Polityka

ILE LAT MA DONALD TRUMP?

„Było dużo strzelania, dużo wybuchów, zabili go jak psa” – to słowa przywódcy największej potęgi militarnej w historii, lidera tzw. wolnego świata. Pytanie tytułowe nie jest błahe ani odpowiedź na nie, nie jest oczywista. Zaś od tej odpowiedzi może zależeć los świata, w tym Polski.

Maciej Milczanowski

Biegacze wiedzą, że jest coś takiego jak wiek biologiczny i wiek sprawnościowy. Sam pomimo roku urodzenia 1971 na zegarku sportowym z ogromną satysfakcją odczytuję swój wiek sprawnościowy jako 20 lat i wiem jak to dodaje skrzydeł (nawet jeśli to część marketingu Garmina). Psycholog zaś dorzuci pojęcie wieku mentalnego, zależnego od rozwoju intelektualnego, emocjonalnego, doświadczenia. Wiek sprawnościowy tak jak mentalny mogą być wyższe od biologicznego, jednakowe lub niższe, a zależy to od sprawności (fizycznej lub intelektualnej). Dorośli jednak w tej kwestii mają swoistą „ambiwalencję”, bowiem o ile wiek sprawnościowy chcemy mieć jak najniższy, o tyle wiek mentalny powinien być co najmniej równy biologicznemu.

Oczywiście różnie z tym bywa i nie ma najmniejszego kłopotu, jeśli braki w wieku emocjonalnym dotyczą tzw. przeciętnego obywatela. Co jednak się może stać, gdy osobę niedojrzałą emocjonalnie i bez kompetencji tak intelektualnych jak fachowych umieścimy na szczycie piramidy zarządzania? Czy taka sytuacja jest w ogóle możliwa? Przecież nominacje są wynikiem uwarunkowań wewnętrznych w organizacji, czy też partiach politycznych. W USA są to dwa potężne ugrupowania zwane Republikanami i Demokratami i o ile sami przedstawiciele tych partii wygadują i wypisują o sobie nawzajem najgorsze rzeczy, to jednak można założyć z całkowitą pewnością, że w obu stronnictwach znajduje się wielu ludzi o najwyższych kompetencjach i kwalifikacjach intelektualnych. A zatem wystawienie osoby niedojrzałej i niekompetentnej stanowiłoby realizację negatywnego scenariusza kreślonego przez Napoleona Bonaparte w słynnym powiedzeniu: „Stado baranów prowadzone przez lwa jest groźniejsze niż stado lwów prowadzone przez barana.”

Wystawienie takiej postaci na kluczowe stanowisko umożliwia manipulacje, wykorzystywanie lidera do własnych celów przez „armię wilków” lub przez „lwy” innej grupy. Jednocześnie sam lider otrzymując liczne sygnały o tych nadużyciach (zwalczające się frakcje właśnie donosząc na przeciwników walczą o wpływy), uświadamiając sobie własne słabości, z czasem musiałby popadać we frustrację, a cały system w chaos.

W przypadku USA ten chaos oznacza poważne zmiany na całym świecie, bowiem cały świat jest dziś zdominowany przez interesy USA i opleciony amerykańskimi wpływami, kontrolowany przez amerykańskie dowództwa, bazy, siły morskie i lotnicze.

Jakiś czas temu doszło do „niekontrolowanego” przecieku do mediów z prywatnej rozmowy jaką prowadził jeden z najbliższych współpracowników Trumpa, gen Jim Mattis, który miał powiedzieć, że Trump ma umysł 5-cio lub
6-toklasisty. Gdy tą „plotką” podzieliłem się na poważnej konferencji naukowej w Warszawie ciekaw reakcji uczestników z Francji, Iranu, Niemiec, Polski i innych krajów, nie tylko nie wywołała ona zgorszenia, ale w zasadzie wszyscy się zgodzili, że taka jest obecnie sytuacja. Dyskusja toczyła się raczej w kierunku – co w tej sytuacji można robić, a nie czy taki fakt mógł mieć miejsce.

Słowa stanowiące pierwszy akapit (ew. lead) tego tekstu potwierdzają „plotkę” o wieku mentalnym prezydenta USA. Gdy je zestawić z komunikatem wygłoszonym przez prezydenta Obamę po zabiciu Bin Ladena, widać potężną różnicę (przepaść) w wykorzystywanym słownictwie, szacunku do drugiego człowieka i jego śmierci (nawet jeśli to zbrodniarz), opisie sytuacji w jakiej zabito terrorystę, gdzie u Obamy opis ten jest skrótowy, ale jednak znacznie bardziej fachowy niż „było dużo strzelenia, dużo wybuchów”.

