Kultura

OWCE, KURY I CUDOWNE WIDZENIA

Z Julią Curyło, artystką

rozmawia Jerzy Cichowicz

 

Zacznijmy od najbardziej kontrowersyjnej sprawy w polskiej sztuce współczesnej, od pieniędzy…
Na aukcji Nowej Sztuki w DESA Unicum, licytowano twój obraz pt.: „Jeff Koons i Damien Hirst dzielą rynek sztuki”. Wynik był chyba satysfakcjonujący dla ciebie. Ale na tej samej aukcji pracę Wilhelma Sasnala licytowano aż do 200.000 zł. Przyzwyczailiśmy się też do tego, że medialna i finansowa kariera artysty częściej zależy od kontrowersyjnych związków i skandali niż od warsztatu i przekazywanych treści. A jak ty na to patrzysz?

Tak wynik aukcji Desy w 2016 był dla mnie satysfakcjonujący. Wiąże się on z docenieniem i tzw. „usankcjonowaniem” wartości, czyli wpisaniem w pewne widełki, na których opiera się współczesny świat sztuki, w którym wartość artysty wyznacza liczba zer. Wspomniany obraz traktuje właśnie o rynku sztuki, na którym dwóch najbardziej znanych, wpływowych i najdroższych artystów, dzieli go. Ukazałam ich wraz z ich znanymi dziełami nad oceanem, który rozdziela USA i Wielką Brytanię. Te dwa główne ośrodki sztuki przedstawiałam w sposób zabawny i ironiczny, ponieważ tak właśnie traktuję rynek sztuki – z dużym dystansem. Uważam, że sztuka współczesna jest bardzo spekulacyjna i czasem ciężko wyznaczyć granicę pomiędzy tym co jest dobre, a tym co zostanie uznane przez instytucje „za dobre”. Najczęściej decydują o tym takie realne przesłanki jak: warsztat, oryginalność, treść czy świeżość spojrzenia. Często jednak o sukcesie decyduje wpływowy opiekun artystyczny, galeria lub manager, ponieważ ważne są kontakty i osobiste rekomendacje. Często pomagają w karierze kontrowersyjne związki i skandale.

Kolejnym problemem jest częsty brak związku pomiędzy sprzedażą prac a prestiżem. Prowadzi to do paradoksów gdy artysta, który sprzedaje niewiele, jest jednocześnie bardzo szanowany w środowisku artystycznym. I na odwrót – artysta sprzedający duże ilości obrazów o wątpliwej wartości artystycznej, nie może liczyć na szacunek środowiska. Są zatem różne odsłony sztuki i aby zrozumieć jej funkcjonowanie trzeba mocno w tym siedzieć. Paradoksalnie, rynek i tak potrafi zaskoczyć najlepszych ekspertów.

W wielu swoich pracach posługujesz się dosłownymi cytatami z twórczości Jeffsa Koonsa, Damiena Hirsta, a ostatnio także Niki de Saint Phalle, Natalii LL czy Frida Kahlo. Dlaczego właśnie tych artystów? Dlaczego w ogóle po nie sięgasz?

Postaci Jeffa Koonsa i Damiena Hirsta przywołałam w kontekście dyskusji o współczesnym rynku sztuki, portretując ich w podobnie ironiczny sposób, jak usiłował to zrobić główny bohater powieści Michela Houellebecqa pt.: „Mapa i terytorium”. Obaj są ikonami współczesnego rynku i w pewien sposób pokazują jak on wygląda. Kryją się za nimi wielkie firmy, w których wielu pracowników wykonuje prace podpisane jednym nazwiskiem „Koons” lub „Hirst”. Przyznaję, lubię odwoływać się do symboli czy „cytatów” z historii sztuki dawnej i współczesnej. Bez jej znajomości ciężko zrozumieć sztukę współczesną, a dla mnie sztuka to trochę żonglowanie symbolami, estetyką, przeszłością i przyszłością. Nadmuchane balony jednak traktuję symbolicznie, inaczej niż Koons, dla którego mają one głownie walor estetyczny. Na moich obrazach w dmuchanych ciałach zwierząt kryje się możliwość latania
i pęknięcia, używam ich alegorycznie. Nie we wszystkich obrazach takie odwołania do historii sztuki są obecne. W przypadku serii „Space” czy „Wielkiego Zderzacza Hadronów” ich nie ma. W ich przypadku inspirację znalazłam w nauce i nowych technologiach.

A co do wymienionych kobiet… No cóż, termin „sztuka kobieca” przyjmuje często pejoratywne zabarwienie i może znaczyć tyle co sztuka infantylna, czułostkowa. To wielopoziomowe postrzeganie sztuki kobiet skłoniło mnie do stworzenia serii rzeźb, gdzie cytuję znane dzieła artystek na kurach, tworząc w ten sposób groteskową, krótką historię „sztuki kobiet”. Poprzez te dosłowne cytaty zachęcam do zapoznania się z ich twórczością i skróceniem dystansu pomiędzy widzem, a sztuką.


Euroarabia , olej i akryl na płótnie, 130 X 200 cm, 2016

Ale dlatego sięgnęłaś do Niki de Saint Phalle?

