Społeczeństwo

GRA ORKIESTRA!

– Na co w tym roku zbieramy?

– W tym roku będziemy zbierali pieniądze dla wyrównania szans w ratowaniu życia noworodków, czyli chodzi o to, aby oddziały noworodkowe pierwszego stopnia – te najprostsze, te które najczęściej przyjmują dzieci tuż po porodzie, miały taki sprzęt, który będzie gwarantował, że w razie jakiejś sytuacji podbramkowej będzie można natychmiast przystąpić do ratowania noworodka, zanim przyjedzie specjalistyczna karetka, zanim będzie zorganizowana pomoc, która będzie kontynuowana już w specjalistycznym oddziale drugiego czy trzeciego stopnia.

– Czy personel będzie umiał obsłużyć taki sprzęt?

– Tak, pozwalają na to ogromne kwalifikacje personelu medycznego w Polsce. Lekarze i pielęgniarki potrafią takie urządzenia obsługiwać, wiedzą, o co chodzi.

– Czyli chodzi o wyścig z czasem. Jaka jest skala tego zjawiska?

– Jak ciąża u kobiety przebiega z powikłaniami, to od razu kierowana jest na oddział patologii i tam wszystko czeka w pogotowiu. Ale coraz częściej zdarza się, że bez wcześniejszej diagnozy powikłań poród jednak później okazuje się skomplikowany. No i cel Finału ma osiągnąć to, żeby jak najszybciej, jak najskuteczniej ratować to życie.

– A poza sprzętem, na co jeszcze zbieramy?

– Oczywiście w Finale pochylamy się nad naszymi programami medycznymi, które funkcjonują przez cały rok, każdego dnia, oraz nad naszymi programami edukacyjnymi takimi jak nauka pierwszej pomocy. Finał to także okazja, aby mówić o naszych akcjach, w których chodzi o zmienianie rzeczywistości w polskich szpitalach. Teraz mówimy na przykład o zakupie leżanek dla rodziców, którzy są na oddziałach pediatrycznych razem ze swoimi dziećmi.

– Pamiętam, że kiedy nasza córeczka zachorowała, nie pozwolono nam być w szpitalu z nią, mimo że jeszcze była dokarmiana przez żonę piersią…

– Nadal jest to ogromny problem w Polsce, ogromny. Rodzice po prostu czują się ze szpitala przeganiani. Same szpitale też mają z tym kłopot, rodzice śpią w jakichś koszmarnych warunkach, a ich obecność generuje koszty. Próbujemy to rozwiązać razem ze szpitalami. Nie chcemy się z nikim boksować, natomiast chcemy, by te dzieciaki miały obok siebie bliskich, żeby to nie przeszkadzało w funkcjonowaniu placówek, ale żeby ci rodzice mogli potem spędzić noc na czymś, co nie urąga żadnym standardom.

Małe dzieci przeżywają stres szpitalny, tym bardziej pozbawione rodziców na czas pobytu…

– Obecność rodzica pomaga funkcjonować dzieciom w bardzo ciężkich warunkach szpitalnych. Jednym słowem, Finał to okazja do podsumowania mnóstwa takich naszych codziennych działań, o których mówimy w trakcie całego roku…

– Ale na seniorów też zbieramy, jak rozumiem?

– Nie! W tym roku właśnie na naszej liście nie występują seniorzy. Nie występują, ponieważ po pięciu latach pan minister Radziwiłł wyrzucił geriatrię z systemy tzw. „sieci szpitali”. Pan prezydent podpisał się pod ustawą, a zatem jest to już funkcjonujące prawo, co my uważamy za absolutnie skandaliczną sytuację!

– Społeczeństwo się starzeje i jest pozostawiane samo sobie…

– W tej sprawie spotkaliśmy się wczesnym latem z panem ministrem zdrowia, ale nie zdołaliśmy w żaden sposób przekonać go, aby geriatria była nadal chroniona przepisami regulującymi pieniądze dla szpitali. Szpital dostaje pieniądze i to on będzie decydował, czy oddział geriatryczny, oddział dla ludzi w podeszłym wieku będzie nadal miał to samo wsparcie finansowe. Nie ma dziś żadnej gwarancji.

– Czym grozi potraktowanie geriatrii w reformie szpitalnictwa jako zbędnej?

