Polityka

UWAGI DO WYNIKÓW WYBORÓW

Podczas dyskusji na temat taktyki wyborczej w ubiegłym roku byłem zwolennikiem utworzenia szerokiej koalicji, która niwelowałaby niekorzystne efekty metody D’Hondta. Próbą zastosowania tej taktyki były tegoroczne wybory europejskie, które wykazały jednak wyraźną niechęć elektoratu do zbyt szerokich sojuszy.

dr hab. Andrzej Hennel

W rezultacie w wyborach do Sejmu zawarto jedynie najbardziej naturalne sojusze grupujące opozycję demokratyczną w trzech głównych blokach. W konsekwencji niekorzystny efekt metody D’Hondta nie wystąpił, gdyż sześć zwycięskich komitetów zgromadziło 99,1% głosów ważnych i premia dla zwycięzcy wyniosła tylko 7,5%. Przypominam, że w 2015 roku owa premia była niemal dwukrotnie większa.

Jednocześnie w wyborach do Senatu dość nieszczęśliwa ordynacja wymusiła sojusz całej opozycji demokratycznej, który przyniósł jej niewielki sukces.

Zastosowanie przez opozycję dwóch odmiennych taktyk w tych wyborach daje nam unikalną możliwość oceny reakcji elektoratu. Miałem też osobistą możliwość tej oceny, gdyż byłem członkiem komisji wyborczej na warszawskich Kabatach. Najskrajniejszy był przypadek pani, która po odebraniu karty do Sejmu zawierającej 200 nazwisk i karty do Senatu zawierającej trzy nazwiska ostro mnie zwymyślała. Stwierdziła, że tak mała liczba kandydatów do Senatu jest skandalem. Podobne opinie, w łagodniejszej formie, wyraziło wiele osób. Namacalnym ich skutkiem były liczne głosy nieważne przy głosowaniu do Senatu. W sumie oddano o 270 tysięcy ważnych głosów mniej w wyborach do Senatu w porównaniu z wyborami do Sejmu.

Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że wprowadzona w 2011 roku zasada 100 okręgów jednomandatowych przy głosowaniu do Senatu, bez drugiej tury, jest podstawową przyczyną takiej sytuacji. Francuzi, którzy mają właśnie dwie tury, mówią, że w pierwszej głosuje się sercem, a w drugiej rozumem. Polski wyborca nie ma takiej możliwości i stąd jego dezaprobata.

Popatrzmy więc na zbiorcze porównanie wyników głosowania do Sejmu i Senatu. W przypadku Prawa i Sprawiedliwości praktycznie taka sama liczba głosów (odpowiednio 8,05 i 8,11 miliona) została oddana w obu głosowaniach. Natomiast w przypadku opozycji demokratycznej liczby te są istotnie różne i wynoszą odpowiednio 8,96 i 7,95 miliona). Nawet jeżeli dodamy głosy na senatorów niezależnych ale bliskich opozycji demokratycznej (Gawłowski, Kwiatkowski, Staroń i Tyszkiewicz) to otrzymujemy 8,24 miliona. Gdzie „uciekły” pozostałe głosy? Otóż do Senatu startowały w sumie 53 komitety. Na 45 komitetów, które nie odniosły sukcesu oddano 1,85 miliona głosów. Należy sądzić, że głównie głosowali na nie sejmowi wyborcy Konfederacji (1,26 miliona) oraz właśnie „uciekinierzy” z innych komitetów.

I teraz pora na wnioski, czekają nas wybory prezydenckie. Załóżmy wstępnie, że frekwencja będzie zbliżona do senackiej. Należy sądzić, że w drugiej turze staną naprzeciw siebie przedstawiciele PIS i opozycji demokratycznej. Łatwo przewidzieć, że po 8 milionów głosów (z wyborów senackich) dla każdego jest pewne. Istotne są pozostałe 2 miliony. Około miliona wyborców Konfederacji i około miliona „chwiejnych” wyborców opozycji demokratycznej.

Strona rządowa jak się wydaje z ostatnich decyzji personalnych chce zaostrzyć podział. Oznacza to próbę zmobilizowania wyborców Konfederacji. Uważam, że w interesie opozycji demokratycznej leży działanie dokładnie odwrotne. Moim zdaniem najskuteczniejszym, łagodzącym napięcia kandydatem jest marszałek Małgorzata Kidawa-Błońska. A sama kampania powinna być prowadzona w sposób bardzo wyważony. Powinno to bardziej zmobilizować szerszy wachlarz wyborców opozycji demokratycznej. Jednocześnie im mniej ostra będzie kampania wyborcza, tym mniejsza będzie motywacja wyborców Konfederacji do wzięcia udziału w głosowaniu.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 11,12/2019 i 01/2020