Społeczeństwo

PARADOKS JAKE’A SULLY: CZYLI DLACZEGO WOJSKOWI MOGĄ STANOWIĆ WZMOCNIENIE W POLITYCE ZAGRANICZNEJ PAŃSTWA

Jake Sully, bohater filmu „Avatar”, początkowo jest stereotypowym żołnierzem. Gdy jednak styka się z zespołem uczonych i nawiązuje kontakt z Na’vi, zaczyna wiedzieć inne konteksty rzeczywistości. W rezultacie staje się kluczowym „elementem” sytuacji polityczno-strategicznej konfliktu.
Maciej Milczanowski

 

W prowadzeniu skutecznej polityki zagranicznej fundamentalnie ważna jest perspektywa strategiczna oraz kompetencje przywódcze. Bez strategii nie da się umiejętnie połączyć wszystkich uwarunkowań, dostosować do nich własnych możliwości oraz odpowiednio wytyczyć celów. Z kolei w relacjach z innymi przywódcami, potężnymi korporacjami, ale też grupami społecznymi i ludźmi, którzy potrzebują wsparcia lub stanowią zagrożenie, trzeba mieć odpowiednio zbudowany zespół, potrafić właściwie dobierać słowa (od których szczególnie w tej dziedzinie często bardzo wiele zależy), potrafić wpływać na opinie i kształtować własny potencjał.

Jake’a Sully w „Avatarze”

Jack Sully to postać fikcyjna, stworzona na potrzeby scenariusza do filmu „Avatar”. Niemniej dzięki przerysowaniu, wyidealizowaniu ilustruje pewne procesy, które trudno przedstawić jednym przykładem realnym. Jake jest nieufny wobec cywilnych naukowców. Ale też zespół naukowy, do którego Jake zostaje przydzielony, za grosz nie ufa żołnierzowi.

Uczeni i politycy (również przedstawiciele korporacji) reprezentują zupełnie odrębne interesy. Ich sojusz jest doraźny, gdyż dysponujący środkami finansowymi szefowie korporacji i politycy widzą w uczonych szansę na łatwiejsze i tańsze przejęcie surowców planety Pandora. Tymczasem uczeni dzięki wsparciu korporacji odkrywają piękno Pandory w postaci symbiozy pierwotnie żyjącego ludu Na’vi i ekosystemu planetarnego, jednak są tylko narzędziem w rękach chciwej korporacji i nie potrafią wpływać na sytuację.

Obie strony nie znajdują jednak sposobu na zdobycie zaufania Na’vi. Kluczową postacią okazuje się Jake Sully. To on, nie trzymając się metodologii naukowej, przełamując schematy badawcze, nie będąc uwikłany w biurokrację, natychmiast nawiązuje kontakt z Na’vi. Jake jest też świadom metod działania polityków, korporacji i żołnierzy na ich usługach. Nie ma najmniejszych wątpliwości, jaki los spotka Na’vi.

Paradoks Jake’a Sully w politykyce zagranicznej USA

Prezydent Donald Trump jest przez wiele środowisk opiniotwórczych postrzegany bardzo negatywnie. Niemniej, niezależnie od opinii nt. prezydenta USA, warto zwrócić uwagę na skład jego zespołu. Powoływanie wojskowych na kluczowe stanowiska USA stało się znakiem rozpoznawczym administracji Trumpa. Zarówno sekretarz obrony gen. James Mattis, jak i doradca ds. bezpieczeństwa gen. Herbert „H. R.” McMaster to oficerowie, którzy cieszą się szacunkiem nie tylko wśród Republikanów, ale także Demokratów. Na tych dwóch generałach nominacje w obecnej administracji się nie kończą. Nie wszyscy też okazali się godnymi zaufania (o gen. Michaelu Flynnie pisałem na blogu StratLider).

W styczniu 2017 r., w czasie przesłuchania gen. Mattisa przed komisją senacką, słowami najczęściej wypowiadanymi przez senatorów wszystkich opcji politycznych były: „dziękujemy za Pana służbę ojczyźnie”. Wielu dodawało: „dziękuję, że zgodził się jeszcze raz przyjąć tak trudne stanowisko”.

