Polityka

PROPAGANDA STARA JAK ŚWIAT

Odkąd istnieje ludzkość, rządzący chcieli kontrolować myśli i emocje poddanych. Z biegiem czasu zmieniały się metody, ale cel pozostawał ten sam – zapewnić sobie jak największe rzesze wiernych i bezkrytycznych zwolenników.

Maria Lewandowska

Wszyscy wiedzą, jak mają myśleć. Nikt nie słucha żadnych przeciwnych, choćby najbardziej racjonalnych argumentów, bo „przecież to propaganda”. A to właśnie jest propaganda i o to w niej chodzi, żeby nie myśleć, tylko poddawać się emocjom, żeby uwierzyć w przekaz, a jeśli fakty mówią co innego, to tym gorzej dla faktów.

Współcześnie jest wszechobecna. Uważamy, że jest samym złem, nadając jej najróżniejsze przymiotniki – totalitarna, goebelsowska, sukcesu, komunistyczna etc. i sądzimy, że jest wymysłem współczesnym. Tymczasem jest stara jak świat.

Uprawianie dusz

Rzymska tradycja damnatio memoriae, czyli usuwania z forów pomników i wizerunków osób, o których potomni mieli zapomnieć, to nic innego jak jedno z narzędzi propagandy właśnie. Sama jej nazwa wywodzi się zresztą z łaciny, od czasownika propagare. Wbrew pozorom nie wiąże się on z polityką, tylko z rolnictwem. Oznacza rozsadzanie, czyli rozmnażanie i zakorzenianie różnych gatunków roślin.

Niewinny czasownik z czasem nabrał jednak zupełnie innego znaczenia. Owo krzewienie zaczęło bowiem dotyczyć nie roślin, a idei i postaw. Stało się to mniej więcej w XVII wieku. W takim znaczeniu słowa propagandum użył papież Grzegorz XV, który w 1622 r. ustanowił Kongregację Rozkrzewiania Wiary (Congregatio de Propaganda Fide), maącą zajmować się krzewieniem wiary w nowo odkrywanych krainach i wykorzenianiem herezji. Działania Kongregacji sprawiły, że słowo propaganda zaczęło oznaczać „zdobywanie zwolenników dla nowej głoszonej prawdy”. I tak od rolnictwa propaganda przeszła do uprawiania dusz. Nad tym, by doprecyzować, czym jest i na czym polega, od z górą stulecia łamią sobie głowy socjologowie, językoznawcy, politycy ale także, co może mniej oczywiste, artyści i biznesmeni.

Okazało się bowiem, że propaganda jest skuteczniejsza od perswazji. Ta druga wywodzi się ze starożytnej sztuki retoryki i odwołuje zarówno do intelektu, jak woli i emocji przekonywanego. Perswazja jest nakłanianiem do podejmowania działań, które w przyszłości nie mogą narazić na szkodę przekonywanego. To apelowanie, dowodzenie słuszności danych racji, sugerowanie rozwiązań. Celem jest zaś pozyskanie dla danej sprawy jak największej liczby odbiorców i wywarcie na nich wpływu.

Znakomicie opisał to w 1931 r. William Biddle, amerykański psycholog i socjolog: „Pod wpływem propagandy każda jednostka zachowuje się tak, jak gdyby jej reakcje były wynikiem jej własnej decyzji. Wiele jednostek można zmusić do takiego samego zachowania, przy czym każdą pozornie kierują jej własne sądy”. Słowa „jak gdyby” i „pozornie” są tu kluczowe. W przeciwieństwie do perswazji, propaganda odwołuje się bowiem przede wszystkim do emocji, a nie rozumu. „Propagandę rozumie się jako specyficzną formę pobudzeń, która – jeśli jest skuteczna – daje w wyniku proces sugestii” – konkluduje badacz.

