Sport

ROBERT KUBICA STOICKIM WOJOWNIKIEM

Rajd Ronde di Andora, 2011 rok, Skoda Fabia S2000 prowadzona przez polskiego kierowcę Roberta Kubicę, (z pilotem Jakubem Bergerem) na jednym z zakrętów odrywa się od nawierzchni drogi, obraca o 180 stopni i uderza w barierę. Ta pęka i jej fragment wbija się w samochód miażdżąc doń kierowcy, łamiąc mu przedramię. Kubica doznaje ciężkich obrażeń, ma też połamaną nogę i krwotok wewnętrzny. Lekarze walczą o jego życie, potem o uratowanie ręki, której amputację poważnie rozpatrują. Kolejne lata spędzi przechodząc 18 poważnyh operacji i zabiegów korekcyjnych, przeplatanych ciężką rehabilitacją, zmagając się nie tylko z problemami natury fizycznej, ale też psychicznej grożącymi depresją.

46 lat wcześniej, 9 września 1965 roku młody pilot USNavy James Stockdale w swoim A-4 Skyhawk dokonuje jednego z licznych lotów bojowych w czasie wojny wietnamskiej. Samolot Stockdale’a zostaje zestrzelony a on sam trafia do niewoli w Hanoi. Kolejne siedem i pół roku spędzi w okrutnych warunkach w obozie jenieckim Hỏa Lò, torturowany i poniżany przez Wietnamczyków. Sytuacja większości amerykańskich jeńców wojennych była bardzo ponura.

Co łączy obu tych ludzi oprócz ich zamiłowania do adrenaliny? Wbrew pozorom znacznie więcej niż mogłoby się wydawać.

Kubica przed wypadkiem realizował wspaniałą karierę kierowcy wyścigowego (sporadycznie rajdowego) który osiągnął wierzchołek kariery jakim jest Formuła 1. W pięciu sezonach F1, 12 razy stanął na podium, w tym odnosząc jedno zwycięstwo i zdobywając jedno pole position. W 2010 roku w jednym z salonów Ferrari w Rzymie zupełnie poważnie dyskutowałem z Włochami o plotkach łączących polskiego kierowcę z zespołem Scuderii.

Ale żeby dojść na ten szczyt przeżył wiele rozczarowań w trakcie swojej kariery w niższych kategoriach wyścigowych, poczynając od kartingu. Miał też wiele wypadków i kontuzji, które poważnie go doświadczyły. Jako kierowca z kraju, w którym nie ma niemal żadnych tradycji związanej z wyścigami samochodowymi oraz bez wsparcia wielkich koncernów, wspinał się na kolejne szczeble kariery tylko dzięki własnemu talentowi. Niczego nie dostał za darmo. Oprócz tego, że stał się wyjątkowym kierowcą, to wszystko hartowało też jego charakter. Uczyło pokory do życia, ale też nieustępliwości; cierpliwości, ale i agresji w chwilach gdy to było konieczne.

Te wszystkie cechy przynależą do tzw. paradoksu Stockdale’a, który został określony na podstawie doświadczeń pilota USNavy w niewoli wietnamskiej. Paradoks ten wynika z filozofii stoickiej, która stała się dla niego ostatnią deską ratunku, ale która ukształtowała jego sposób na przetrwanie. Paradoks ten polega na dwóch pozornie sprzecznych ze sobą zasadach:

1. Niezmiennie wierzyć w sukces końcowy (ocalenie);

2. Przyjąć z pełną świadomością najbrutalniejszą prawdę i nie mieć złudzeń co do swojego położenia.

Filozofii uczymy się nie tylko w szkole i z książek. Uczy nas jej życie o ile potrafimy wyciągać właściwe wnioski. Nie wiem czy Kubica słyszał o tym paradoksie, ale w udzielanych wywiadach po wypadku wielokrotnie dawał świadectwo sposobu myślenia zbliżonego do stoicyzmy. Był w pełni świadomy jak trudne jest jego położenie, nie fantazjował o szybkim powrocie do F1 wzorem Niki Laudy, który po straszliwym wypadku podczas Grand Prix Niemiec na torze Nürburgring w 1976 roku, wrócił do ścigania już po 6 tygodniach. Jego sytuacja była zupełnie inna.

