Felieton

POSPIESZALSKI SHOW

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego niektórzy wpadają w histerię na dźwięk nazwiska Jana Pospieszalskiego, zarzucając mu nieobiektywną analizę rzeczywistości i manipulowanie opinią publiczną. Przecież prowadzony przez niego program w TVP nie jest publicystyką, a satyrą w najczystszej postaci.

Jerzy Andrzej Masłowski

Warto rozmawiać – bo o tym programie mowa – jest przemyślanym projektem mającym rozbawić zblazowaną publikę, a Jan Pospieszalski (kojarzący się wielu osobom z panem Janeczkiem z kabaretu Olgi Lipińskiej), to jedynie klocek w misternie układanym dominie. O zaangażowaniu go jako prowadzącego zaważyło przede wszystkim nazwisko; cóż, moderator musi poganiać rozgadanych gości. Ważny był też wygląd (te rozbiegane oczy, teatralne miny i wyreżyserowane, pełne egzaltacji gesty – to prawdziwy majstersztyk skopiowany z samego Louisa de Funes.)

Dodatkowym atutem była też przeszłość pana Janeczka: we wspomnianym programie kreuje się go na nieomylnego arcykapłana, a przecież pamiętamy go jako gitarzystę zespołu Voo voo (zwanego w kręgach muzycznych Voodoo, co każdemu kojarzy się z czarną magią). Prezentowana we wspomnianym programie satyra polega na grze słów, skojarzeń i przeróżnych kalamburach; ot, taki nasz krajowy Monty Python. Pospieszalski to mistrz dowcipu; Szymon Majewski prowadzący konkurencyjny program „Warto rozśmieszać” nie dorasta mu do pięt.

Pospieszalski jest wesołkiem, to oczywiste. Poważne programy publicystyczne odwołują się do badań OBOP-u lub CBOS-u, pan Janeczek podpiera się opiniami nietypowych podmiotów: przez lata odwoływał się do badań katolickiej Fundacji Świętego Mikołaja (której rej wodziła i rej wodzi niejaka Joanna Paciorek – sic!), teraz zaś przytacza opinie ekspertów związanych z „Naszym Dziennikiem”, „Gazetą Polską” czy „Frondą” – a więc mediami z pogranicza satyry i fantastyki (choć nie naukowej), co znaczy, że twórcy programu na czele z Pospieszalskim robią sobie ze wszystkich kwadratowe jaja.

W ogóle każdy program „Warto rozmawiać” to ciąg surrealistycznych skeczów. Niedawno mówiono w nim o leczeniu homoseksualistów. W tym celu zaproszono do studia księdza Dariusza Oko – teologa hobbystycznie zajmującego się seksuologią, gejami i stosunkami doodbytniczymi; opinie księdza są prawdziwymi hitami w sieci. Rozmowa była tak zabawna, że turlałem się po salonie niczym kula bilardowa rycząc ze śmiechu i obiecując sobie, że na przyszłość będę przed programem zakładał pampersa, by się nie posiusiać. Przy okazji Pospieszalski zrobił dobrą robotę: za nabijanie się z terapeutów próbujących leczyć gejów z ich orientacji całe środowisko LGBTQ powinno postawić mu pomnik krzewienia tolerancji.

Tezy Pospieszalskiego to miód na serca ateistów, agnostyków, innowierców i antyklerykałów. Widać to było, gdy mówił o akcji „Różaniec do granic”: wiara, że klepanie paciorków (a nie dyplomacja i wojsko) uchroni nas przed zakusami wojennymi potencjalnych agresorów, była ostrą satyrą wyśmiewającą ortodoksyjny katolicyzm, a ściślej: wyśmiewającą tych, którzy bezkrytycznie wierzą, że wodą święconą i egzorcyzmem da się przepędzić dwustutysięczną, uzbrojoną po zęby armię wroga.

Pan Janeczek nabija się także z biskupów: gdy ci niedawno stwierdzili, że w uchodźcy należy dostrzec Chrystusa i otworzyć mu drzwi, odparł: „A co zrobić, gdy milion Chrystusów wyłamuje nasze drzwi? Prawdę mówiąc, prowadzący „Warto rozmawiać” rozśmiesza każdą opcję polityczną i jest to miara uniwersalizmu jego dowcipów: gdy niedawno powiedział, że KOD podpala Polskę, rozbawił tym do łez obecnych w studio nie tylko „lewaków”, ale też prawicowych publicystów.

Pospieszalski jest też happenerem, który postawił sobie za cel ośmieszenie władzy. Właśnie wkręcił się do Instytutu Sztuki Filmowej i został ekspertem od oceniania scenariuszy przyszłych filmów. Co chciał przez to powiedzieć? Z pewnością to, że minister kultury nie panuje nad swym resortem, skoro nie trzeba być specjalistą, a nawet nie trzeba mieć żadnego wykształcenia, by zostać znawcą literatury i cenzorem. (Pospieszalski – wg Onetu – nie ma ukończonych żadnych studiów wyższych.) I teraz ministrowi Glińskiemu będzie głupio, że dopuścił do tego, iż ludzie po maturze (może nawet wieczorowej) będą oceniać wykształconych, wybitnych i uznanych artystów.

O tym, że pan Janeczek jest lubianym satyrykiem, wiedzą twórcy portali plotkarskich. Poważni publicyści nie trafiają do kroniki towarzyskiej, a on – częściej niż Tadeusz Drozda – jest gościem serwisów takich jak „Plotek”, „Pudelek” czy „Pomponik”. Dlatego też intelektualiści nie powinni wydzwaniać do telewizji z pretensjami, pisać protestów i krytycznych felietonów po emisji kolejnych odcinków „Warto rozmawiać”, za to powinni się dobrze bawić. W końcu misją Publicznej jest szeroko pojęta rozrywka, o czym dobrze wie Kurski, który za grubą kasę zatrudnia wesołków, by błaznowali ku uciesze gawiedzi.


„Nasze Czasopismo” nr 02/2018