Nie oznacza to, że generał Mattis nie wywołuje kontrowersji. Ale jeśli prześledzić kontekst, w jakim te kontrowersje się pojawiały, trudno odmówić mu dwóch cech: spojrzenia strategicznego i umiejętności przywódczych. Np. gdy gen. Mattis zwracał się do głów rodów irackich podczas inwazji w 2003 r., wypowiedział słynną frazę, przez którą zyskał przydomek „Mad Dog”: „Przychodzę w pokoju, nie mam ze sobą artylerii, ale błagam was ze łzami w oczach, jeśli ze mną zadrzecie, zabiję was wszystkich”. Rok później, gdy uczestniczył w realizacji operacji o charakterze stabilizacyjnym, mówił do żołnierzy: „Bądź grzeczny, bądź profesjonalny, ale miej plan zabicia każdego, kogo spotkasz”.W czasie udziału w operacji afgańskiej miał przydomek „Chaos”. Gdy przybył do Iraku wiosną 2004 r., mówiono na niego już raczej „Warrior Monk”, ale ma też podobiznę z aureolą, którą wykonali dla niego marines nazywający go „Świętym z Quantico”. Wiosną w Iraku przyjął wobec zbuntowanej prowincji Al-Anbar jako naczelną zasadę: „First do no harm”.

Wielość kontekstów, w jakich funkcjonował, wymagała od niego cech przywódczych i perspektywy strategicznej. Gdy rozmawiałem z Jimem Mattisem na te tematy (latem 2015 r.), uderzało mnie to, że był bardzo wstrzemięźliwy w ocenianiu Aleksandra Wielkiego czy Marka Aureliusza, ale nie miał wątpliwości, jeśli chodzi o błędną strategię USA w Iraku (2003-11). Nie miał też najmniejszych wątpliwości, że brak perspektywy strategicznej był jedną z największych bolączek tak ówczesnych USA, jak i Unii Europejskiej.

Paradoks Jake’a Sully a możliwości dla Polski

Wielu polskich wojskowych również ma ogromne doświadczenie, które wykracza daleko poza kwestie wojskowe. W czasie operacji w Iraku, Afganistanie, ale też funkcjonując w kraju na styku wojska i polityki, wojskowi ci nabierają unikalnych kompetencji. Oficerowie ci często znają się prywatnie z kluczowymi postaciami administracji USA, a także innych ważnych dla nas państw, jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania. Ich doświadczenie powoduje, że mają unikalne spojrzenie i potrafią często niejako „na skróty” osiągnąć to, czego nie potrafią uwikłani w biurokrację urzędnicy oraz bardzo często niekompetentni politycy.

Niestety, gen. Mirosław Różański miał rację, gdy z rozgoryczeniem zadawał politykom pytanie: „Czy wy nas się boicie? Dlaczego nie macie do nas odrobiny zaufania? Przecież cywile mają pełną kontrolę nad armią.”

We współczesnych demokracjach trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym wojsko przejmuje siłą kontrolę nad państwem. Nie staram się absolutnie kwestionować cywilnej kontroli nad armią, jest to jeden z fundamentów demokracji. Dziś jednak marnuje się wielki potencjał wielu wojskowych, którzy swoim doświadczeniem, ale i często charakteryzującym ich tzw. realizmem idealistycznym, mogliby zdecydowanie wesprzeć społeczeństwo, władze, polityków.

Podobnie warto wsłuchiwać się w wypowiedzi medialne innych generałów: Stanisława Kozieja, Waldemara Skrzypczaka czy Janusza Bronowicza, którzy krytykują decyzje, procesy,
a nie personalnie polityków. Zauważmy, że wszyscy wymienieni krytyczne uwagi wyrażali wobec decydentów, niezależnie od barw politycznych aktualnej władzy. Abstrahując od oceny samego prezydenta Donalda Trumpa (moja jest bardzo krytyczna), jego dobór wojskowych na kluczowe stanowiska w administracji gwarantuje wielki kredyt zaufania, potencjał strategiczny i kompetencje przywódcze. To ludzie o olbrzymim i różnorodnym doświadczeniu, którzy mają głos decydujący dziś w wielu sprawach. U nas wciąż boimy się, że wojskowi „skradną” demokrację. Jeśli ktoś miałby „skraść” demokrację w Polsce, USA czy Francji, to na pewno nie żołnierze, prędzej uczynią to partyjni politycy walczący tylko o własne wpływy, media nie wyznające żadnych zasad oraz korporacje, których nikt nie będzie kontrolować (o czym świadczyć może słynny protest „We are 99%” ruchu Occupy Wall Street w USA).

Natomiast polityka zagraniczna dla takiego państwa jak Polska to obszar, na którym można osiągnąć znacznie więcej niż się wydaje, ale tylko mając doświadczonych ludzi z perspektywą strategiczną i kompetencjami przywódczymi.


Autor jest historykiem, doktorem nauk humanistycznych, byłym żołnierzem zawodowym, zajmuje się teoriami przywództwa i strategii w kontekście konfliktów; Centrum Zimbardo ds. Rozwiązywania Konfliktów, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

„Nasze Czasopismo” nr 11/2017