu. Jeszcze przed chwilą wszyscy słuchali komunikatu radiowego „Temperatura w Sajgonie 112 stopni i rośnie”, a po nim piosenki „White Christmas” w wykonaniu Binga Crosby’ego. Dziwne, bo w kalendarzu była wiosna… Po latach okazało się, że to był sygnał do ewakuacji obywateli USA. Bogusław zobaczył jeszcze jak dżipami jego współtowarzysze niedoli podjechali pod bramę ambasady, a potem odlecieli helikopterami.

Ewakuacja polskiej misji była równie dramatyczna. Dość powiedzieć, że przez kilka dni nie wiadomo było, czy w ogóle zostanie zabrana z ogarniętego walkami miasta. Mimo zerwanej komunikacji radiowej, porytego rakietami pasa startowego, monsunu, który zaatakował z ogromną siłą, udało im się szczęśliwie odlecieć… W powietrzu nad Kambodżą samolot został ostrzelany rakietami przez żołnierzy Pol Pota. Na dodatek z braku paliwa na lotnisku w Sajgonie musieli szybko wylądować. W Bangkoku, w którym tankowali paliwo, cała załoga samolotu i pasażerowie – Polacy i Węgrzy, upiła się solidarnie.

Orwellowski „doublethink”

Los zetknął mnie z Nim prawie dwa lata temu. Przez kilkanaście miesięcy męczyłam Go jako autora tekstów do obywatelskich portali internetowych. Bardzo go męczyć nie musiałam, bo cieszył się, że ma czytelników, że ktoś podziela jego poglądy, że nie jest sam w proteście. Spotykaliśmy się często na manifestacjach, a czasem na konferencjach i spotkaniach. Wielokrotnie rozmawialiśmy przez telefon. Kilka miesięcy przed śmiercią zadzwonił w niedzielny poranek mówiąc: „Jestem w szpitalu i mam glejaka mózgu”, „Boguś – mówię ciepło – nie stać mnie na łzy, i jedyne co mogę Ci zaoferować, to obecność i uśmiech. I jeśli chcesz, chłodnik!”

Przyjął propozycję, ale dołożył obowiązków. Miałam pomóc dokończyć Jego autobiografię, którą zarzucił w trudnym dla siebie okresie. Nagrywaliśmy ciąg dalszy wspomnień, ale zaczęliśmy od najcięższych chwil (to Go właśnie wstrzymywało przed kontynuacją pamiętnika). W ciemnym pokoju pełnym książek i pamiątek, w towarzystwie ukochanego psa opowiedział mi o propozycji od polskiego wywiadu, którą otrzymał w latach 60. XX wieku przed wyjazdem do Londynu. Czułam się jak na spowiedzi, ale odetchnęłam z ulgą, gdy powiedział mi o przełomie w życiu.

Wyznał najpierw, w jakich okolicznościach otrzymał propozycję i co potem wydarzyło się podczas pobytu w Londynie, Belgradzie i Genewie. Także o ostatnim spotkaniu w kawiarni „Na Rozdrożu”, już po Jego „nawróceniu”, kiedy zaszantażowano go grożąc konsekwencjami nie tylko w stosunku do Niego, ale i ukochanego syna. Ale wywiad już nie miał na Niego wpływu…