W przypadku Niki, jej rzeźby podobają mi się estetycznie. Wydają mi się zabawne i szczere. Jej „Nana”, pojawiła się w moim obrazie „Eurarabia II”, w którym poruszam problem kobiety, jej roli i postrzegania jej nagości w kontekście położenia geograficznego i przemian obyczajowych. Podobnie jak inne moje odniesienia do historii sztuki, odnajdują je przede wszystkim koneserzy albo ludzie zainteresowani historią sztuki. To chyba najbardziej niszowy poziom czytania moich prac, gdzie pewne odwołania dostrzegą nieliczni zainteresowani. Ale nawet bez znajomości „Nany” i twórczości Niki de Saint Phalle kolorowa olbrzymka przywodzi na myśl życie, potencjał czegoś nowego – kobietę, która zmienia się i poddaje przemianom.

Tak jak wspomniałam, lubię mieszać historię sztuki ze współczesnymi symbolami. Daję też pewną wolność w interpretacji. Interpretacja podlega pewnym filtrom jak wszystko w życiu, inaczej obraz zinterpretuje historyk sztuki, a inaczej fizyk czy matematyk. To łączenie elementów jest dla mnie naturalne i wydaję mi się, że łączenie tak sprzecznych i czasem trudnych do zweryfikowania symboli tworzy charakterystyczną, estetycznie odmienną jakość.

„Na miłość boską, co wymyślisz następnym razem?” To pytanie matki, było na tyle ważne dla Damiena Hirsta, że stało się tytułem jednej z jego prac. Mam na myśli platynową czaszkę inkrustowaną diamentami. Czy często spotykasz się z takim pytaniem?

Czasem, gdy widzę swoje obrazy na wystawie, sama jestem zaskoczona. Gdy przychodzi pomysł, staram się go od razu namalować. Dlatego tych dziwnych obrazów powstało już całkiem sporo. Nie jestem na tyle ekspresyjna by opowiadać o tym co aktualnie tworzę, a niewiele osób ma dostęp do zacisza mojej pracowni. Moi najbliżsi są tolerancyjni i wyrozumiali, a także zdążyli się już przyzwyczaić. Zwykle wiedzą, że nad czymś pracuję, jednak najczęściej efekty widzą dopiero na wystawie. Poczucie humoru również pomaga im w akceptacji.

„Cudawianki” to tytuł twojej ostatniej wystawy oraz jednej z zaprezentowanej na niej prac. To synonim popularnego określenia „cuda na kiju”, którym ironicznie określamy rzeczy nadzwyczajne, ale nierealne lub nieosiągalne i przesadnie wymyślone. Czy tytułem wystawy i pracy nawiązujesz ironicznie do tych wszystkich dziwnych, a nawet cudownych wydarzeń nad Wisłą, jakich jesteśmy świadkami także w ostatnich latach, czy też do swojej twórczości? A może do jednych i drugich?

Myślę, ze do jednych i drugich. Traktuję swoje obrazy z dystansem, tak jak niektóre historie na nich przedstawione. Ale tytuł wystawy i jej zbieżność z przesileniem letnim był nieco przypadkowy, jak to często zdarzało się w przypadku niektórych zdarzeń towarzyszących mojej działalności. Dla przykładu, „Baranki Boże” zostały zaprezentowane przed Świętami Wielkiej Nocy, ale był to wynik wyznaczonego terminu wystawy pokonkursowej, a nie celowego zabiegu. Podobnie stało się w przypadku „Cudawianków”. Często przypadki tak dopełniają zaplanowane wydarzenia, że wychodzi to lepiej i bardziej przewrotnie, niż celowe działania.


Cudawianki, olej na płótnie 140 X 200 cm, 2016

Ten ponury i utrzymany w wojennej kolorystyce tytułowy obraz malowałam późną zimą. Zbliżał się czas roztopów i topienia Marzanny. Obraz ma symboliczny charakter. Roztopy symbolizują umieranie i przyjście czegoś nowego. To także nasza obawa przed zmianami, przed rozpadem Europy i entropią. Topienie Marzanny jest symbolem żegnania starych porządków. Choć obraz ma nieco egzystencjalny, ponury charakter, to są na nim kolorowe wianki czyli zapowiedz Wiosny i nadziei, że być może zmiany nie będą katastrofalne, a może wręcz przeciwnie, odświeżające. Wisła kojarzy mi się z wydarzeniami magicznymi, legendami warszawskimi, jak ta o Syrence, Warsie i Sawie, Złotej Kaczce, Bazyliszku. Z drugiej strony Wisła zawsze miała znaczenie strategiczne, oddzielała starą i nową Warszawę. Nad Wisłą rozstrzygały się wydarzenia historyczne, jak Bitwa Warszawska zwana „Cudem nad Wisłą” czy Powstanie Warszawskie. Aktualnie Warszawa kojarzy mi się z licznymi publicznymi demonstracjami, manifestacjami, jakby duch przeszłości znowu ożył. Jednocześnie Warszawa staje się bardzo atrakcyjnym miastem z ożywionym dzięki rewitalizacji nabrzeży Wisły. To, że tutaj siedzimy i rozmawiamy jest najlepszym tego dowodem.

