Społeczeństwo

KIM JEST MINISTER OBRONY NARODOWEJ?

Rozmowa z Tomaszem Piątkiem pisarzem, autorem książki ,,Macierewicz i jego tajemnice”

 

Dzięki swojej książce staje się Pan niemal bohaterem…

Martwi mnie to, bo ja nie jestem bohaterem. Bohaterem mojej książki jest ktoś inny, osoba niewątpliwie niezwykła. Ja Jestem tylko dziennikarzem, który udał się do Krajowego Rejestru Sądowego, Biblioteki Narodowej, IPN, przeczytał dokumenty i przepisał ręcznie to, czego nie pozwolili mu sfotografować. Jestem Dziennikarzem, który spędził około tysiąca godzin w Internecie i kilkadziesiąt godzin na rozmowach ze źródłami. Dziennikarzem, który potwierdził to, czego się dowiedział – czasem trwało to nawet pół roku, jak np. w przypadku prokuratora krajowego Włodzimierza Blajerskiego. Kiedy prokurator krajowy, nawet w stanie spoczynku, coś mówi, ma to swoją wagę – jednak nadal trzeba to sprawdzać! W tym przypadku prokurator krajowy mówił ważne, ale dosyć przerażające rzeczy. Nie mogłem tego opublikować, zanim nie znalazłem potwierdzeń. To trwało pół roku, bo miałem duże trudności z dostępem do IPN i akt sprawy lustracyjnej Jerzego Luśni – byłego płatnego konfidenta SB, który przez co najmniej 30 lat był bliskim politycznym i biznesowym współpracownikiem Macierewicza.

Jak dużo czasu zajęło Panu napisanie tej książki?

Półtora roku.

Niewiele.

Musiałem pracować szybko, gdy zorientowałem się, kto został Ministrem Obrony Narodowej.

Czy spodziewał się Pan, że znajdzie tak sensacyjne informacje?

Na początku byłem po prostu zdziwiony. Jakim cudem człowiek, którego nazwisko wiąże się z tak wielkimi katastrofami w polskiej polityce, dotykającymi także prawicy, ciągle wraca i otrzymuje coraz bardziej odpowiedzialne stanowiska? Przecież to Macierewicz, publikując w 1992 roku listę agentów przemieszanych razem z niewinnymi ludźmi, przyczynił się bardzo do upadku rządu Jana Olszewskiego, pierwszego skrajnie prawicowego.

Czy podczas pracy nad książką zdarzało się Panu czuć zagrożonym?

Tak, przychodzili do mnie ludzie związani z osobami z kierownictwa byłego WSI albo powołujący się na te osoby. Próbowali mnie zastraszyć albo wcisnąć mi jakieś fałszywe materiały. Na szczęście nie dałem się wciągnąć w te pułapki i zrozumiałem, że opowieść o wielkiej wojnie Macierewicza z WSI jest nie do końca prawdziwa. Oczywiście, kiedy on opublikował swój raport o WSI ujawniając nazwiska działających agentów to zniszczył te służby i naraził na śmiertelne niebezpieczeństwo wiele osób. Wśród nich byli zapewne też funkcjonariusze WSI oraz sojusznicy, którzy współpracowali z nami w Afganistanie: Brytyjczycy, Amerykanie, Niemcy. Jednak najwyraźniej z niektórymi osobami z kierownictwa byłego WSI Macierewicz jest w stosunkach mniej konfliktowych… Stoi to w sprzeczności do tego, co nam opowiada. Do zabezpieczenia informatycznego szczytu NATO w Warszawie w 2016 roku Macierewicz wynajął firmę Siltec, którą wcześniej w swoim raporcie oskarżał o przekręty finansowe i przedstawiał jako przykrywkę stworzoną przez wojskowy wywiad jeszcze w czasach komunistycznych.

W swojej książce pokazuje Pan świat pełen spisków i nieprawdopodobnych wprost powiązań…

Ja pokazuję fakty, analizuję powiązania. A analiza powiązań tak się ma do teorii spiskowej jak astronomia do astrologii.

Co Pana najbardziej zdziwiło lub przeraziło? Co było największym szokiem?

