Polityka

UWIELBIAM DZIAŁAĆ!

Rozmowa z Anną Auksel, członkinią zarządu regionu warszawskiego .N i przewodniczącą Stowarzyszenia Nowoczesna Białołęka,

 

Skąd bierze się w Tobie ta charyzma?

Codziennie rano się budzę i mówię:
o, dzisiaj muszę się wykazać charyzmą. (śmiech)

Jak to się stało, że znalazłaś się w Nowoczesnej?

Jak wielu Polaków, przy okazji wyborów zwykle nie miałam na kogo zagłosować. Pojawiła się nowa, interesująca dla mnie partia i trochę z ciekawości poszłam na Torwar (pierwszą konwencję założycielską – przypis red.). Spodobała mi się energia obecnego tam tłumu, wystąpienia, to jak całość była przygotowana. Poczułam, że wspaniale jest być tego częścią i obcować z ludźmi, którzy wiedzą czego chcą, coś już w życiu osiągnęli. Powiedziałam sobie, że to jest moje miejsce i tak działam już od ponad dwóch lat.

Wydaje mi się, że masz w sobie taki ,,gen” działacza?

Od zawsze zajmowałam się organizacją różnego rodzaju wydarzeń i współpracowałam z organizacjami pozarządowymi. Przez pewien czas byłam nawet członkiem komisji dialogu społecznego ds. dzieci i młodzieży przy urzędzie miasta. Pomagałam innym, jeśli tylko była ku temu okazja – organizowałam wraz z różnymi instytucjami paczki na dzień dziecka czy Boże Narodzenie. Przychodzi taki moment, gdy czujesz się spełniony w życiu osobistym i w pracy i chciałbyś podzielić się swoim szczęściem z innymi, np. przez pomoc w hospicjach czy domach samotnych matek. Pewnie pamiętasz, jak razem chodziliśmy po zakupy dla nich. Staramy się, jak możemy i najważniejsze, że sprawia nam to wielką przyjemność. Chcielibyśmy wręcz, żeby osoby potrzebujące same się do nas zgłaszały.

Ale działalność stricte polityczna też jest dla Ciebie ważna?

Oczywiście, dzięki niej mam możliwość wpływania na otaczającą mnie rzeczywistość, pokazywania innym ludziom, jak zmieniać świat. Staram się docierać do nich i wzbudzać w nich taką postawę obywatelską. Zależy mi, by zrozumieli, że idąc na wybory, głosując, niekoniecznie nawet na partię, z którą ja sympatyzuję, mają na coś wpływ. Uważam się za liberalną osobę, ale właśnie dlatego potrafię uszanować także poglądy sprzeczne z moimi, chociaż czasami jest mi trudno.

Na pewno masz jakieś swoje przemyślenia na temat lokalnej warszawskiej polityki?

Chciałabym, żeby mieszkańcy Naszego miasta czuli, że nim współrządzą. Cały czas myślę o tym, jak ułatwić ludziom dostęp do urzędników i jak ich zachęcić do współpracy z nimi. Podoba mi się model skandynawski, w którym radny musi określoną ilość czasu poświęcić na bycie w terenie, rozmawianie z ludźmi. U nas niby też istnieją możliwości dotarcia do radnych, jednak ja bym chciała, żeby dla radnego wychodzenie do ludzi
i rozmawianie z nimi, np. raz w tygodniu, było obowiązkowe i naturalne. NIestety zamknięcie się urzędnika w jego biurze
i czekanie na „petenta” nie służy nikomu.

Radni u nas generalnie mało mogą – to kwestia systemowa.

