Ekonomia

ZAWIRUSOWANA PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ I MOTYWACJA

W ostatnich latach rządów PZPR sytuacja gospodarcza Polski była katastrofalna.

Andrzej Wierzba

1 stycznia 1989 roku weszła w życie ustawa o działalności gospodarczej, przestawiająca polską gospodarkę na wolnorynkowe tory. Jej autorem był Mieczysław Wilczek, minister w rządzie Mieczysława Rakowskiego. Ta ustawa po raz pierwszy od 50 lat pozwalała działać normalnie prywatnym firmom. Wszystko, co nie było zabronione, było dozwolone. Ponieważ nie było polskiego kapitału, władza pozwalała przedsiębiorstwom zarabiać, aby mogły inwestować i płacić większe podatki. W kolejnych latach i przy kolejnych rządach pomimo powtarzających się zapewnień marketingowych o wolnorynkowości, z roku na rok zwiększały się obciążenia fiskalne i ubezpieczeniowe. Przedsiębiorcy byli obligowani do coraz większej ilości deklaracji i sprawozdań w wersji papierowej i elektronicznej. Niejasne i źle sformułowane prawo wpływa na brak efektywności sądów, co uniemożliwia racjonalne dochodzenie praw przedsiębiorców. Najczęściej przedsiębiorca wygrywa, po wielu latach, sprawę z urzędem, gdy jego firma jest już totalnym bankrutem a odszkodowanie jest niewspółmierne do poniesionych strat. Takim ekstremalnym przypadkiem jest doprowadzenie do upadku firmy Optimus. Ironia losu polegała na tym, że w dawnej siedzibie Optimusa został umiejscowiony Urząd Pracy – instytucja, która powinna dbać o miejsca pracy.

Rozrost urzędów i konieczność zbliżenia się do standardów europejskich wymagała kolejnej fali wzrostu obciążeń podatkowych i wymuszenia na polskich przedsiębiorcach stosowania się do krajowych i unijnych, kosztownych przepisów. Po PRL przejęliśmy ZUS i żadna władza nie wiedziała, co zrobić z olbrzymim długiem w stosunku do obecnych i przyszłych emerytów. Ze względu na spadek populacji i zmniejszenie się liczby pracujących co roku podnoszone są obowiązkowe składki na ubezpieczenie. Aby tego nie było za mało, został zwiększony podatek VAT. Niby jest on płacony przez kupującego, ale wpłacany do budżetu państwa przez przedsiębiorcę. Jeśli cena z podatkiem VAT będzie za duża to konsument nie kupi towaru, a firma poniesie stratę i będzie miała problem z jego magazynowaniem, a potem utylizacją. Zgodnie z szatańską podatkową zasadą jedzenia małą łyżeczką, doszły kolejne m.in. akcyza i opłaty paliwowe. Cały ten aparat ma na celu drenaż kapitału z rąk prywatnych na tzw. cele społeczne, a tak naprawdę na kolejną kiełbasę wyborczą. Ciągle większość obywateli sądzi, że pieniądze się po prostu drukuje, a potem za te wydrukowane pieniądze rząd kupuje ludziom mieszkania czy tani prąd.

Do rozwoju i innowacji potrzebna jest motywacja. Dla wynalazców to chęć pokazania światu, że potrafią. Dla przedsiębiorców istotna jest kwestia wzrostu i siły ich firmy. Dla zwykłych ludzi jest to inwestycja, która pozwoli im godnie żyć na emeryturze. W naszej rzeczywistości, obracającej się wraz z kalendarzem wyborczym, wynalazcy nie są grupą społeczną ani lubianą, ani docenianą. Wygodniej wydać pieniądze rządowe na zakupy np. sprzętu wojskowego, zamiast dać polskim innowatorom zarobić i dać im szansę na późniejszy eksport.

Przedsiębiorcy są co miesiąc zaskakiwani nowymi pomysłami rządzących, które mają jeden mianownik: jak najwięcej zabrać przedsiębiorcom. Takim ostatnim pomysłem są Pracownicze Plany Kapitałowe. Rządowy pomysł na urwanie kolejnego procenta z marży przedsiębiorcy i zmniejszenia jego konkurencyjności. W tej burzy przepisów i lesie wyciągniętych rąk przedsiębiorca na pewno nie ma natchnienia do innowacji.

Do nowych, ryzykownych przedsięwzięć potrzebny jest kapitał. I to nie taki, który chce zysków na poziomie 10% rocznie, ale taki, który chce zainwestować w swoją szczęśliwą emeryturę. Ale nasi obywatele nie mają pieniędzy na inwestycje, bo co miesiąc muszą spłacać zobowiązania podjęte przez urzędników jeszcze z czasów PRL. Bez pieniędzy nie ma innowacji.

