Polityka

PANIE JÓZKU, PAN JEST WŁADZĄ

Często spotykamy się ze sformułowaniami jak „trzeba im odebrać władzę”, „chcemy władzy, aby zmienić Polskę”, „oni nie oddadzą władzy”, „o władzę trzeba walczyć”. Przypomina to czasy PRL-u, kiedy milicjant był „panem władzą”. Czy ktoś się zastanowił, co to jest władza, kto ją posiada lub powinien posiadać? Czy Pan Józek to też władza?

Prof. Mirosław Matyja

Władza to zdolność lub uprawnienie do wywierania przez jednostkę bądź grupę autentycznego wpływu na działania innych osób. W tym procesie dominacji, postępowanie indywidualnych osób, grup lub szerokiej społeczności zostaje ukierunkowane zgodnie z wolą jednostek lub wąskiej grupy osób. I tyle definicji. Władza jest więc narzucaniem woli jednym przez innych i podejmowaniem w ich imieniu decyzji – niezależnie od tego, czy jest to zgodne z ich interesem. Oczywiscie nie trzeba tłumaczy, że tam, gdzie przeważa zgodność interesów i woli współzależnych osób, zbędne są stosunki władcze.

Kto daje władzę

Jak to jest jednak w Polsce z tym ciągłym „dzieleniem, odbieraniem i dawaniem władzy”? Czy władza jest w ogóle podzielna, odbieralna i dawalna? Istotą demokracji są między innymi wolne wybory, w których obywatele wybierają swoich przedstawicieli, którzy ich reprezentują w różnych gremiach – bezpośrednio w parlamencie i pośrednio w rządzie, bowiem rząd wybierany jest przez parlament. Przedstawiciele społeczeństwa działają, albo powinni działać, w interesie ich wyborców, bo to im zawdzieczają swoje przedstawicielskie (władcze) stanowiska i posady. Na tym polegają zasady tzw. demokracji parlamentarnej czyli pośredniej.

Inaczej jest w ramach demokracji bezpośredniej, gdzie społeczeństwo nie oddaje w pełni praw nieograniczonego reprezentowania go w gremiach rządzących. Obywatele nie oddają w pełni władzy w ręce ich reprezentantów. Mają do dyspozycji instrumenty działania, które pozwalają im kontrolować poczynania decydentów i współdecydować w ważnych sprawach. Mam tu na myśli na przykład stosowane w Szwajcarii referendum, do którego dochodzi na skutek przeprowadzenia inicjatywy obywatelskiej lub tzw. weta ludowego. W ten sposób obywatele nie „dzielą się władzą” z decydentami, bowiem sami współdecydują. Obywatele sami pozostają władzą dla siebie. Wszystko to wydaje się jak dotąd bardzo proste.

Władza bez kontroli

W Polsce mówi się non stop o władzy. Określenie to nie występuje w innych krajach dla określenia rządzących, a przynajmniej nie na taką skalę. Wróćmy do definicji władzy, określonej jako wpływ i dominacja jednostki lub wąskiej grupy osób nad innymi, w tym nad szeroko pojmowanym społeczeństwem. Skąd bierze się ta dominacja i dlaczego nie funkcjonują elementy kontrolne? Skąd ta buta polityków, określających siebie samych jako władze?

Otóż w okresie między jednymi i drugimi wyborami decydenci (władza) wymykają się wyborcom spod kontroli. Przestają się liczyć z obywatelami, wręcz zapominają o nich. W konsekwencji przestają reprezentować wolę wyborców. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi na to pytanie jest kilka.

Po pierwsze, decydenci w okresie między wyborami reprezentują swoje własne, partykularne interesy lub interesy partii i grup lobbystycznych, do których należą.

Po drugie, zajęci są maksymalizacją swojego własnego, prywatnego zysku, a mają na to zaledwie parę lat czasu (z reguły 4 lata).

Po trzecie, zajęci są tzw. walką polityczną z przeciwnikami politycznymi – dlatego ich czas jest ograniczony.

Po czwarte, nie doceniają społeczeństwa, które według nich jest pasywne i niezdolne do „przejęcia władzy”.

Abstrakcyjny suweren

Dochodzi do paradoksalnej sytuacji, w której reprezentanci społeczeństwa – posłowie, senatorowie, członkowie rządu, traktują siebie samych jako władzę. Pojęcie suwerena jest dla nich abstrakcyjne, a społeczeństwo sprowadzone zostaje do obserwującej biernie publiczności, czekającej na „chleb i igrzyska”. Igrzysk z pewnością nie brakuje w polskim teatrze politycznym, z chlebem bywa różnie. Decydenci natomiast „nie podzielą się władzą” argumentując, że ludzie nie znają się na polityce, społeczeństwo jest politycznie niedojrzałe, zbyt niemądre itp. A oni? Są mądrzy i dojrzali? Znają się na polityce czyli zjawiskach, jakie zachodzą w ramach systemu politycznego? Są dojrzali do podejmowania wiążacych decyzji? Pytania retoryczne.

Załóżmy jednak teoretycznie, że społeczeństwo przejmuje część władzy – na przykład w postaci instrumentu referendum, które jest wyrazem woli obywateli i umożliwia tworzenie prawa. Mam tu na myśli rzeczywiste referendum, kreowane dla obywateli i przez obywateli, a więc głosowanie ogólnopaństwowe, wiążące i bezprogowe.

Sama świadomość posiadania tego instrumentu w rękach społeczeństwa byłaby już szansą zmiany polityki naszych decydentów czyli władzy.

Gdzie góra, gdzie dół

Paradoks związany ze słowem władza jest niestety bardzo zakorzeniony w społeczeństwie polskim. O wiele mniej zakorzenione jest słowo suweren. Ludzie wiedzą kto jest władzą – to są ci „na górze”. Mniej więcej wiadomo, gdzie ta „góra” się kończy, nie bardzo natomiast wiadomo, gdzie się zaczyna. Niestety ciągle jeszcze niewielu rozumie, że to „my na dole” jesteśmy suwerenem. A kim jest suweren? To nic innego, jak podmiot sprawujący władzę zwierzchnią, a więc społeczeństwo – naród.

Proponuję ograniczyć więc dyskusje dotyczące „dzielenia, brania i oddawania władzy”, a skoncentrować się na dylemacie suwerena. Należy zastanowić się nad tym, jak umożliwić suwerenowi współdecydowanie w ważnych dla państwa polskiego sprawach. Albo mówiąc jeszcze raz językiem polskiej polityki: jak oddać władzę jej prawowitemu właścicielowi? Jak ją oddać panu Józkowi? Współrządzenie to naturalne i demokratyczne prawo suwerena, a więc również pana Józka, a nie jałmużna od rządzących (władzy) dla rządzonych (poddanych).


fot. Piotr Olczak