Kultura

ZAGUBIENI W MUZYCZNEJ NIESKOŃCZONOŚCI

Współczesny miłośnik muzyki stoi dziś w obliczu nieprzebranych zasobów utworów w najróżniejszych wykonaniach, aranżacjach i interpretacjach. Na szczęście nie ma obowiązku, aby znać całą muzykę świata.

Anna Schwerin

 

Dawno temu jako studentka muzykologii byłam pewna, że o muzyce wiem wszystko. Złudzenie to pękło jak bańka mydlana pod wpływem jednego pytania niemieckiego ortopedy (w wolnych chwilach altowiolisty kwartetu lekarzy różnych specjalności) – o moje zdanie na temat twórczości Juliusa Weismanna (1879–1950). Nigdy nie zapomnę ani zdziwienia doktora, gdy niefrasobliwe przyznałam się do niewiedzy, ani przesyłki pocztowej z pieśniami na głos i fortepian tegoż kompozytora, która nadeszła kilka dni po rozmowie. Doktor – muzyk w ten sposób postanowił uzupełnić luki w moich kompetencjach, które „zawodowcowi” chluby nie przynoszą.

Dzisiaj wiem, że nie ma na świecie i najprawdopodobniej nigdy nie będzie osoby, która mogłaby się pochwalić znajomością całej literatury muzycznej od zarania dziejów do współczesności. Bogactwo muzycznych zasobów świata przyrasta bowiem w tempie geometrycznym.

Przyczyna jest prozaiczna – upowszechnienie nowych metod zapisywania dźwięku. Gdy pod koniec XX wieku wytwórnie fonograficzne przepisały swoje analogowe archiwa na tzw. cyfrę i dokonały rekonstrukcji pierwszych w historii nagrań muzycznych, zorientowały się, że najpopularniejsze, należące do tzw. żelaznego repertuaru koncertowego, utwory są wielokrotnie nagrane, a rynek jest nimi przesycony.

Jednocześnie pojawiły się nowe wyzwania. Brak kompletnych nagrań utworów poszczególnych kompozytorów wywołał modę na nagrywanie przez wybitnych wykonawców wszystkiego, co się zachowało. Na pierwszy ogień poszli giganci – Jan Sebastian Bach (1685 –1750) i Wolfgang Amadeusz Mozart (1756 –1791). Pomysł się sprawdził i jest kontynuowany.

Kolejną ścieżkę w uzupełnianiu wiedzy o naszym muzycznym dziedzictwie wskazały zbiory zachowane w pałacowych czy klasztornych bibliotekach. Dzięki nim wiemy, jak kompozycje wędrowały po świecie, co podobało się naszym przodkom (wskazują na to liczne kopie utworów), a czego nie lubili.

Na przykład miernikiem popularności dzieł polskiego kompozytora wczesnego baroku Marcina Mielczewskiego (zm. w 1651 r.) są licznie zachowane w Europie kopie jego utworów sygnowane jedynie MM. Ówcześni kopiści i muzycy doskonale wiedzieli, kto kryje się pod monogramem. My musieliśmy przeprowadzić żmudne badania.

Dokonała się też rewolucja w sposobie prezentowania muzyki. Producenci nagrań przypomnieli sobie, że muzyka zawsze była obecna w codziennym życiu, a w salach koncertowych zamknął ją dopiero wiek XIX. Na powrót zatem, z korzyścią dla muzyki i dla nas, zaczynają osadzać kompozytorów i ich dzieła w kontekście historycznym i geograficznym. Książeczki dołączane do płyt stały się małymi kompendiami wiedzy o utworach, wykonawcach, epoce, instrumentach, itp.

Okazuje się również, że producenci stoją w samym centrum życia muzycznego. Nieustająco przyjmują w gabinetach wizyty kompozytorów, muzyków, organizatorów koncertów. Często decydują o ostatecznej liście utworów na płycie oraz uświadamiają młodym muzykom, że łatwiej osiągną muzyczny Parnas, jeżeli zaproponują własne, oryginalne, premierowe projekty muzyczne.

Miłość do muzyki, doradzanie i życzliwość skierowana do młodych wykonawców wyzwala eksplozję pomysłów. Ich płyty (gdy już powstaną) ukazują muzyczne zainteresowania, prezentują poziom wykonawczy i interpretacyjny, podpowiadają atrakcyjne dla publiczności programy koncertów. Przede wszystkim zaś stają się przepustką do zaistnienia
w świecie muzyki.

A gdzie w tym wszystkim jest nasze, słuchaczy, miejsce? Możemy zachowywać się jak dzieci w sklepie ze słodyczami – wszystkiego kosztować, stopniowo wybierać własne, ulubione smaki i nie przejmować się opiniami innych. Muzyki na szczęście nigdy nam nie zabraknie.


„Nasze Czasopismo” nr 02/2018
fot. pixaby.com