– My obawiamy się, że zmarnuje się sprzęt o wartości ponad stu milionów złotych, bo za tyle pieniędzy kupiliśmy w ciągu pięciu lat urządzenia dla godnej opieki seniorów. Geriatria straci tę moc osobnej dziedziny w leczeniu. Miały to być oddziały, gdzie pacjent jest zapraszany na – mówiąc kolokwialnie – „przegląd”. Aby mu ustawić właściwe leczenie dzięki wszechstronnej diagnostyce i to leczenie kontynuowane jest w domu.

– Czy to możliwe, że oddziały geriatryczne, pomimo rosnącej liczby pacjentów, zostaną zamknięte?!

– Boimy się, że te kilka tysięcy łóżek, kilka tysięcy wysokospecjalistycznych urządzeń będzie służyło rutynie codzienności, a nie właściwym adresatom. A więc pacjent z ulicy, dużo młodszy od tego w podeszłym wieku, zajmie to miejsce do tej pory zagwarantowane dla seniora, bo takie będą doraźne potrzeby.

– Czyżby ludzie w podeszłym wieku nie zgłaszali się na leczenie?

– Ludzie w podeszłym wieku mają przeogromny problem w ogóle z dostaniem się do szpitala. W związku z tym nie liczą nawet na luksus, że ktoś jeszcze będzie się zajmował spokojnie ich leczeniem. Tego się boimy, dlatego wstrzymaliśmy się w tym roku z kontynuacją programu. Chcemy się przyjrzeć, jak te nowe regulacje będą działały. Radziwiłł zapewniał nas, że nic się nie zmieni, ale my widzimy już dwa lata rządów pana Radziwiłła…

– I co? „Zmniejszyły się kolejki”?!

– Nie zmniejszyły się kolejki, wręcz przeciwnie. Obawiamy się więc, co z tego wyniknie, więc wstrzymaliśmy po raz pierwszy hasło, że zbieramy na seniorów.

– Kiedy zaczęła się nagonka na Orkiestrę? Od samego początku była, czy dopiero w ostatnich latach się nasiliła?

– Jak tak przyjrzeć się naszej historii, to był to już trzeci Finał – wtedy po raz pierwszy ktoś rzucił hasło, że skoro tytuł programu „Róbta, co chceta” jest naszą filozofią, to zobaczycie, jak to wszystko się spali i zburzy! A gość, który to propaguje, okaże się lawirantem i malwersantem! To było podczas trzeciego finału, czyli można powiedzieć 23 lata temu. Po raz pierwszy zaczęto wtedy coś bzdurzyć. A później, z roku na rok dochodziły różne rzeczy…

– Wszyscy pamiętamy, bo razem to przeżywaliśmy… Ale czy to się nasila?

– Dzisiaj nie ma już programu „Róbta, co chceta” a my nadal robimy swoje i to dobrze. Wielu mówi, że zwalcza nas obecna władza, a tu akurat niekoniecznie. Czynniki rządowe nie pomagają, ale też nie przeszkadzają. Można powiedzieć, że od trzech lat nie mamy takiego hejtu, jaki wcześniej bywał, jaki dotykał nas, pod różnymi kosmicznymi pretekstami ze strony, która miała do nas różne pretensje. Od dwóch lat to my przypominamy, że organy państwowe albo publiczne nieraz mają obowiązek uczestnictwa w tego rodzaju akcjach, a nie uczestniczą.

– Ignorują!

– Ale dajemy radę! Nie przeszkadzają, a to najważniejsze. Nikt nie przychodzi i nie mówi, że tego dnia nie można grać na ulicy, bo ktoś wysyła taki komunikat. Jesteśmy więc na takim etapie dla nas bardzo dobrym. Budujemy Orkiestrę, robimy ją spokojnie. Oczekujemy od ludzi, żeby do nas dojechali, zrobili sobie identyfikator. Żeby potem wrócili do swojego miasta, miasteczka, do swojej wsi. I żeby przez te kilka, kilkanaście godzin byli razem z nami.

– Czyli nie jest tak źle, jak by się mogło wydawać!

– Od tej strony muszę Ci powiedzieć, że bywały lata, kiedy boksowaliśmy się bardziej, nawet przy innej opcji politycznej u władzy… Był boks, jakiś szalony king się unosił, mówił coś makabrycznego i zaczynała się dyskusja. Teraz – nie! Teraz spokojnie organizujemy nasze Finały, cieszymy się, że w tak wielu miejscach na świecie gramy…

– Wbrew nastrojom?