Jedyne co mógł powiedzieć w pierwszych oświadczeniach to to, że bardzo żałuje tego co się stało. O wracaniu do F1 nie było mowy. To nie były tylko komunikaty dla publiki. Wypowiedzi te świadczyły o tym, że starał się za wszelką cenę utrzymać równowagę psychiczną, dla której nie mogło być nic bardziej zgubnego niż marzenia
o szybkim wyzdrowieniu i wskoczeniu do kokpitu bolidu Renault R31 w 2011 roku.

Kubica powziął także stanowcze postanowienie o tym, że jeśli wróci kiedykolwiek do paddocku F1 to tylko w kasku kierowcy. Mówił też wielokrotnie, że nie może oglądać wyścigów F1. Zdawał sobie sprawę, że pojawienie się tam w czasie, gdy nie będzie gotowy do ścigania się może go złamać psychicznie.

Realizował się za to w rajdach. Zawsze ciągnęło go do tego sportu, choć traktował go raczej jako odskocznię od wyścigów. Jego ograniczenia fizyczne, ale i przyjęte założenia sprawiały, że rajdy traktował jako etap w budowaniu swojej kondycji fizycznej i sychicznej. Udowadniał też (przede wszystkim sobie), że kiedyś, drzwi do F1 jeszcze mogą się otworzyć.

Koncentracja na codziennych sprawach i wiara w końcowy (odległy) sukces była motorem do codziennego stawiania kolejnych małych kroczków.

Gdy zapytano Stockdale’a jak ginęli jego współwięźniowie w niewoli w Hỏa Lò, odpowiadał że umierali z powodu „złamanych serc”. Wierzyli, że uratuje ich nadzieja – nadzieja na szybkie ocalenie, może już w najbliższe święto dziękczynienia, może na Boże Narodzenie, może Wielkanoc… każda z tych dat była dla nich gigantycznym zawodem i stopniowo wpadali oni w depresję. Stanów depresyjnych nie uniknęli oczywiście ani Stockdale ani Kubica, ale byli w stanie koncentrować się na codziennych czynnościach widząc w nich sens określany przez odległy, ale mający nastąpić (kiedyś) sukces. Ta codzienna siła była paliwem, które przeprowadziło ich przez otchłań.

Stockdale został zwolniony z niewoli 12 lutego 1973.

6 czerwca 2017, Kubica wrócił do paddocku F1 z kaskiem na głowie i wziął udział w testach na torze w Walencji bolidem Lotus E20 z sezonu 2012. 2 sierpnia przejechał kosmiczne 142 okrążenia modelem Renault z aktualnego sezonu – R.S.17, podczas oficjalnych testów na torze Hungaroring na Węgrzech. Mimo, że w czasie takich testów sprawdza się różne ustawienia bolidów, toteż porównania nie są w pełni zasadne, to jednak fakt, że po ponad 6 latach i tak dramatycznych perypetiach, Kubica pokonał w nich bezpośrednio obu kierowców Toro Rosso i jechał tempem kierowców etatowych z kwalifikacji do GP, jest fantastyczny. Ale nie jest to cud, tylko efekt ciężkiej pracy i niezwykłego charakteru Kubicy.

Paradoks Stockdale jest też paradoksem Kubicy. Dziś nie mówimy czy Kubica wróci do F1, tylko kiedy. Ja stawiam na wrzesień czyli po ukazaniu się już tego numeru Naszego Czasopisma.

 

Maciej Milczanowski


„Nasze Czasopismo” nr 09/2017
fot. Flickr.com