Felieton

JAK WYGRAĆ WYBORY?

Rządząca partia robi wiele, aby wygrać listopadowe wybory samorządowe. Wieloetapowe przygotowania sprawiają, że opozycyjne ugrupowania będą musiały stoczyć nierówną walkę. Nie znaczy to jednak wcale, że znajdują się na straconej pozycji.

Mateusz Kijowski

 

Dzisiaj partia rządząca odpowiada w 100 proc. za to, jak zostaną przeprowadzone wybory. Zmienia zasady, zmienia kadry, zmienia otoczenie po to, żeby mieć całkowitą kontrolę i wyłączny wpływ. Ale pamiętajmy – w tej sytuacji za wszystkie nieprawidłowości również odpowiada partia. A nieprawidłowością nie będzie jedynie złamanie nowych przepisów. Nieprawidłowość to sytuacja, kiedy wynik wyborów znacząco różni się od woli głosujących. Za to po raz pierwszy politycy partii rządzącej nie będą wołać, że wybory zostały sfałszowane. Bo to ich wyłączna odpowiedzialność.

Listopad 2018 r. będzie dla nas ważnym i przełomowym miesiącem. Setna rocznica odzyskania niepodległości to ważne wydarzenie. Będziemy również decydować o przyszłości:
odbędzie się zapewne referendum konstytucyjne no i oczywiście wybory samorządowe.

Do obchodów jeszcze zdążymy się przygotować. Co do referendum, mało na razie wiadomo. Więc zajmijmy się wyborami. O nich już warto myśleć. To nasza przyszłość, a partia rządząca szykuje się do nich od dłuższego czasu. Zmiany w kodeksie wyborczym i dyskusje nad ordynacją wyborczą to tylko wierzchołek góry lodowej. Bez wątpienia przygotowania trwają w całej Polsce. I nawet jeżeli większość z nas nie wie jeszcze, na jakich zasadach te wybory się odbędą, to jestem przekonany, że rządzący już szykują swoich ludzi i swoje struktury. Sądzę, że nie każdy z nas chciałby żyć w Polsce z samorządem zdominowanym przez monopartię.

Trudno się szykować, kiedy nie znamy ostatecznych zasad, a zmian możemy się spodziewać do ostatniej chwili. Zastanówmy się zatem, jak władza może odebrać obywatelom wpływ na wynik wyborów.

Pierwszy etap
to prawo wyborcze. O tym już wyżej pisałem. Niepewność do ostatniej chwili utrudnia planowanie. Wszelkie koalicje i porozumienia pozostają więc na razie w fazie bardzo wstępnej.

Drugi etap
to procedury związane z rejestrowaniem komitetów wyborczych i kandydatów. Na podstawie nowych regulacji, urzędniczej manipulacji albo metod stosowanych w innych dyktaturach – jak np. oskarżania kandydatów przez prokuraturę tuż przed wyborami – możliwe będzie ograniczanie konkurencji. Wystarczy, że podpis wyjdzie poza kratkę, a puste pola nie zostaną przekreślone, aby odrzucić zgłoszenie. Oczywiście później będzie można się odwoływać, ale to trwa i nie do końca wiadomo, jak będą rozpatrywane odwołania (deforma sądownictwa jeszcze się nie zakończyła).

Trzeci etap
to kampania wyborcza. Prorządowe media zrobią swoje. Ostatnie lata pokazały, że partia ma dużą zdolność narzucania wszystkim swojej narracji. Możemy się spodziewać wielu nowych sensacji, zarzutów i skandali. A przede wszystkim – podziałów w obozie opozycji wywoływanych przez sprytne prowokacje i propagandę. Światowej klasy spin-doktorzy już pracują.

Czwarty etap
to głosowanie. Partia na pewno planuje, jak sprawić, żeby do wyborów poszli ci, którzy poprą kandydatów wskazanych przez dyktaturę, a nie poszli ci, którzy popierają kandydatów opozycji. Już jesteśmy przekonywani, że nie ma na kogo głosować po stronie opozycji. A wyborcy popierający partię, że wymagana jest nadzwyczajna mobilizacja, że to jest „bój nasz ostatni”, że ważą się losy Ojczyzny. Kompromitowanie kolejnych liderów, kolejnych formacji, wprowadzanie podziałów, sporów i różnic. To dyktatura opanowała do perfekcji. Dziel i rządź. Można też wywołać jeden z dyżurnych tematów zastępczych, aby opozycja się pokłóciła. Ile osób nie odda swojego głosu na opozycyjnych kandydatów w najbliższych wyborach dzięki sprytnemu głosowaniu Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza czy Krystyny Pawłowicz nad projektem komitetu „Ratujmy kobiety”?