Od lat zauważamy szybką feminizację wśród absolwentów wydziałów artystycznych oraz historii sztuki. Kobiety tworzą, a inne zaprzyjaźnione z nimi kobiety promują ich dzieła, pełniąc przy tym rolę właścicielek galerii lub ich pracownic, kuratorek wystaw, autorek artykułów i recenzji. W zasadzie powinniśmy naturalnie zmierzać do demograficznego parytetu, ale tak nie jest. Dlaczego?

Faktycznie, proporcje się dość mocno odwróciły. Również się nad tym zjawiskiem zastanawiałam. Wśród poważnych kolekcjonerów chyba więcej jest mężczyzn, natomiast właścicielkami galerii są głownie kobiety.

Może mężczyźni maja bardziej pragmatyczne podejście i wolą zajmować się czymś, co przynosi realne profity, natomiast kobiety maja teraz czas na twórczą ekspresje, na artystyczną wypowiedź, której kiedyś nie miały. Myślę, że ma to przyczynę w ogólnej tendencji. Równie mało jest teraz poetów. Wynika to z tego, że kiedyś zawody artystyczne kojarzyły się z intelektualną elitą. Wykonujący je byli szanowani bez względu na status ekonomiczny. Teraz mogą być postrzegani jako życiowi nieudacznicy, którzy uciekają w sztukę. Myślę, ze wielu mężczyzn nie chce pełnić takiej roli. Wielu moich znajomych przekwalifikowało się. Nie chcą być biedakami pozbawionymi szacunku. Być może kobiety także są teraz inne. Są twórcze, ambitne i dlatego dominują w artystycznym środowisku.

Pozwolisz, że poruszę temat egzystencjalny i w codziennym życiu przemilczany. O co może chodzić w życiu „TAKIEJ POLCE” jak ty?

O to chyba podchwytliwe pytanie… Za „TAKĄ Polką” kryją się moje eksperymenty modowe, które prowadzę wraz z Ewą Sułek, historyczką sztuki, kuratorką i moją bliską koleżanką. Robimy to w ramach odrywania się od sztuki przez duże „S”, wykorzystując przede wszystkim naszą wyobraźnię. Projektujemy i szyjemy ciuchy dla kobiet. Robimy to „po godzinach”, więc nasza marka potrzebuje czasu by urosnąć. Ale rozwijamy się. A w życiu takiej Polki chodzi o spełnianie się, samorealizację w działaniach kreatywnych oraz poszukiwanie własnej drogi życiowej.

Jeżeli wierzyć przekazowi tej waszej strony modowej, to jesteś: odważna, bezkompromisowa, zabawna, elegancka, pewna siebie, oryginalna, seksowna, wyrafinowana, pociągająca. To powiedz, czego jeszcze potrzebujesz do szczęścia?

Dla mnie brzmi to jak opis ideału, którym chciałabym być… Postrzegam się jako osobę pełną wątpliwości, którą niekiedy targają sprzeczne emocje i pomysły. Fajnie byłoby wzmocnić u siebie pewne cechy, jak np. pewność siebie. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym jeszcze przez wiele lat odnajdywała w sobie zapał i pragnienie tworzenia. Na przyszłość fajnie byłoby wyjść ze sztuką poza granice kraju, częściej podróżować i mieć również udane życie prywatne… Staram się łapać szczęście w drobnych przyjemnościach, a nie
w wielkich oczekiwaniach. Mam poczucie, że coraz lepiej mi to wychodzi.


Julia Curyło to artystka swobodnie poruszająca się w magicznej rzeczywistości pełnej cudów Warszawy. Siedzimy na leżakach na jednej z piękniejszych plaż w Warszawie z widokiem na centrum miasta. To jej miasto i dlatego możemy spotkać się w tym miejscu w sobotni upalny poranek. W 2009 roku Julia obroniła dyplom na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni malarstwa prof. Leona Tarasewicza oraz w pracowni sztuki w przestrzeni publicznej prof. Mirosława Duchowskiego. Rozgłos artystce przyniosła praca pt.: „Baranki Boże”, która była częścią jej dyplomu. Dzięki zwycięstwu w konkursie, praca ta została w styczniu 2010 wystawiona na stacji warszawskiego metra w formie muralu o wymiarach 35 x 3,43 m. Kontrowersje związane z ekspozycją pomogły artystce. Po awanturze medialnej wokół społecznej roli sztuki współczesnej i jej granic, częściowej dewastacji dzieła i ujęciu sprawcy na gorącym uczynku – kariera artystki przyśpiesza. Mural pośpiesznie zdemontowano, ale pojawiły się propozycje wystaw, przyszły laury, nagrody, stypendia…

Z perspektywy czasu, najważniejszymi sprzymierzeńcami artystki okazali się jej akademiccy promotorzy, jej twórcza i konsekwentna postawa oraz talent poparty solidnym przygotowaniem warsztatowym.


„Nasze Czasopismo” nr 09/2017