Zdrowie

LECZYĆ W POLSCE

Pod koniec grudnia Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia (CMJ) we współpracy z „Rzeczpospolitą” ogłosiło ranking jakości szpitali w roku 2019.

Maria Klawe-Mazurowa

Oceniano między innymi sprzęt, jakim dysponuje dana placówka, wyposażenie bloku operacyjnego, kwalifikacje personelu medycznego, skuteczność diagnostyki, politykę lekową, wykorzystanie systemów informatycznych, otrzymane przez placówkę certyfikaty, ale też jakość usług, warunki pobytu pacjenta, analizę skarg i rozwiązania organizacyjne usprawniające pobyt i leczenie pacjentów w szpitalu. Na 1000 możliwych do uzyskania punktów najlepszy szpital, czyli Centrum Onkologii im. Profesora Franciszka Łukaszczyka w Bydgoszczy, uzyskał 897 punktów a następny (Szpital Specjalistyczny Pro-Familia w Rzeszowie) 890 punktów. W pierwszej dziesiątce znalazły się jeszcze szpitale z Białej Podlaskiej, Makowa Mazowieckiego, Pleszewa, Słupska, Chorzowa, Chrzanowa, Lublina i jako dziesiąty szpital z miasta Łodzi z 838 punktami. Szpitale z Warszawy znalazły się na bardzo dalekich miejscach, co odpowiada obserwacjom i opiniom mieszkańców stolicy.

Zwycięzca rankingu, poza znakomitym wyposażeniem, świetną, życzliwą pacjentom kadrą, wysokim, zgodnym ze światowymi standardami poziomem leczenia oraz szybkim rozpoczynaniem terapii od chwili postawienia diagnozy, zapewnia również chorym odpowiednie, stale doskonalone warunki. Małe sale 1-4 osobowe, każda z łazienką, restauracja z dużym wyborem dań dla pacjentów chodzących, gdzie posiłek można zjeść wspólnie z odwiedzającymi (ci oczywiście odpłatnie), dostęp do psychologa od pierwszych godzin pobytu w szpitalu, zespół rehabilitacji pooperacyjnej z basenem i gabinetami terapeutycznymi. Leczeni ambulatoryjnie, podobnie jak wypisani po terapii szpitalnej, mają możliwość całodobowego kontaktu telefonicznego z pielęgniarką lub lekarzem. Na tle generalnej zapaści
służby zdrowia w Polsce, ,,perełki” takie jak ten szpital, świetnie zarządzane i zorganizowane, tym bardziej tę zapaść uwydatniają.

Wiodące szpitale w Polsce dysponują jeszcze dostateczną liczbą lekarzy, ale w raporcie „Health at a Glance 2018” – OECD i KE wypadamy fatalnie. Liczba lekarzy przypadających w naszym kraju na 1 tys. mieszkańców jest najniższa w Europie i wynosi 2,4 (średnia europejska wynosi 3,8, a np. w Austrii 5,1). W rezultacie polski lekarz przyjmuje rocznie 3104 pacjentów (średnio w Europie 2147, a np. w Szwecji 679). Niedostateczna liczba lekarzy przekłada się też na czas oczekiwania na zabiegi planowane – w Polsce na operację endoprotezy stawu biodrowego czeka się średnio 405 dni, a np. w Holandii 42 dni, zaś na operację zaćmy 464 dni, a w Holandii 37. Podobnie operacja stawu kolanowego w Polsce wymaga oczekiwania aż przez 541 dni, czyli najdłużej z wszystkich państw ujętych w raporcie OECD.

Dramatyczną sytuację pogarsza mała liczba pielęgniarek opiekujących się w Polsce pacjentami. Na 1000 mieszkańców przypada 5,2 pielęgniarki, przy średniej europejskiej 8,4, zaś w Danii – 16,9.

Porównując sytuację naszej służby zdrowia z okresami wcześniejszymi, nieodparcie nasuwa się refleksja, że o zdrowie mieszkańców tej części Europy nigdy nie dbano dostatecznie. Już w końcu XIX wieku sytuacja szpitalnictwa w Warszawie znacznie odbiegała od poziomu szpitali w innych krajach europejskich. W 1897 roku na jedno łóżko szpitalne przypadało 319 warszawiaków. Dla porównania na jedno łóżko szpitalne przypadało w tym czasie 230 wiedeńczyków, 186 berlińczyków i 141 moskwiczan.