Bogusław, który był już na dość wysokim szczeblu w MSZ, w pewnym momencie zaczął odczuwać przytłaczający dylemat. Wiedział, że beton partyjny nie uznający „warchołów i wichrzycieli odbierających naszą socjalistyczną Polskę” chciał zdusić „Solidarność”, a przedtem robotników z Radomia, Ursusa… Wcześniej widział obrzydliwą nagonkę na przyjaciół i przełożonych za to, że mieli korzenie żydowskie. Tak opisuje scenę, która rozegrała się na początku sierpnia 1981 roku w Warszawie podczas blokady centralnego ronda: „Przechodziłem wtedy z żoną włócząc się po Warszawie. Może było to pierwszego dnia strajku, gdy przemawiał Zbigniew Bujak i Lech Wałęsa… Nie podchodziłem bliżej. Sercem byłem ze strajkującymi i ludźmi ich wspierającymi, ale nie zatrzymałem się… jeszcze nie mogłem… jeszcze nie byłem „ich”. Od pierwszego przebudzenia robotników w Gdańsku, w Ursusie, Radomiu czy na Śląsku, myślami byłem tam, gdzie tworzyła się solidarność – ta mała i duża, ale ciągle trzymałem się MSZ. Nie wolno nam było jako urzędnikom ministerstwa zapisywać się do żadnych związków. Więc obserwowałem solidarny tłum i uświadomiłem sobie, że jestem po drugiej stronie. Ogromne rozdarcie, ból…”

Ten „doublethink” opisany przez George`a Orwella w „1984” przez wiele dekad był Jego koszmarem, który przypłacił nocami pełnymi rozterek i ciężką chorobą. Wspominał to tak: „musiałem się w jakiejś części zidentyfikować z Polską jaka była, z tą, która – podkreślam – nigdy nie była Polską moich marzeń. Mimo że tyle mnie rzeczy uwierało, to chciałem chociaż przemycić coś wartościowego w swoich staraniach.”

Non possum!

Linię demarkacyjną przekroczył, tak jak wielu innych, w dniu ogłoszenia stanu wojennego. Wracał z sanatorium, do którego trafił po operacji. Pociągiem dojechał do Warszawy w nocy z 12 na 13 grudnia. Wyszedł z dworca na ulicę i „na wielkim skrzyżowaniu przed dworcem zobaczyliśmy czołgi i mnóstwo wojskowych. W tle majaczyły postacie radzieckich żołnierzy pomnika „czterech śpiących”.” To był moment zrozumienia, że jak to określił „nie temu bogu służył”. Jego „Non possum!” stało się jeszcze bardziej dobitne, gdy kilka dni później dowiedział się o pacyfikacji „Wujka”. Złożył dymisję w ministerstwie, a przełożeni zrobili z Niego wariata…

Spotkałam wiele osób z opozycji solidarnościowej, które mówiły, że Bogusław od pierwszego kontaktu opowiadał im o swojej karierze w socjalistycznej dyplomacji, powiązaniach z wywiadem i oczywiście nawróceniu… Znamienna jest postawa Jacka Kuronia, który przyjął Go do swojego sztabu wyborczego… Długo nie chciał wysłuchać „spowiedzi” naszego Bohatera, potem odbył z nim kilkugodzinną rozmowę, aby na koniec serdecznie Go uściskać… Wielu ze zwykłych członków opozycji, mówiło mi, że taki był czas i w takiej Polsce przyszło nam wszystkim żyć.

Bogusław zawsze starał się mówić o ludziach w pozytywnym kontekście… owszem, miał kilka osób, których nie darzył estymą… Opowiadając o tych, którzy stanęli na Jego drodze, ale nie stanęli na wysokości honoru, człowieczeństwa czy przyzwoitości i nie mieli z tym problemu, mówił z sarkazmem „są ludzie i tramwaje”. Nie był człowiekiem bez wad, zapewne wielu oburzy Jego flirt z wywiadem, wielu nie zrozumie, jak mógł przez lata żyć w rozdwojeniu, ale nikt nie powie, że okazał się „tramwajem”. Bilans Jego życia wyszedł na duży plus!

Od autorki: Książka, nad którą pracowaliśmy, składa się z dwóch części. Pierwszą dotyczącą wspomnień do 1965 r. Bogusław Stanisławski napisał samodzielnie. Zawarł w niej wspomnienia z dzieciństwa, młodości, pierwszej pracy i początków małżeństwa. Druga część to wspomnienia po roku 1965, gdy wrócił z Londynu. Nie dokończę jej bez wspomnień innych, których proszę o kontakt (adres redakcji).


fot. Katarzyna Pierzchała.com
„Nasze Czasopismo” nr 10/2019