Problem polega na tym, że nawet nasi radni często urastają do rangi wielkich polityków. To co możemy ostatnio zaobserwować w wielu dzielnicach, to ciągłe kłótnie i przepychanki. Niestety działania polityków w Sejmie, mają duże przełożenie na to co dzieje się na niższych szczeblach. W takiej sytuacji jaką mamy obecnie, czyli jedna partia rządzi na szczeblu ogólnokrajowym a druga w samorządzie (Warszawa), bałagan jaki fundują nam radni jest jeszcze bardziej widoczny i przekłada się na jakość zarządzania naszym miastem. Ludzie i ich problemy schodzą na drugi plan. Niektórzy twierdzą, że do władzy powinny dochodzić stowarzyszenia, a nie partie polityczne. A przecież te stowarzyszenia, które startują w wyborach, są tak naprawdę partiami politycznymi, tylko działającymi na mniejszą skalę. Widzę to bardzo na przykładzie swojej dzielnicy.

Ja wręcz uważam, że te ,,stowarzyszenia” czasami bywają wtykami partii politycznych, szczególnie w miejscach, gdzie dana partia nie ma szans na zwycięstwo.

Tak dokładnie jest. Najwyraźniej łatwiej jest wytłumaczyć wyborcom, że reprezentuje się niby apolityczne stowarzyszenie i opowiadać, startując równocześnie w wyborach, że nie jest się zainteresowanym polityką. Oczywiście nie przeszkadza to takim osobom stosować wszystkie najgorsze praktyki polityczne, włącznie z mową nienawiści na portalach społecznościowych, czy skandalicznym zachowaniem podczas obrad rad dzielnic czy gmin. Tymczasem nie wszystkie partie polityczne korzystają z takich metod.

Warszawa czy dzielnica?

Dzielnicy nie będzie bez Warszawy i odwrotnie. Uważam jedynie, że Burmistrz powinien mieć większe kompetencje, a dzielnice powinny mieć swoje, i to duże, pieniądze, bo wiedzą najlepiej, jak je wydawać. Zastanowiłabym się nad zmniejszeniem liczby radnych, ale dałabym im większe możliwości, przy większej odpowiedzialności i obowiązkach. Powinna nastąpić ich profesjonalizacja a wyznacznikiem wiedza ekspercka.

Ponadto uważam, że błędem władz Warszawy jest to, iż przez lata zaniedbywały prawobrzeżną część miasta. Uważam, że Białołęka to cudowne miejsce, jednak dostrzegam ogrom niedociągnięć. Ostatnio przez wielkie kałuże nie mogłam wyjść z domu. Płacimy podatki jak inni, a czuję, że jesteśmy zaniedbywani i lekceważeni.

Może zbyt mało tzw. decydentów mieszka po prawej stronie. Natomiast faktycznie mam wrażenie, że często budownictwo mieszkaniowe rozwija się dziś jakby bez jasnego planu i strategii.

No właśnie o to chodzi. To jest niepojęte, że jedna z największych w Warszawie dzielnic nie ma chociaż jednego liceum. Spotkałam się z tłumaczeniem, że liceum potrzebuje wielu lat na zbudowanie sobie opinii. Ale przecież od czegoś kiedyś trzeba zacząć, żeby mieć dobrą szkołę za 10-15 lat. Pamiętam, jak Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecywała nam kanalizację. Mieszkamy przy samej Czajce (oczyszczalnia ścieków dla części Warszawy i okolicznych miejscowości – przypis red.), a kanalizacji nie ma zdecydowana większość domów – wszędzie są szamba. Ludzie strajkowali, władza prowadziła rozmowy, coś obiecywano i nic z tym nie zrobiono. To naprawdę boli. Do tego dodajmy, że w wielu miejscach nie ma także dróg, chodników, zasięgu telefonii komórkowej i Internetu – to jest Warszawa XXI w.?

Chyba płynnie przeszliśmy do tego, co Ciebie najbardziej denerwuje i demotywuje?