Największym szokiem było odkrycie już na początku śledztwa, że Antoni Macierewicz zasiada we władzach fundacji ,,Głos”, w której prezesem jest Robert Jerzy Luśnia – były płatny konfident SB prowadzony przez esbeka Józefa Nadworskiego, człowieka związanego z siatką GRU w Polsce. GRU to sowiecki, a potem rosyjski wywiad wojskowy. Nadworski miał kontakty bezpośrednie z rezydenturą GRU – a w każdym razie z jednym z oficerów tej służby w Polsce. Przede wszystkim jednak współpracował bardzo blisko najpierw w SB, a potem
w biznesie z Markiem Zielińskim, głównym szpiegiem GRU w Polsce w latach 1980-1993. Wspólnie założyli agencję ochrony Dakota, która według ekspertów była przykrywką dla tegoż wywiadu wojskowego. Spójrzmy więc: takim człowiekiem jest Luśnia, takie ma powiązania – a mimo to Macierewicz jest z nim w jednej fundacji, zasiada w jej władzach do dziś. Mimo wszystkich moich publikacji Macierewicz nie wypisał się z niej! Nie jest tam też przez zapomnienie: w swoich oświadczeniach poselskich co roku przyznawał się do zasiadania w radzie fundacji… Można to wszystko zobaczyć na stronie internetowej Sejmu. Zresztą ogromna większość rzeczy, o których pisałem, była jawna, tylko nikt tego nie zebrał, nikomu się nie chciało. Dlatego dziwnie się czuję, kiedy pojawiają się ludzie podający się za byłych, emerytowanych albo wyrzuconych przedstawicieli służb i gratulują mi, że to wszystko znalazłem. Jeżeli oni nie potrafili tego znaleźć, to znaczy, że naprawdę mamy państwo z tektury …

Wspominał Pan też o powiązaniu z pewnym lobbystą amerykańskim…

Antoni Macierewicz ma co najmniej sześć ścisłych związków z Alfonsem Marcello D’Amato – bardzo zdolnym i sprawnym politykiem, byłym senatorem republikańskim w latach 1981-1998, reprezentującym w senacie stan Nowy Jork. Choć ma już 80 lat, nadal jest aktywnym i bardzo wpływowym lobbystą. Zaś Pan D’Amato ze swojej strony ma liczne związki z amerykańsko-sycylijskimi strukturami mafijnymi (pisała o tym obficie amerykańska prasa: New York Times, New York Post, Los Angeles Times), które wprowadzały
do Nowego Jorku rosyjską mafię, w tym ludzi wielkiego gangstera i finansisty Siemiona Mogilewicza. Zresztą sam D’Amato był sponsorowany przez kilka lat przez człowieka tej mafii Siemiona Kislina, który prał razem z Mogilewiczem pieniądze w Nowym Jorku. Gangster-finansista Mogilewicz tylko w latach 90-tych w samym Bank of New York wyprał co najmniej 22 miliardy dolarów – o takiej kwocie wiemy, czyli mogło być tego więcej. W Bank of New York od 1971 roku pracuje nieprzerwanie niejaki Thomas Renyi, obecnie jego prezes – gdy Mogilewicz prał tam pieniądze, pełnił wysokie funkcje kierownicze. Z panem Thomasem Renyi oraz z jego bankiem pan D’Amato także ma liczne powiązania. Niektórymi interesowało się FBI.

Jak rozumiem, Antoni Macierewicz wciąż utrzymuje z panem D’Amato kontakty?

Macierewicz wynajął Alfonse’a D’Amato, żeby lobbował na rzecz Polski na wspomnianym wcześniej
szczycie NATO. Podległa Macierewiczowi Polska Grupa Zbrojeniowa – czyli wielki koncern należący do państwa i zajmujący się bronią oraz wyposażeniem wojskowym – wynajął pana D’Amato, by lobbował na ich rzecz w USA. Równocześnie jednak D’Amato lobbuje na rzecz firmy Lockheed Martin, która produkuje słynne helikoptery Black Hawk. To dla nich Macierewicz zerwał kontrakt na dostawę Caracali z Francji przeznaczonych dla sił specjalnych polskiej armii. I, co ciekawe, na osiem dni przed zerwaniem kontraktu na Caracale i ogłoszeniem, że Polska kupi Black Hawki, Macierewicz poleciał do Stanów po kryjomu, żeby spotkać się z D’Amato.

Nieprawdopodobny konflikt interesów. Naprawdę liczył, że nikt nie zauważy, w jakim celu pojechał do Stanów?