Kolejną przeszkodą dla przedsiębiorców jest tzw. Sprawiedliwość. System prawny, tworzony pod dyktando ministerstw, ma na celu postawienie przedsiębiorcy w roli petenta otoczonego dziesiątkami urzędów. W poszczególnych urzędach firmy mogą prosić, ale w sytuacjach wątpliwych, racja jest po stronie władzy. W sprawach sądowych poszczególne rozprawy odbywają się po wielomiesięcznych przerwach, interes „społeczny” czyli łupieżczy góruje najczęściej nad prawem własności. Wielość instytucji, które muszą wyrazić opinie i przewlekłość terminów sprawiają, że przedsiębiorca zostaje pozostawiony sam sobie w oczekiwaniu na bankructwo.

Czy jest jakaś granica, po której ten system ulegnie dezintegracji? Sądziłem, że tak jak to się dzieje w krajach Europy zachodniej, firmy będą popadały w tarapaty wraz ze zmianą pokoleniową. Młodzi bardziej pragmatycznie patrzą na rzeczywistość i dla etosu pracy nie chcą poświęcać swojego życia. Jednak rzeczywistość jak zawsze zaskakuje. Przywieziony z azjatyckich krajów koronawirus powiedział jak w pokerze: „Sprawdzam”. Okazało się, że system „socjalny” stworzony przez polityków okazał się wydmuszką. W momencie utraty pracy, spowodowanym epidemią i kwarantanną, nie ma pieniędzy na pomoc dla tych, którzy przez całe swoje życie utrzymywali ten system. Pomysły rządu ograniczyły się do marketingu politycznego dla swoich wyborców, nie mających elementarnej wiedzy ekonomicznej. Proponowane sumy i biurokrację potrzebną do ich uzyskania przedsiębiorcy traktują jak plucie w twarz. Premier z bankowym rodowodem rozpływa się nad możliwościami kredytowymi dla przedsiębiorców. Tylko nie rozumie, że to nie są kredyty zaciągnięte przez obecny rząd, które będą spłacać nasze dzieci i wnuki. To są realne pieniądze do zwrotu z odsetkami i każdy przedsiębiorca wie, że mogą one być dla niego betonowymi butami, a nie kołem ratunkowym.

Prawo pracy, które świetnie działało w czasach prosperity, uniemożliwia szybką restrukturyzację i praktycznie jedyną opcją jest zamykanie firm. Rozdęty „socjal” trafiający do osób niepracujących w żadnym stopniu nie jest skorelowany z wynikami finansowymi osiąganymi w gospodarce. Ręczne sterowanie sumami płacy minimalnej, podatkami, dotacjami nie sprawdza się w bardzo dynamicznej globalnej gospodarce. Niestety tuba propagandowa zna gusta słuchaczy i powtarza jak zdarta płyta 500, 500, 500.

W trakcie epidemii przedsiębiorcy i zwykli ludzie próbują przeżyć, a rząd próbuje utrzymać się u władzy. Mało kto dzisiaj zadaje sobie w Polsce pytanie: „jak wrócić do gospodarczej normalności”. Dobrym przykładem są reguły zastosowane przez Niemcy po II wojnie światowej. Ten plan polegał na 3-ch fundamentach-regułach: minimalnej, prostej biurokracji, braku kontroli cen i niskich podatkach. Niestety obecne władze robią wszystko odwrotnie. Właśnie zapowiedziały wzrost podatków, żeby sfinansować skutki epidemii. Przewidywana jest kontrola cen wymierzona w „spekulantów”. Na proste i tanie w użyciu prawo przedsiębiorcy nie mają co liczyć. Ostatnie 4 lata wprowadziły znaczne utrudnienia i wzrost biurokratycznych kosztów prowadzenia przedsiębiorstwa.

Miałem futurystyczny sen. Proste prawo, które pozwala skupić się przedsiębiorcom na zdobyciu przewagi konkurencyjnej na globalnym rynku. Uczciwe wypłacanie pracownikom należnego uposażenia i pozostawienie im decyzji o płaconych podatkach, ulgach, funduszach emerytalnych, dobrym ubezpieczeniu zdrowotnym. Rozliczenie podatkowe małych i średnich firm wyłącznie na podstawie przepływów finansowych, automatycznie robione na kontach bankowych. Do tego potrzebujemy rządu złożonego z wykształconych polityków nowego pokolenia, którzy będą potrafili nasz kraj wyciągnąć z obecnego chaosu a zamiast populistycznych haseł o sprawiedliwości czy „równym rozdawnictwie” będą używali najważniejszego słowa „Motywacja”.


fot. pixabay.com
„Nasze Czasopismo” nr 04,05/2020