Piąty etap
to kontrolowanie przebiegu wyborów. Nie wierzę w centralne fałszowanie głosowania (choć może jestem naiwny). Przy tak wielkim projekcie jak wybory samorządowe można się spodziewać wielu zaangażowanych fanatyków, którzy z przekonania będą nie całkiem obiektywni. A ponieważ zostaną wcześniej rzetelnie przeszkoleni (jako członkowie komisji wyborczych i innych struktur odpowiedzialnych za przeprowadzenie wyborów) mogą z tej wiedzy korzystać w sposób zgodny z ich preferencjami. Wielu z nas pamięta, jak to robiono w czasach PRL-u. Dzisiaj partia w wielu obszarach korzysta ze wzorców sprawdzonych w latach 60., 70. czy 80.

Szósty etap
to liczenie głosów. Wszyscy słyszeli o najsłynniejszym znaczku w Polsce. Kiedyś „znak X” – dwie linie przecinające się w obrębie kratki – to dzisiaj w zasadzie cokolwiek. Otwiera się ogromne pole do manipulacji. Pamiętają państwo wybory w 1989 roku? Marszałkiem Sejmu został wtedy Mikołaj Kozakiewicz. Jedyny, który wszedł z listy krajowej – oficjalnie kontestowanej przez Komitety Obywatelskie. Zalecano skreślenie całej listy. Ale Mikołaj Kozakiewicz był na ostatnim miejscu. Skreślając listę wielu nie dociągnęło kreski do końca. I w ten sposób Kozakiewicz uzyskał mandat posła. W wyborach samorządowych 2018 r. znowu geometria może zaważyć na wyniku wyborów. Podobnie jak w 2014 r. na wynik wpłynął kształt karty do głosowania – sławnej książeczki, a na proces liczenia – niesprawdzony i niesprawny system informatyczny.

Etap siódmy
to rozpatrywanie protestów wyborczych oraz uznanie wyników. Tutaj partia załatwiła już chyba sprawę za pomocą ustaw o sądownictwie.

To są zagrożenia. Widać, że wynik wyborów może zależeć w znaczącym stopniu od innych czynników niż świadoma wola wyborców. Przypomnijmy jeszcze raz wybory z 1989 roku. Ustalenia między dyktaturą a opozycją zakładały, że opozycja ma prawo walczyć o 35 proc. miejsc w Sejmie i o 100 proc. w Senacie. A jednak nikt dzisiaj nie zaprzeczy, że społeczeństwo wygrało 100 proc. Wygrało możliwość kształtowania przemian ustrojowych i cywilizacyjnych. Wszystkie rządy po 1989 roku miały możliwość realizowania swoich programów dzięki tym, którzy zamienili 35 proc. możliwości w 100 proc. wyników. Tamte wybory miały charakter plebiscytu – czy jesteś za zmianą ustroju w Polsce i za wejściem na drogę nowoczesnej europejskiej demokracji.

Dzisiaj możemy powtórzyć tamten sukces. Te wybory też będą miały charakter plebiscytu – czy jesteś za tym, żeby o wynikach wyborów decydowali wyborcy, czy też zadowolisz się spełnieniem oczekiwań partii rządzącej.

Musimy brać aktywny udział w procedurach wyborczych. Jako wyborcy – to oczywiste. Jako kandydaci i członkowie sztabów – to ważne, chociaż trzeba pamiętać, że konkurencja po stronie opozycji wzmacnia dyktaturę. Ale też jako członkowie komisji wyborczych i mężowie zaufania. Szykujmy się już teraz. Żeby zdążyć, żeby nie oddać miejsca zwolennikom dyktatury.

A czy te wybory są w ogóle ważne?

Chęć pokazania czerwonej kartki dyktaturze to tylko jeden z aspektów. Jeżeli większość zachowa się tradycyjnie, zgodnie dotychczas przyjętymi zasadami, wszyscy możemy przegrać. Władza samorządowa to ta, która jest najbliżej ludzi. W tych wyborach będziemy decydować o lokalnej drodze, moście na rzece, zagospodarowaniu terenu wokół naszego domu i cenach nieruchomości. O sprawach ważnych dla każdego. Tylko musimy wiedzieć, co jest dla nas ważne i który kandydat o to zadba. I pamiętać, że sterowane centralnie samorządy nie zobaczą lokalnych spraw jasno i wyraźnie. Pamiętajmy też, że to właśnie samorządy decydują o wydatkowaniu większości pieniędzy pochodzących z Unii Europejskiej. Oczywiście, tych pieniędzy będzie coraz mniej, a dyktatura pracuje nad ich ograniczeniem. Tym bardziej szkoda by było, gdybyśmy w kolejnej kadencji samorządów zajęli się stawianiem pomników zamiast przedszkoli.


„Nasze Czasopismo” nr 02/2018
plakat wyborczy z 1989 r. autor Andrzej Budek
publikacja za zgodą autora