– Paradoksalnie można powiedzieć, że im więcej jakichś czarnych chmur się zbiera nad Polską, tym Orkiestra gra jeszcze spokojniej, z jeszcze większą energią, werwą, i myślę, że to da dobry rezultat.

– W ubiegłym roku pobiliśmy wielki rekord podczas jubileuszu, a w tym roku?

– Tak, 105 milionów, poprzeczka poszła bardzo do góry. Czy możemy o tym myśleć w tym roku? Wszystko może się zdarzyć. Ale ja często mówię ludziom, że jeżeli nie zbierzemy 105, a 95 milionów, to czy ma to oznaczać klęskę? Gdybyśmy zebrali 5 milionów, to będzie to kryzys i pojawi się pytanie, dlaczego tak się stało. Ale sam fakt, że gramy, to już jest sukces! Samo to, że się znowu zbieramy do kupy, że tyle sztabów na całym świecie…

– Myślałeś, że to się tak rozwinie ćwierć wieku temu, kiedy zaczynałeś?

– 25 lat temu to było w ogóle nie do pomyślenia, nikomu to do głowy nie przyszło! Wiedzieliśmy, że gra Polonia w Chicago, w Nowym Yorku, ale jakoś nie czuliśmy, że kiedyś będzie grała Polonia w Nowej Zelandii, w Australii, w Japonii, w Gruzji, i tak dalej… A to się teraz dzieje na naszych oczach! I to też jest takim niesamowitym fenomenem, z którego się bardzo cieszymy.

– Jak się układa współpraca z TVN-em? Odetchnąłeś z ulgą, że to już nie jest telewizja publiczna?

– Żeby nie zabrzmiało to jako jakiekolwiek boksowanie się z telewizją publiczną, która to razem z nami stworzyła i z którą współpraca była dla nas także frajdą, ale i dla twórców i ludzi, tych w środku pracujących, to TVN jest taką na wskroś inaczej myślącą telewizją.

– Na czym polega ta różnica?

– Jest to telewizja, która nigdy nie była obudowana takim ogromnym zapleczem, jak to ma miejsce w Telewizji Polskiej i w jej wszystkich regionalnych „telewizorniach” – to są poważne instytucje, poważne budynki, które trzeba ogrzać, w których pracują ogromne gromady ludzi, a wszystko jest obudowane gigantycznymi procedurami. Należałoby robić dużo dobrego programu, żeby to się bilansowało… I ktoś to powinien policzyć.

– A obecny wasz patron medialny?

– Jest to telewizja, która nie opuszcza żadnego naszego newsa na nasz temat, a my także wiemy, jak te newsy dzielić, żeby nie kazać im być wszędzie i zawsze. A więc zawsze są w tych ważnych momentach w ciągu roku, gdzie często nie mogliśmy się doprosić nigdy nikogo z Telewizji Polskiej… Zapraszaliśmy – „przyjedźcie, tu jest ważne rozliczenie, pokażemy zakupione urządzenie, bardzo drogie, które gdzieś w Polsce będziemy instalowali, kupione właśnie za pieniądze społeczne”.

– Nie byli zainteresowani?

– Mieli z tym kłopot! Rzadko do nas dojeżdżali. TVN za to jest praktycznie zawsze. My zawiadamiamy, TVN słucha, bo szuka newsa. I zdajemy sobie sprawę, że dzięki temu mamy bardzo dobry odbiór Fundacji. TVN też na tym zyskuje wizerunkowo, bo to na tym polega. Telewizja Polska też robiła dobry biznes na Orkiestrze, bo więcej dostawała w reklamach, niż wydawała na Finał. Myśmy do tego byli dobrze przygotowani i mocno się nad tym pochylaliśmy i przez parę lat bilans był pozytywny w pozyskiwanych pieniądzach wobec tych, które się konkretnie wydało w czasie transmisji.

– Czyli dobrze wam się współpracuje?

– Tak, z szefem TVN, Amerykaninem, panem Jimem Samplesem, spotkałem się po Finale. Był pod ogromnym wrażeniem. Miał identyfikator, ale dostał przez omyłkę taki, że nie wszędzie mógł wejść i pochwalił mnie potem za to, że wszystko szczelnie działało. Wszystko stykało, jednego, czego zabrakło, to jakiegoś okienka w jego identyfikatorze. I powiedział: „Odebrałem, że to bardzo profesjonalne! Wiecie, co robicie.” Widziałem go po Finale i kolejny raz później na meczu TVN – Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Spotykamy się okazjonalnie.

