Polityka

AUDYT POWYBORCZY

Opozycja mogła zdobyć w wyborach dodatkowe mandaty gdyby wykorzystała system wyborczy i wyciągnęła wnioski z wyników wyborów do Europarlamentu.

Michał Majewski

Wybory do Sejmu to 41 niezależnych od siebie wyborów w 41 okręgach wyborczych. Są dwa główne elementy ogólnokrajowe – próg wyborczy 5%, aby dana lista była uwzględniona przy podziale mandatów i subwencja z budżetu państwa dla partii politycznych, która zależy od ilości zdobytych głosów. Cała reszta wyborów rozgrywa się niezależnie w każdym okręgu. Liczba mandatów do zdobycia w okręgach jest różna – od 7 w okręgu nr 28 (Częstochowa i okoliczne powiaty) do 20 w okręgu warszawskim.

D’Hondt – nie strzelajmy do matematyka

Wybory do Sejmu są proporcjonalne, czyli co do zasady ilość mandatów powinna być proporcjonalna do oddanych głosów na poszczególne listy. Patrząc na wyniki kolejnych wyborów widzimy, że tak nie jest – PiS zdobywając 43,59% głosów otrzymuje 51,09% mandatów (235 posłów), a na przykład Konfederacja przy 6,81% zdobytych głosów będzie miała w Sejmie 2,39% mandatów (11 posłów). Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że w wyborach do Sejmu duże partie dostają więcej mandatów, co dzieje się kosztem mniejszych i zazwyczaj winą za to obarczamy d’Hondta. Sam system d’Hondta jest jedną z matematycznych metod zaokrąglania poparcia i przeliczania głosów na mandaty. Problemem tej metody jest używanie jej w małych okręgach wyborczych, gdzie do podziału jest do 10 mandatów, bo wtedy musimy stosować duże zaokrąglenia.

Przy podziale mandatów w Warszawie system d’Hondta daje podział zbliżony do proporcjonalnego. Do zdobycia pierwszego mandatu w Warszawie potrzebne było około 5% głosów (PSL dostał jeden mandat przy 4,75% głosów), a każdy następny mandat można było uzyskać za dodatkowe 5% poparcia. W okręgu 15 (Tarnów i okoliczne powiaty) gdzie do podziału było 9 mandatów do zdobycia pierwszego potrzebne było około 10% głosów, do zdobycia drugiego – około 20%. W takim okręgu głosy oddane na listę, dla której poparcie nie przekracza 10% są de facto zmarnowane, nie mają wpływu na podział mandatów. Jeżeli komitet wyborczy uzyskuje wynik 14%, to 4% głosów też w pewnym sensie jest zmarnowane, bo taka lista zdobędzie jeden mandat zarówno przy poparciu 10% jak i 14%.

Lokalne koalicje

W małych okręgach, tam gdzie do zdobycia było do 10 mandatów skuteczniejszą metodą walki wyborczej z dominacją PiS byłyby lokalne koalicje. Komitet, który nie ma szans zdobycia około 10% głosów nie wystawia własnej listy, a jego kandydat startuje z listy większego ugrupowania. W wyborach do Sejmu takie koalicje lokalne mogły zawierać KO i Lewica. PSL który walczył również o przekroczenie 5% głosów w skali kraju nie mógł sobie na to pozwolić, bo straciłby część głosów. Jaki wpływ miałoby to na wyniki w okręgu takim jak Tarnów? KO z poparciem 14% zdobyła jeden mandat, Lewica z poparciem 5,94% głosów nie zdobyła żadnego mandatu. Przy nie wystawianiu swojej listy i starcie jednego kandydata Lewicy z listy KO wynik KO w tym okręgu byłby zapewne zbliżony do 20% i KO zdobyłaby dodatkowy mandat kosztem PiS. Co więcej ten mandat przypadłby zapewne kandydatowi Lewicy, bo w ramach listy KO miałby szanse na dobry wynik. Jedyne co by na tym ‘ucierpiało’ w skali kraju to subwencja budżetowa dla SLD, ale ten wpływ byłby niewielki.

Wnioski z wyników wyborów do Europarlamentu

Jak wytypować takie okręgi do lokalnych koalicji? Dobrą bazą są wyniki wyborów do Europarlamentu z maja tego roku. Mają one inne okręgi wyborcze, ale ich wyniki można przeliczyć na hipotetyczne wyniki wyborów w okręgach wyborczych do Sejmu. Takie przeliczenie daje dość ciekawe wyniki hipotetycznych miejsc w Sejmie – PiS 253, Koalicja Europejska – 198, Wiosna 9. W wyborach europejskich Wiosna i Razem startowały oddzielnie, jeżeli byłaby to jedna wspólna lista lewicowa, zdobyłaby hipotetyczne 17 mandatów kosztem PiS i KE. To pokazuje, że szeroka koalicja taka jak w wyborach majowych nie byłaby skuteczną metodą wygrywania z PiS wyborów do Sejmu.

Można takie przeliczanie głosów z Eurowyborów na okręgi ‘sejmowe’ użyć do oceny szans zdobycia mandatów w wyborach parlamentarnych. Przyjmując kryterium, że w małym okręgu wyborczym (do 10 mandatów) Lewica nie ma szans zdobycia poparcia około 10% i tym samym jednego mandatu tam gdzie połączony wynik Wiosny i Razem z Eurowyborów był mniejszy niż 7%, a wynik PiS był większy niż 50%, moglibyśmy wytypować 6 okręgów. W tych okręgach skuteczną strategią mogłoby być niewystawianie listy Lewicy i start kandydata Lewicy z listy KO. Sumując wyniki KO i Lewicy w tych 6 okręgach lista KO zyskałaby 3 dodatkowe miejsca w Sejmie, jedno kosztem PSL, dwa kosztem PiS. Takim zabiegiem większość parlamentarna PiS zmalałaby do 233 posłów. Innym efektem lokalnych koalicji mogłaby być większa mobilizacja elektoratu opozycji, która w małych okręgach z duża przewagą PiS może być zniechęcona do wyborów, bo poprzednie wyniki pokazują że ich głosy nie przekładają się na ilość posłów w Sejmie.

Przyszłe wybory

PiS po raz drugi zdobył w wyborach większość parlamentarną wygrywając mandaty ponad rzeczywiste poparcie w małych okręgach wyborczych. Partie opozycyjne powinny w takich okręgach zawiązywać lokalne koalicje w taki sposób, że partia z mniejszym poparciem rezygnuje z wystawiania swojej listy, a jej kandydat startuje z listy opozycyjnej większego ugrupowania. W obecnym układzie sił parlamentarnych takie koalicje w odrębnych regionach wyborczych są możliwe między KO i Lewicą, oraz między KO i PSL. Siły opozycyjne muszą w przyszłości wykorzystać w pełni reguły obecnej ordynacji wyborczej. Nasz system wyborczy działałby lepiej, gdyby zamiast 41 okręgów wyborczych byłoby około 25 okręgów i w każdym z nich byłoby wybieranych przynajmniej 15 posłów. Sposób w jaki przeliczane są głosy na mandaty powinien też być częścią naszej obywatelskiej edukacji.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 11,12/2019 i 01/2020