Z założenia jest masowa i niekoniecznie zgodna z interesami odbiorców. „Propagandę można zdefiniować jako sztukę zmuszania ludzi do robienia tego, czego by nie robili, gdyby dysponowali wszystkimi danymi dotyczącymi sytuacji” – pisał Lindley Fraser, wykładowca z Oksfordu, który był również praktykiem. W czasie II wojny światowej i po niej tworzył niemiecki serwis BBC, jeden z 43 nieanglojęzycznych serwisów, nazywanych „propagandowym ramieniem aliantów”. Dzięki nim w okupowanej Europie dostępne były inne informacje niż te, które produkował propagandowy aparat III Rzeszy, obejmujący nie tylko prasę i radio, czyli informacje, ale także kinowe filmy, literaturę, sztukę, a nawet architekturę. Okazało się bowiem, że nośnikiem propagandy może być niemal wszystko, co dociera do masowego odbiorcy.

Garth Jowett i Victoria O’Donnel w fundamentalnym dziele „Propaganda i perswazja” z 1986 r. definiują propagandę jako ”celową i systematyczną próbę kształtowania percepcji i manipulowania myślami i bezpośrednimi zachowaniami w celu osiągnięcia takich reakcji, które są zgodne z pożądanymi intencjami propagandzisty”. Od tej pory słowo propaganda oznacza nie tylko, co nią jest, ale także – jak się ją robi.

Liczy się zasięg

Jan Parandowski w „Alchemii słowa” słusznie pisze, ze „propaganda nie czekała swej nazwy, by zacząć istnieć i działać”, jednak do połowy XV w. propagandyści mieli pod górkę. Mogli głosić mowy wśród ograniczonej liczby odbiorców. Uliczne teatrzyki, bardowie wyśpiewujący pieśni sławiące władców czy cięte polityczne pamflety błaznów miały zasięg ograniczony. Wynalazek druku zmienił wszystko. Dzięki niemu polityczne i społeczne idee mogły docierać do dużego grona odbiorców.

Władcy coraz bardziej zaczęli zdawać sobie sprawę z siły propagandy. Maksymilian I w Niemczech czterykroć rozmnożył liczbę czasopism i książek sławiących jego panowanie. Ludwik XIV założył pierwszą francuską gazetę, utrzymywał grono pisarzy, artystów, rzeźbiarzy, poetów i muzyków, którzy pracowali na wizerunek władcy. Etos, patos, symbol (nazwany później logiem) stały się fundamentami propagandy, na których budowano gigantyczny gmach emocji.

W czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej powstał pierwszy w świecie Urząd Propagandy. Do historii przeszły narodowe kokardy, marsze, Marsylianka, hasło „Wolność, Równość, Braterstwo” – symbole, które z czasem stały się znakomitym usprawiedliwieniem wszelkich działań podejmowanych w ich imieniu, także tych sprzecznych z pierwotnymi ideami Rewolucji.

Stara treść, nowa forma

Ten mechanizm pozbawiania znaczeń słów i symboli i podstępnego zastępowania ich zupełnie innymi treściami bądź zgoła brakiem treści znakomicie opisał George Orwell w powieści „Rok 1984” z 1949 r. – w czasie, kiedy propagandowa machina ogarnęła wszystkie zakątki świata i niemal wszystkie dziedziny życia. Od gospodarstw domowych, w których czytelniczki modnych magazynów musiały mieć „taką właśnie lodówkę”, po polityczne salony i wojenne fronty, gdzie decydowano o losach świata.

W 1937 r. Edward Filene, amerykański biznesmen i filantrop, Kirtley Mather, wykładowca z Harvardu i Clyde Miller, profesor z Uniwersytetu Columbia, założyli Instytut Analiz Propagandy, uznając, że jedynym orężem w walce z propagandą i jej skutkami jest znajomość jej mechanizmów.

Opisane przez nich zabiegi – m.in. używanie nazw negatywnie nacechowanych, by obrzydzić ludziom jakąś ideę, odwołania do prostego człowieka i normalności, popieranie idei przez celebrytów, wytwarzanie poczucia osamotnienia u odbiorców, którzy jeszcze nie przystąpili do sprawy, używanie słów o silnym ładunku emocjonalnym, selekcja informacji tak by przedstawić tylko jedną stronę sporu – do dziś stosują propagandziści, którzy zyskali nową amunicję do „krzewienia idei” w postaci telewizji i Internetu.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 10/2019