– Rozumiem, że macie dobre relacje?

– Nie musimy budować jakichś pałacowych relacji, że trzeba być widocznym w korytarzach tego czy innego gmachu… Tutaj trzeba klepnąć, przywitać się. Bardzo konkretnie rozmawiamy o tym, co nas czeka, co zrealizować, jak to będzie wyglądało, ile minut i na jakich kanałach będziemy pokazywani. I tak to funkcjonuje. Ja jestem bardzo zadowolony.

– Zatem epoka WOŚP w TVP skończyła się definitywnie?

– Telewizja Polska nie przyjmuje ode mnie żadnej korespondencji, nawet tej, w której piszę słowo „skarga” – oficjalnie, urzędowo, w której staram się zadać jakieś pytanie… A jest to przecież instytucja państwowa, publiczna i jej obowiązkiem jest odpowiadanie na takie pytania. My też mamy obowiązek odpowiadać obywatelom na różne pytania i to robimy. Nieraz to zajmuje piekielnie dużo czasu, ale prawo jest po stronie obywatela. Telewizja z trudem przyjmuje taką opcję. Trudno.

– Może obywatele jej nie interesują?

– Dzisiaj jest taki ogromny rozdział między mediami. Kiedyś media obserwowały dość obiektywnie to, co się u nas działo, jedne szybciej, inne wolniej, ale nigdy nie było tak diametralnie rożnego postrzegania rzeczywistości. Dzisiaj to ma miejsce.

– Kreuje się alternatywną rzeczywistość?

– Myślę, że dla mediów może to jest i dobre, bo tak bardzo zróżnicowało przekaz, że wymaga od widza większej uwagi na to wszystko, i wyrobienia zdania. Powiedzenia sobie: „Trzeba odcedzić tę wiadomość i ją zrozumieć”…

– Ale najważniejsze, że z obecną telewizją nie ma kłopotów.

– Dobrze nam się pracuje. To jest nadal duży nadawca telewizyjny. Pokazano nam słupki oglądalności z zeszłego roku i TVN jest bardzo zadowolony z Finału. To jest stacja komercyjna, liczą się z każdą minutą transmisji. Tutaj nie ma „nic za darmo”, ale trzeba też powiedzieć, że tak samo dajemy dużo tej telewizji. Mówiąc twardo, gdyby nikt Finału nie oglądał, telewizja też by nie była takim partnerem. Idzie dobrze.

– Czy myślisz o innych dodatkowych kanałach przekazu?

– Dzisiaj, jak sam wiesz, internet rządzi. I dziś, na kilka tygodni przed zbiórką, to internet już prowadzi Finał. 40% wszystkich komunikatów, adresowanych do ludzi, dzięki którym wpłacane są też pieniądze, było wysyłanych przez internet: „Skąd dowiedziałeś się o zbiórce? Z internetu!” 40 procent! To już nie jest 4%, a z roku na rok ten odsetek się zwiększa. Za moment może się okazać, że telewizja będzie miłym ozdobnikiem, a to internet będzie rządził, zwłaszcza wśród tych, którzy przebywają za granicą, bo gramy na całym świecie. I tu internet będzie wytyczał standardy robienia finałowej relacji.

– Wieszczysz schyłek tradycyjnych mediów?

– Myślę, że to, co my robimy, jest idealne dla internetu. Transmisja niemalże telefonem, emocje. Od pojedynczych, prywatnych po te, które można przekazywać za pomocą profesjonalnych kamer… My to robimy zresztą od wielu lat, chociażby na Woodstocku. Wrzucamy do internetu przekaz telewizyjny, który sami realizujemy. Dzisiaj te technologie są ogólnodostępne. Kiedyś kamera Beta była osiągalna tylko dla dużych firm, które miały duże pieniądze. Dzisiaj „cyfra” to jest już po prostu przedszkole. Więc to też się bardzo zmienia.

– Czy wykonawcy, kapele, walą do was drzwiami i oknami, żeby występować na finałach, na Woodstocku, czy też zdarzyły się wypadki, żeby ktoś odmówił?

– W Warszawie wszyscy chcą zagrać – to inna sprawa. Nie mamy żadnych z tym problemów. Jestem mile zdziwiony, kiedy czytam, że Big Cyc będą grali w Niemczech, tak samo Czarno-Czarni, Organek chyba w Anglii. Nie chodzi o to, że kogoś mocno namawiamy, bardziej śledzimy informacje o tym, bo to się dzieje samoistnie. W Warszawie każdy by chciał zagrać, a koncert pod Pałacem Kultury nie jest z gumy. TVN też prosi, abyśmy wzięli pod uwagę ich widza, żeby to nie była tylko określona muzyka, klimatycznie związana z tym, co robimy chociażby na Woodstocku.