Równocześnie wychodził mój pierwszy tekst o jego związkach z D’Amato. Od moich informatorów wiem, że właśnie wtedy Macierewicz nagle zaczął szukać na siłę kogoś, kto by się z nim spotkał oprócz D’Amato. Udało się ściągnąć na to spotkanie Johna McCaina – panowie spotkali się w trójkę (!). Zaraz potem wiceminister Kownacki w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w TVN24 powiedział, że Macierewicz nie ma żadnych związków z D’Amato. Tymczasem Macierewicz i Alfonse D’Amato byli współprezesami w tajemniczej organizacji Friends of Poland, która istniała w USA. Kiedy o tym napisałem w Gazecie Wyborczej, witryna tej organizacji zniknęła z Internetu. Zamiast niej pojawiło się oświadczenie podpisane przez pana Johna Zagame, pracownika firmy Park Strategies należącej do D’Amato. Było w nim napisane, że Antoni Macierewicz został wymieniony jako prezes organizacji przez pomyłkę. I że organizacja ta nigdy nie była organizacją, tylko stroną internetową. Czyli strona internetowa miała dwóch prezesów…

W tajemniczej organizacji-nieorganizacji rolę eksperta ds. strategii międzynarodowej pełnił Edmund Janniger, słynny 20-letni doradca Macierewicza w MON, którego D’Amato w Stanach wziął pod swoje skrzydła. Kontakty środowiska Macierewicza z panem D’Amato sięgają zresztą lat 80-tych, kiedy ten współpracował z polonijną organizacją ,,Pomost”. Ta z kolei posiadała personalne powiązania z Macierewiczem oraz z jego pismem i fundacją ,,Głos” – a jak pamiętamy, prezesem tej ostatniej według KRS jest Robert Jerzy Luśnia.

Czyli znowu pojawia się wątek SB i powiązań z wywiadem, mafią rosyjską…

W mojej książce opisuję dokładnie te powiązania – związki pana D’Amato z Bank of New York i koneksje z mafią sołncewską i Mogilewiczem. Warto dodać, że prezes i pracownik Bank of New York od 1971 roku, pan Thomas Renyi, ufundował katedrę bankowości na Rutgers University w New Jersey. Na tym samym uniwersytecie uczy się młody Janniger, na tej samej uczelni wykładają oboje jego rodzice, zaś Antoni Macierewicz zainaugurował tam coś, co nazywa się Forum Światowych Liderów (najwyraźniej uważa się za światowego lidera). Mówimy o pajęczynie skomplikowanej, ale pod jednym względem prostej: wszystkie nitki prowadzą do Siemiona Mogilewicza, wielkiego gangstera i finansisty – oraz do GRU, rosyjskiego wywiadu wojskowego, z którym Mogilewicz bardzo blisko współpracuje. Tak się składa, że pan Luśnia, o którym mówiliśmy wcześniej, miał dość tajemnicze powiązanie także z niejakim Davidem Bogatinem, człowiekiem Mogilewicza. Bogatin przyjechał do Polski, bo w Ameryce ziemia pod nogami zaczęła mu się palić.

Ale zacznijmy od początku: w latach 70. Bogatin był rosyjskim pilotem wojskowym walczącym w Północnym Wietnamie. Trudno przypuścić, by w tej sytuacji nie miał kontaktów z GRU. Pozwolono mu na emigrację na Zachód, co było niemal nieosiągalne dla sowieckiego obywatela – a w przypadku wojskowego praktycznie niemożliwe. Znów: trudno uniknąć przypuszczenia, że stało za tym GRU. Kilka lat później władze sowieckie pozwoliły Mogilewiczowi działać w Izraelu i na Zachodzie. Zaczął zakładać spółki zajmujące się przekrętami
finansowymi. Jego pierwsza globalna firma nazywała się Arbat International, a jej partnerami byli założyciele słynnej sołncewskiej mafii Siergiej Michajłow i Wiaczesław Iwankow. W tym czasie Bogatin robił dla Mogilewicza przekręty paliwowo-podatkowe w USA. Kiedy tam grunt zaczął mu się palić pod nogami, wrócił z powrotem do bloku komunistycznego
– ale już nie do Związku Radzieckiego, tylko do Polski. Od 1988 roku prowadził u nas działalność gospodarczą, by w pier-wszej połowie lat 90-tych wyłudzić pieniądze z Pekao S.A. na założenie niesławnego Pierwszego Komercyjnego Banku w Lublinie. Była to pierwsza wielka afera bankowa w Polsce. Ludzie pozakładali konta, powierzyli Bogatinowi swoje pieniądze – a one szybko zniknęły…

W lubelskiej delegaturze UOP działał oficer, który poświęcił się całkowicie misji ścigania Bogatina. Niestety ten oficer dziś nie żyje. Nazywał się Zbigniew Niezgoda. I jakoś tak się złożyło, że ścigając Bogatina, Niezgoda trafił również na dokumenty kompromitujące Luśnię. Te same, które później – zgodnie ze słowami Prokuratora Krajowego Włodzimierza Blajerskiego – Macierewicz kazał schować, żeby kryć Luśnię i równocześnie mieć na niego haka.