Niemożność robienia od razu wielkich rzeczy. Jak wymyślę coś, co uważam za fajne, oczekuję, że uda się to na następny dzień zrealizować. Chciałabym, żeby ulice, parki, kanalizacja, zostały od jutra zbudowane. Uwielbiam działać i chciałabym, żeby wszyscy byli zawsze tak zmotywowani, jak ja. Teraz marzy mi się III linia metra na Białołękę, szpital, komisariat policji na Zielonej Białołęce. Słyszę o zuchwałych kradzieżach – zresztą naszemu wspólnemu koledze w nocy ukradli opony z terenu posesji. Jeżeli takie rzeczy się zdarzają, to najwyraźniej coś nie funkcjonuje dobrze. No
i ta komunikacja – większość mieszkańców tej dzielnicy jeździ do pracy gdzieś na Mokotów, do Śródmieścia, trzeba im ułatwiać życie, a nie utrudniać.

Wiesz, co jeszcze mnie demotywuje? Radni w dzielnicach czy w mieście, powinni myśleć o dobru miasta i jego mieszkańców – niby oczywiste. Tymczasem dzisiaj na poziomie samorządowym do głosu dochodzą ogólnopolskie spory polityczne – za mało jest dyskusji o tym, jak zrobić, by żyło się lepiej.

Jednak polityka to chyba także fajna przygoda?

W życiu nie myślałam, że w partii politycznej można się tak zaprzyjaźnić
z ludźmi. Funkcjonuje wiele stereotypów na ten temat. Tymczasem wokół mnie są w większości osoby prowadzące swoje biznesy lub mające dobre stanowiska, które do polityki ciągnie chęć zdziałania czegoś dobrego dla swojego miasta, dla ludzi. Spotykamy się, bo chcemy coś zrobić, ale także dlatego, że po prostu się lubimy a to jest prawdziwa wartość.

Czy polityka jest ważna?

Tak, ktoś musi zarządzać. W biznesie mamy managerów – możemy się zgadzać z ich decyzjami lub nie, ale ktoś na końcu musi brać odpowiedzialność.

Może mamy problem z egzekwowaniem od władzy jej powinności?

Widziałeś kiedyś na przykład strajk na ulicy w sprawie asfaltu czy chodnika? Na ul. Kąty Grodziskie, na Głębockiej w Warszawie, czy w Choszczówce pewnie długo nie będzie sensownego asfaltu.

Budżet nie jest z gumy, ale z drugiej strony ostatnio, jak wiemy, w Warszawie nie wydaje się nawet środków już przeznaczonych na inwestycje. Na Białołęce przez rok nie działał zarząd – tak się kłócili, że nie było wiadomo, kto ma większość, kto się podpisuje pod decyzjami. I mówimy o dzielnicy, w której zarządzaniu ogromny udział mają te tzw. stowarzyszenia. Pozwalamy sobie na to, by przez rok gmina działała bardzo ułomnie, a potem się dziwimy, że nie mamy ulic.

Kłopot w tym, że prezesa można wyrzucić, a radnego nie. Według mnie powinno być tak, że zbiera się np. 1/3 podpisów
i ogłasza nowe wybory w dzielnicy.

Sporym sukcesem była akcja informacyjna związana z gazociągiem i przyszłym zagospodarowaniem Kanału Żerańskiego.

Tak, bo nawet Ci, którym ten gazociąg miał być przeprowadzony dosłownie pod oknem, nie mieli o nim pojęcia. Po naszej akcji na spotkanie w ratuszu przyszło ok. 300 osób.

Staramy się nie wchodzić w konflikty z zarządcami dzielnicy, ale informujemy o tym, co się dzieje. Celem jest to, by ludzie zaczęli się interesować tym, co się dzieje wokół nich. Tylko wówczas będą mogli mieć realny wpływ na kształtowanie swojego otoczenia, np. na przebieg linii metra.

Czego Ci życzyć?

Może życzmy nam wszystkim mądrego zarządzania Warszawą.


„Nasze Czasopismo” nr 11/2017
fot. Piotr Olczak