– A jaka tam muzyka dominuje?

– Na Woodstocku mamy siedemset zgłoszeń polskich zespołów, które chcą zagrać! Mamy dzisiaj cztery sceny i te cztery sceny staramy się rozdzielić: na dużej scenie już zdecydowana większość zespołów gra ze świata, w związku z czym taki koncert Heya, czy koncert jubileuszowy Wilków jest koncertem benefisowym, zilustrowanym kilkusettysięczną publicznością, wydanym potem na płytach. To już jest widowisko.

– Skąd się biorą chętni z zagranicy?

– Rynek europejski dobrze rozpoznaje nasz festiwal, więc kapele się chętnie zgłaszają. Tym bardziej, że zdobyliśmy bardzo ważną nagrodę dużego portalu muzycznego Music Festival Wizard, który oceniał siedemset festiwali w kategoriach „Ameryka Północna”, „Europa”, „Wielka Brytania”. Przystanek Woodstock znalazł się na trzecim miejscu (po Lollapalooza – to są festiwale pod jedną nazwą, ale w różnych miejscach, w Europie i w Ameryce. Tam występują topowe gwiazdy) w tym rankingu w kategorii festiwale Europejskie i na pierwszym miejscu wśród festiwali organizowanych w Europie Środkowej.

– Gratuluję!

– Jesteśmy na trzecim miejscu, a w Europie Środkowej, jak zaznaczono, mamy wiodące pierwsze miejsce! To miło dla nas brzmi. Open’er Festival w Gdyni jest też w tym rankingu, na drugim miejscu, bardzo dobry polski festiwal. To jest takie podkreślenie, że festiwal został zauważony, a na końcu to już idzie w management: ludzie zaczynają się pytać o ten nasz festiwal! Są zdziwieni, że nie ma biletów, w związku z tym i budżet jest zupełnie inny.

– I są tacy, którzy chcą wystąpić na imprezie niebiletowanej?!

Niektórzy rezygnują, mówią: „Nie, albo dostaniemy pieniądze, albo szukamy czegoś innego”. Ale są tacy, którzy mówią: „Wow! Wartością jest ta wielka publiczność, warto się nad tym pochylić!” Nie, tutaj nie mamy żadnych kłopotów. Są zasady, o których głośno mówimy. Na Finale gramy tak, że zespół nie bierze honorarium, otrzymuje jedynie podstawowy zwrot kosztów podróży. I ten zwyczaj się doskonale ukształtował w sposób umowny, sensowny. Tam nie ma żadnych nadużyć.

– Jesteście wyrozumiali dla tych, którzy nie chcą występować gratisowo?

– Ludzie, którzy tego nie akceptują, też wiedzą o tym, że my nikogo nie krytykujemy za to, że ktoś nie chce zagrać, bo uważa, że powinien dostać honorarium. Nie boksujemy się z nikim, grzecznie mówimy: „Dobra, szukamy dalej!” A Festiwal ciągle istnieje i cieszymy się, że różnorodność muzyczna ciągle jest jak w kole zamachowym, od muzyki rock’n’roll’owej, hardrockowej, poprzez disco polo, kończąc na muzyce ludowej, jazzowej, wszystko to ma miejsce teraz u nas, w Finale.

– Disco polo też?!

– Ależ oczywiście! Disco polo grane jest często! Mamy 1700 sztabów, kilkadziesiąt sztabów, które grają na całym świecie. Robią mniejsze lub większe koncerty. My się w ogóle w to nie wtrącamy. Nagle się okazuje, że lokalną muzyką małego miasteczka, wioski, dla Domu Kultury, jest coś, co się wszystkim najbardziej podoba. Takim czymś może być disco polo. To nie jest jednak tak, że mamy wielkie gwiazdy disco polo, które pukają do naszych drzwi.

– Ale to chyba nie w twoim guście?!

– To nie jest muzyka, nad którą ja się pochylam, i nie mam problemu, żeby komuś powiedzieć: „Sorry! No, nie bardzo mamy ochotę pod Pałacem Kultury słuchać disco polo”. Nie bardzo chcemy i chyba nigdy jej nie usłyszymy. Ale nie negujemy tego! Jeżeli ktoś chce organizować koncert i to będzie muzyka Indian, Hardcore, czy to będzie Disco polo – każda muzyka gra dla Orkiestry i absolutnie to szanujemy!

