Felieton

SZTUKA DEKONSTRUKCJI

Postanowiłem odwiedzić warszawskie Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski mając nadzieję, że może wreszcie uda mi się tam obejrzeć jakąś porywającą wystawę.

Głodny artystycznych przeżyć, udałem się do wspomnianego przybytku w czwartkowy wieczór (to jedyny dzień w tygodniu, gdy można wejść za darmo – w minionych latach płaciłem za bilety, bo jako artysta czułem solidarność z artystami, dopóki nie trafiłem na kilkanaście ekspozycji z rzędu, które były tak denne, że odwiedzającym powinno się płacić za ich zmarnowany czas). Czwartek (a więc mały piątek, czyli nastrój prawie weekendowy), wieczór, pogoda pod psem, bilety gratis, spodziewałem się więc, że świątynia sztuki oblężona będzie przez tłum złaknionych artystycznych wojaży koneserów. Myliłem się. Obsługa była w przytłaczającej przewadze nad zwiedzającymi, co jest akurat dobre, bo w przypadku zawiedzionego ekspozycją i w związku z tym awanturującego się estety, można go łatwo obezwładnić i wyrzucić na zbity pysk.

Przez godzinę biegałem po salach (niczym reprezentant Narodu Wybranego po pustym sklepie), szukając choćby marnego odprysku sztuki pisanej przez nieco większe „s”. Nie znalazłem nic, co by mnie rzuciło na kolana; jedynym ciekawszym obiektem było małe pomieszczenie ze sztuczną mgłą (nie smoleńską, lecz teatralną), w którym można było chodzić po omacku; jednak ten „eksponat” bardziej by pasował do leżącej na trasie Warszawa – Lublin Farmy Iluzji, gdzie obok „domu na dachu” są huśtawki, labirynty i inne jarmarczne atrakcje.

Po wizycie nasunął mi się jedyny wniosek, że tzw. artyści (a i kuratorzy wystawy) powinni w trybie pilnym udać się po pomoc do specjalisty i zacząć brać jakieś proszki albo zmienić te, co biorą, na bardziej właściwe, bo nękająca ich dolegliwość wyniszcza nie tylko ich samych, ale też jest szkodliwa społecznie.

Pomyślałby ktoś, że nie mam wystarczających kulturalnych kompetencji, by zrozumieć „artystyczne” przesłanie. Chyba jednak mam, bo ostatnio rozsmakowywałem się w wystawach, które oglądałem w Berlinie, Brukseli, Bonn i Bilbao (by wymienić tylko miasta na literę „b”). A skoro tamtejsze ekspozycje mnie zachwyciły, to znaczy, że w Zamku Ujazdowskim po raz kolejny trafiłem na „artystyczny” bełkot. Jestem wielkim admiratorem sztuki nowoczesnej i z pełną odpowiedzialnością twierdzę, że CSW ma z ową sztuką tyleż wspólnego, co potańcówki w remizie strażackiej z brazylijską szkołą samby.

Upadek CSW zaczął się dawno temu. W minionych latach nie trafiłem tam na następców Dalego, Ernsta, Warhola, Beksińskiego, Młodożeńca czy Banksy’ego. Znalazłem natomiast mnóstwo miernoty, której kuratorzy rozpaczliwie starali się przykleić etykietkę sztuki dekonstruktywistycznej. Czy więc jesteśmy tak mało zdolni, że europejskie, często prowincjonalne galerie potrafią bez wysiłku przebić naszych „wybitnych artystów”, czy może ci zdolniejsi nie są dopuszczani przez niezdolnych, za to mających silniejsze łokcie kolegów?

Żadne muzeum w cywilizowanym świecie nie świeci takimi pustkami jak CSW. Jakiż tupet musi mieć dyrekcja, która – dysponując ogromnymi dotacjami – ustawia w muzealnych salach rupiecie ściągnięte z okolicznych śmietników i dorabia do tego pompatyczną ideologię? Gdybyśmy mieli stalinizm, szefostwo CSW dostałoby wyrok za marnotrawienie publicznych pieniędzy i resztę życia spędziłoby w łagrze.

Nieprawdą jest, że polska kultura jest marnie finansowana. Pieniądze są, ale fatalnie wydawane, trwonione lub rozkradane. Dofinansowanie dostają „poprawni politycznie” lub krewni i znajomi królika, którzy często „produkują” szmiry, deprecjonując konstruowaną przez minione dziesięciolecia polską kulturę. Marnotrawstwo dotyczy nie tylko muzeów, galerii, teatrów czy filmu, ale każdej przestrzeni, która kojarzy się ze słowem: kultura.

Przypadek Centrum Sztuki Współczesnej jest tylko jednym z przykładów marnotrawionych, a pochodzących z naszych podatków pieniędzy. Nie zdziwię się więc, jeśli obecnie rządzący zaczną rozliczać kolejnych szefów wspomnianego przybytku. I mimo iż „kaczyści” doprowadzają mnie do szału, będę ostatnim, który pójdzie protestować, kiedy CSW (Centrum Sztuki Współczesnej) zmieni w… CSW (Centrum Sztuki Wojennej – lub coś w tym guście). Jest mi wszystko jedno, czy w Zamku Ujazdowskim będzie się eksponować śmiecie czy portrety gierojów endecji i Kościoła katolickiego, bo nie zamierzam tam bywać.

A może lepiej by się stało, gdyby obiekt ten przerobić na dom samotnej matki lub noclegownię dla bezdomnych? Przynajmniej byłaby z tego wymierna, społeczna korzyść.

Jerzy Andrzej Masłowski


„Nasze Czasopismo” nr 01/2018