Zgodnie z wydaną w 1842 roku Ustawą dla szpitali cywilnych, ówcześnie postępową ale zasadniczo obowiązującą bez zmian aż do początków dwudziestolecia międzywojennego, w salach szpitalnych miało stać nie więcej niż 18 łóżek, w których pacjenci mieli leżeć pojedynczo (sic!), sale operacyjne powinny być oddalone od sal chorych, ,,żeby chorzy nie słyszeli krzyków operowanych”, a w szpitalu miał pracować jeden lekarz i dwóch felczerów na każde 100 pacjentów. Podłogi w salach powinny być zmywane na mokro a sale wietrzone, a nie, jak dawniej, tylko okadzane.

W ostatnich dziesięcioleciach XIX w. płace lekarzy i personelu szpitalnego były za niskie, a personelu za mało. W większości szpitali zatrudniano tylko jednego opłacanego lekarza, na ogół z pensją roczną ok. 300 rubli srebrem. Pozostali lekarze, jeśli tacy byli, pracowali na zasadach wolontariatu, czyli za darmo. W rzadkich przypadkach ordynatorzy największych szpitali lub placówek prywatnych, zarabiali ponad 1500 rubli rocznie.

Pacjentami w szpitalach zajmowały się siostry miłosierdzia, z których każda miała pod swoją opieką 30-50 chorych. Pracownicy pomocniczy, posługacze, dostawali 5 rubli miesięcznie, bardzo skromny wikt i siennik w rogu sali chorych do spania.

W wolnej Polsce sytuacja nadal pozostawała zła. Jak zapisano w raporcie z lustracji przeprowadzonej w 1928 roku, łóżek w szpitalach brakowało do tego stopnia, że „chorzy leżą na korytarzach, w łazienkach, w pokojach jadalnych, w pokojach służbowych przeznaczonych dla personelu lub na cele gospodarcze”, „chorych umieszcza się na noszach, na stołach, na siennikach położonych na podłodze, a nawet na schodach”. W szpitalu psychiatrycznym komisja stwierdziła umieszczanie po dwie chore w jednym łóżku i pod jednym kocem. Cały oddział liczący kilkudziesięciu pacjentów dysponował tylko jedną wanną.

W roku 1936 w Warszawie było 6916 łóżek szpitalnych, czyli, według norm europejskich, o połowę za mało.

W wyniku wspomnianego wyżej raportu za organizację szpitalnictwa miejskiego wzięła się energicznie Rada Miejska. Utworzono w ramach Magistratu Wydział Szpitalnictwa Miejskiego i rozpoczęto reformę warszawskich szpitali. Dzięki rozsądnie zaplanowanym wydatkom, rozbudowie nowszych szpitali, a likwidacji i przenosinom najstarszych, udało się zwiększyć liczbę łóżek oraz poprawić poziom opieki lekarskiej i warunki w większości placówek. Już w dwa lata po rozpoczęciu reformy liczba łóżek podniosła się do prawie 8 tysięcy (nie licząc szpitali wojskowych). Utworzono trzy szkoły pielęgniarskie, które dostarczyły wykwalifikowanej kadry do opieki nad chorymi. Jedna pielęgniarka miała pod opieką już tylko 14 chorych. Podniesiono płace lekarzom i zwiększono ich liczbę na poszczególnych oddziałach. Dzięki łączeniu małych oddziałów jednej specjalności tworzono większe, które można było lepiej wyposażyć w sprzęt przy jednoczesnym obniżeniu kosztów ich funkcjonowania.

Szerokie plany dalszej rozbudowy i podnoszenia jakości warszawskiej służby zdrowia niestety nie zostały zrealizowane do końca. Jednak nawet na podstawie tych działań, które podjęto i zrealizowano okazało się, że sprawny zarząd służbą zdrowia z poziomu władzy samorządowej, a nie centralnej, jest w stanie w szybkim czasie osiągnąć spektakularne rezultaty.

Może przekazanie szpitali i należnych im pieniędzy z rąk NFZ w ręce samorządów lokalnych, to jest pomysł na wyjście z zapaści polskiego lecznictwa.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 02,03/2020