– Chciałem jeszcze spytać o Twoje wystąpienie na zakończenie Przystanku, jak to się skończyło? Policjant oskarżył cię, że powiedziałeś wulgaryzm publicznie, ze sceny…

– Skończyło się wyrokiem sądu w Słubicach, z którym się zgodziłem. Absolutnie nie protestuję. Dostałem 130 złotych kary za użycie wulgaryzmu i nagana. To nie jest w kategorii przestępstwa tylko wykroczenia. Wyrok nie ma żadnego wpływu na dalsze moje losy.

– Czy to ważny incydent? Gazety się o nim rozpisywały…

– To bardzo ważny wyrok, z którym nie dyskutuję, ponieważ ten wyrok zapadł półtora miesiąca temu i od tego czasu byłem świadkiem wielokrotnego łamania tak postrzeganego przez gorliwego policjanta i panią sędzię prawa. Wielokrotnie słyszałem w debatach politycznych słowa, które można by uznać za słowa nienawistne, za słowa nieprzyzwoite. Nie mówiąc o tym, że w kinie, w telewizji, w muzyce, to już jest powszechność. I dobrze, że taki wyrok zapadł, że go masz. Mówisz sobie: „Ok, zobaczymy, w którą to stronę pójdzie!”

– Czyli dzięki temu można walczyć z wulgaryzacją języka w publicznej debacie?

– Zawsze możesz powiedzieć, na przykład pani poseł Iksińskiej, która wyzywa wszystkich dookoła: „Proszę uważać! Proszę mieć to na uwadze! Za takie zachowanie zostałem skazany!”. Nigdzie nie jest powiedziane, że nad tą panią, nad tym panem, jest jakaś czapka ochronna. Rzeczywistość może się okazać surowa i taki wyrok nagle znów gdzieś zapadnie. Zgadzam się wręcz z panią sędzią, że musimy zmienić poziom dyskusji, zwłaszcza w mowie publicznej.

– Próbowałeś się bronić?

– Próbowałem przedstawiać im to, o czym mówiłem i w jakiej konwencji. Wydaje mi się, że moje słowa nie były słowami nienawiści. Były słowami podkreślającymi coś wręcz przeciwnego. Rozmawiajmy ze sobą po ludzku, bądźmy ze sobą, łączmy się, nie zgadzajmy się na niesprawiedliwe oceny wobec samych siebie. Taki był sens moich słów. Sędzia uznała inaczej. Wziąłem wyrok na klatę, właśnie przyszło zawiadomienie, że te 130 zł mam wpłacić. I wpłacę. I cierpliwie czekam na kolejny moment, w którym będzie można kogoś oskarżyć o użycie nieprzyzwoitych słów, powołując się na precedens – wyrok, który zapadł w stosunku do mnie.

– Bardzo dziękuję, że mimo tak napiętego kalendarza poświęciłeś mi tyle czasu. Życzę kolejnego wielkiego sukcesu w Finale Orkiestry!

– Bardzo dziękuję wszystkim Czytelnikom, przede wszystkim tym, którzy są razem z nami, zwłaszcza teraz… Bo po 25 latach Orkiestra pokazuje nadal, jak bardzo jednoczy, łączy ludzi. 26 lat temu wydawało się, że takie problemy są nam odległe. Pokonywaliśmy różne trudności, które przy tych dzisiejszych kłopotach, czy przy dzisiejszej rzeczywistości życia publicznego, obywatelskiego, przy tworzeniu wspólnego dobra, jakim jest Polska, jawią się jak taki „pikuś”, coś nieistotnego. Dzisiaj mamy o wiele większe problemy z wieloma sprawami. I dziękuję tym wszystkim, którzy są z nami, którzy to wręcz podkreślają pod naszymi fejsbukowymi, internetowymi relacjami. Dziękuję że tak dobrze nas oceniają. Mówią: „Łączycie!”, a na końcu – „Orkiestra uratowała życie mojego dziecka!” Bardzo za to dziękujemy, i – jak to ktoś napisał do mnie w Nowy Rok – „Niech się Państwu szczęści w każdej części, i niech w biedzie też się wiedzie!”

Przemysław Wiszniewski


„Nasze Czasopismo” nr 02/2018
fot. Łukasz Widziszowski