Historia

MAM OCHOTĘ WYJECHAĆ NA ŚWIĘTA

Gdy ubrani w czerwoną czapkę z białym pomponem rozpakowujemy prezenty pod choinką, na której powiesiliśmy wcześniej bombki i łańcuchy, raczej nie zastanawiamy się, skąd wzięły się te symbole.

Michał Dworzyński

 

Święta to okres w roku, kiedy mam ochotę wyjechać. To czas, kiedy w telewizji od 20 lat leci to samo, kiedy sklepy zamieniają się w świątynie, a w radiu non stop słychać kolędy. Kraj przez miesiąc normalnie nie funkcjonuje. Przynajmniej w Wigilię można się najeść pysznych potraw. Obchodząc Boże Narodzenie kultywujemy tradycje, o których większość z nas nie ma zielonego pojęcia.

Choinka im będzie okazalsza, tym lepiej – świąteczne drzewko ma bardzo długą historię. Pierwsze pojawiły się u progu renesansu, kiedy to kończyło się średniowiecze. Za pierwszą choinkę uchodzi ta, która została ustawiona w Strasburgu w 1492 r, co skrupulatnie odnotowano w pozostawionych
w katedrze księgach rachunkowych. Zakupione wtedy jodły zostały dostarczone do dziewięciu kościołów w tym mieście.

W Polsce pierwsze choinki zaczęły pojawiać się na przełomie XVIII i XIX wieku. Zyskały szybko bardzo dużą aprobatę,
a współcześnie nie wyobrażamy sobie bez nich świąt.

Co jednak na tej choince powinno wisieć? Przede wszystkim bombki, które są symbolem owocu biblijnego. W kościele rzymskokatolickim dzień 24 grudnia jest poświęcony Adamowi i Ewie, którzy do dziś obchodzą tego dnia imieniny. Kolejną nieodzowną ozdobą są łańcuchy, symbolizujące biblijnego węża. Dalej światełka, które oznaczają nadzieję, że Bóg się narodził. Gwiazda na czubku choinki to w końcu nawiązanie do gwiazdy betlejemskiej.

Choinka jest jedną z najstarszych tradycji świątecznych. Ma przeszło 500 lat, a święta Bożego Narodzenia podobno obchodzimy od roku 330 naszej ery. Przed erą choinki przygotowywano inne ozdoby roślinne. Jednak bardziej przypominały one stroiki, które do dziś możemy podziwiać na drzwiach w krajach anglosaskich.

Przy okazji zwyczajów anglosaskich warto wspomnieć, skąd się wzięły czerwono-białe cukrowe laski do ssania. Wywodzą się z Anglii, a wszystko zaczęło się od urządzanych w kościołach przedstawień świątecznych dla dzieci. Maluchy, jak to mają w zwyczaju, nie siedziały na nich bez słowa. Aby więc zapobiec zakłócaniu widowisk zbyt głośnymi rozmowami, wymyślono, że każde z nich dostanie laseczkę z cukru, którą będzie sobie cichutko ssało.

Kolejną tradycją jest to, że grzeczne dzieci dostają prezenty od świętego Mikołaja. Ktoś kiedyś chciał mi wmówić, że Mikołaj to biskup. Był wprawdzie, na przełomie III i IV wieku, taki biskup Miry (dzisiejsza Riwiera Turecka), który cały majątek rozdał biednym i dlatego został pierwowzorem postaci przynoszącej dzieciom prezenty. Ale kto dziś pamięta o dostojnym starcu w infule i z pastorałem, który w dodatku oprócz prezentów miał rózgi dla niegrzecznych dzieci? Chyba tylko producenci mikołajów z czekolady…

Dla mnie jest tylko jeden prawdziwy, ten ubrany w czerwony strój. Skąd się wziął nasz poczciwy grubasek? Ano z reklam pewnego niezwykle popularnego napoju gazowanego, który też kojarzy nam się z czerwienią. Pojawił się on w reklamach owego napoju po raz pierwszy w 1931 roku.

Mi on zwykle przynosi jakąś dobrą wódkę. Którą z rozkoszą spożyję na sylwestra. Ale czemu właściwie świętujemy fakt, że dni w kalendarzu się skończyły? Otóż ludzie w roku 999 naszej ery spodziewali się, że za chwilę nastąpi koniec świata. Tak się jednak oczywiście nie stało, dlatego zaczęli świętować – i tak już pozostało do dziś.

Chciałbym wszystkim Czytelnikom życzyć wesołych, pełnych obżarstwa i pijaństwa świąt oraz szczęśliwego nowego roku.


„Nasze Czasopismo” nr 01/2018
fot. pixaby.com