Swoje obserwacje konsultowałem też ze słynnym psychologiem prof. Philipem Zimbardo, który niestety taką samą „diagnozę” także stawia i jednocześnie załamuje ręce nad losem świata.

Szóstoklasista nie potrafi jeszcze łączyć skomplikowanych zależności, szczególnie rządzących światem. Posługuje się dość prostym opisem w którym istnieją dobro i zło, są pieniądze (droga komórka, firmowe ciuchy) bądź ich nie ma, a sam czuje się bezpiecznie we własnym domu (lub na podwórku z kolegami), obawiając się zagrożeń sąsiedztwa. Donald Trump wygrał pod hasłem „America first”, szczyci się swoim podejściem „biznesowym” do polityki międzynarodowej oraz tym, że jest nacjonalistą. Określenia te mogą być postrzegane pozytywnie przez „krótkowidzących” (bowiem w dłuższej perspektywie takie działania nie muszą im przynosić korzyści) obywateli USA. Jednak niezwykle interesujące jest jak te wypowiedzi odbierane są w państwie określanym (przez samych jego obywateli) największym sojusznikiem Ameryki. Otóż określenia „polityka oparta o biznes”, „nacjonalista amerykański” i „America first” są nie tylko przyjmowane z entuzjazmem przez dużą część społeczeństwa polskiego, ale wręcz zdają się stanowić formę obietnicy najlepszych w historii relacji USA-Polska i wywindowania Rzeczypospolitej do roli gracza pierwszoplanowego dzięki personalnemu wsparciu Trumpa.

Jest to niezmiernie dziwna interpretacja słów: „nacjonalizm” – który oznacza zainteresowanie tylko własnym narodem i jego interesami, „first” – które nie posiada dodatku „i sojusznicy” oraz „biznes” – które oznacza oparcie się o kalkulację zysków i strat finansowych, bez uwzględnienia wartości i zasad istniejących (przynajmniej teoretycznie) w polityce.

Jeśli dodać procedurę impeachmentu i fatalną opinię Trumpa nawet wśród wielu Republikanów, ogromnie zastanawia propozycja prezydenta Dudy nazwania bazy USA w Polsce mianem „Fort Trump”. To jasne, że taka propozycja miała być „przebiegłym” ruchem naszego prezydenta, mającym zyskać przychylność POTUSa*, warto jednak pomyśleć „dwa kroki” dalej i zastanowić się co będzie, jeśli Donald Trump odejdzie w niesławie ze stanowiska, jeśli udowodnione mu zostaną zarzuty korzystania z rosyjskiego wparcia w czasie wyborów. Czy wówczas nazwę takiej bazy będziemy zmieniać, czy pozostanie jako symbol naszego braku myślenia strategicznego i uprzedmiotowienia w relacjach z USA.

Podobnie warto się przyjrzeć kwestii ruchu bezwizowego do USA. Skoro „polityka oparta na biznesie” to wizy te musiały kosztować. Wyłaniają się dwa pytania – oczywiste – ile? Ale jeszcze ważniejsze – czy skalkulowano je tylko przez pryzmat zysku w wyborach parlamentarnych i prezydenckich partii rządzącej w Polsce, czy też interesu Polski? Uważam, że samo zniesienie wiz (niestety tylko częściowe) to świetna wiadomość, ale w biznesie musimy znać bilans zysków i strat.

Szóstoklasista na stanowisku prezydenta USA to z pewnością świetna wiadomość dla prezydenta Putina, przewodniczącego Xi, Kim Dzong Una i Erdogana, bowiem korzystając z „prywatnych relacji” z Donaldem Trumpem, którymi tak szczyci się prezydent USA, mogą swobodnie wykorzystywać jego ignorancję, brak podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu świata, naiwność wynikającą z przekonania o własnej doskonałości (narcyzm). Zaś trudno doprawdy dopatrzyć się korzyści dla średniego państwa znajdującego się na przecięciu różnych szlaków handlowych, interesów gospodarczych i militarnych w środku Europy. Takie państwo zamiast bezwzględnie podporządkowywać swoje interesy takiej osobie, powinno wzmacniać relacje z różnymi podmiotami tak, aby jak najlepiej grać na „wielkiej szachownicy”, do czego tak nakłaniał nas śp. Zbigniew Brzeziński. Samo-uprzedmiotowienie się w relacji z USA działa tylko na szkodę Rzeczypospolitej i to niezależnie od doraźnego zysku w postaci zniesienia ruchu bezwizowego i zwiększenia obsady baz USA w Polsce.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 11,12/2019 i 01/2020