Tym powinny się zająć służby, prokuratura lub parlamentarna komisja śledcza. Antoni Maciere-wicz, gdzie nie spojrzeć, ma powiązania z Siemionem Mogilewiczem i z GRU. I jak w przypadku pana Luśni i Bogatina, te powiązania między sobą się przeplatają.

Jak bliskie są powiązania samego Antoniego Macierewicza z mafią rosyjską?

Powiązania są pośrednie, ale jest ich bardzo dużo i są bliskie – przeważnie przez jedną, dwie, trzy osoby. Jest jedno bardzo niepokojące i bliskie powiązanie Macierewicza z samym Putinem – poprzez kongresmena z Kalifornii Dana Rohrabachera, jawnego stronnika Putina w Kongresie, który bronił praw Rosji do Krymu. Zwalczał amerykańskie sankcje wobec Kremla i oczerniał ofiarę Putina – Siergieja Magnitskiego zamęczonego na śmierć w rosyjskim więzieniu. Kongresmen chwali się swoją wieloletnią przyjaźnią z Putinem, która trwa od 1991 roku. Kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej Antoni Macierewicz poleciał do Stanów, rzekomo po to, żeby przekonywać amerykańskich polityków do swojej teorii dotyczącej katastrofy smoleńskiej. W rzeczywistości spotkał się z kongresmenem Rohrabacherem. A to ostatni człowiek, którego można by do takiej teorii przekonywać…
W styczniu tego roku zastępca Macierewicza, wiceminister Szatkowski, spotkał się Rohrabacherem, wbrew wcześniejszym ostrzeżeniom polskiej ambasady w USA, która odradzała kontakty z człowiekiem Putina! Ciekawe, o czym rozmawiali – znowu o Smoleńsku?

Ciekaw jestem w takim razie, jakie są rzeczywiste cele ministra Macierewicza w sprawie katastrofy smoleńskiej?

Do negocjacji z Rosją dotyczących odzyskania wraku smoleńskiego lub jego części minister wynajął Argentyńczyka Luisa Moreno Ocampo – prawnika międzynarodowego znanego m.in. ze swojej skrajnie prorosyjskiej postawy. Kiedy Rosja opuściła Międzynarodowy Trybunał Karny, Moreno ubolewał nad tym głośno, powołując się na wspaniałe tradycje Rosji w stosowaniu prawa międzynarodowego. Moreno jest cytowany i pojawia się na portalu Sputnik – to główne medium propagandowe Rosji na zagranicę. Swego czasu biuro pana Moreno wydało oświadczenie, z którego wynikało, że żołnierze rosyjscy dokonujący czystek etnicznych w Gruzji mogli być nie tyle zbrodniarzami wojennymi, co ofiarami zbrodni wojennych.

Reakcja bohatera Pana książki także wydaje się zaskakująca.

Antoni Macierewicz nie odważył się pozwać mnie do sądu cywilnego, czy oskarżyć mnie o zniesławienie, natomiast doniósł do prokuratury, zarzucając mi przestępstwo o charakterze terrorystycznym. I to doniesienie dziwnym trafem trafiło do prokuratora wojskowego, którego Macierewicz mianował na obecne stanowisko, którego wcześniej zatrudniał w ministerstwie, którego córce dał posadę w Polskiej Grupie Zbrojeniowej… Ten zarzut z art. 294 KK dotyczący rzekomej próby wpływania groźbą lub przemocą na funkcjonariusza państwowego – bo to mi zarzuca Macierewicz – nie ma żadnego związku z książką. Każdy, kto przeczyta książkę, zobaczy, że nie ma w niej żadnej groźby, ani przemocy. Zatem znowu można odnieść wrażenie, że Macierewicz, próbując osłaniać swoje rosyjskie powiązania, sięga po rosyjskie metody.

Mam cały czas wrażenie, że media boją się tą sprawę mocniej nagłaśniać. Przecież to powinna być afera na skalę światową.

Tak, boją się. Ale to jest pytanie do mediów, a nie do mnie. Ja jestem dziennikarzem, który wykonał swoją pracę.

Nie boją się zagraniczne media. O sprawie pisał „Frankfurter Algemeine Zeitung”, „Le Monde” i „Guardian”, zaraz zaczną amerykańskie media.

To może jednak coś się w tej sprawie ruszy…

Obawiam się, że polskie media mają ogromną zdolność przemilczania, nie tylko te państwowe.


„Nasze Czasopismo” nr 03-04/2018
fot. Piotr Olczak