Prawo

USTAWA O IPN, CZYLI MLEKO SIĘ ROZLAŁO

Od pół wieku nikt nie spowodował takich szkód dla wizerunku Polski, jak obecna większość parlamentarna, rząd i prezydent. Łataniem tych dziur zajmować się będą następne pokolenia. Daj Boże, aby wystarczyło jednego.

Włodzimierz Witakowski

Kiedy Sejm przyjął zmiany ustawy o IPN, przypomniały mi się słowa Jana Pietrzaka, który kiedyś mówił: „Gdybym nie wiedział, że to głupota, pomyślałbym, że to prowokacja”.

Jednakże po przepchnięciu tej ustawy przez Senat w ekspresowym trybie, nocą, mimo już pojawiających się obiekcji naszych sojuszników, zyskałem pewność, że to prowokacja. Senat zwany był kiedyś „izbą refleksji”, ale to było kiedyś. Dziś większość senatorów bezrefleksyjnie przegłosuje każdą głupotę. Toć nawet pani senator Anders reprezentująca PiS mówiła o głupocie uchwalanych przepisów, ale mimo to oportunizm spowodował, że również ona głosowała za przyjęciem ustawy bez poprawek.

Należy tu dodać, że posłowie i senatorowie opozycji, którzy nie głosowali przeciw ustawie, lecz wstrzymali się od głosu, też nie powinni mieć spokojnego sumienia. Nie można bowiem stać obojętnie z boku nawet wówczas, kiedy z podliczenia głosów wynika, że protest nie będzie skuteczny. Wiedział o tym wszystkim pan prezydent. Nie wiem, czy jeszcze przed podpisaniem ustawy usłyszał od swojej doradczyni, że to ustawa idiotyczna, ale niezależnie od tego powinien się sam zastanawiać nad potencjalnymi skutkami podpisywanych dokumentów. Niestety i w tym przypadku strach przed prezesem i oportunizm wzięły górę.

Po fakcie nawet zdymisjonowany (chyba za nieudolność) były minister spraw zagranicznych mówił z satysfakcją „A przecież ostrzegaliśmy”. Skutki widać.

Obecnie wielu z inicjatorów i popleczników ustawy tłumaczy się, mówiąc „chcieliśmy dobrze”. Można tu tylko przypomnieć stare przysłowie „Jak nie potrafisz, nie pchaj się na afisz”.

Jakiś czas temu skazany został znachor, który chcąc dobrze, ale nie mając umiejętności doprowadził do śmierci dziecka. Czy sąd uwzględnił to, że winowajca „chciał dobrze”, skoro nawet kwalifikowani lekarze uznawani są za winnych w przypadku popełnienia błędu lekarskiego? Podobnie w przypadku kierowców, którzy spowodowali wypadek nie mając zweryfikowanych umiejętności (zdanego egzaminu na prawo jazdy), sądy brak kwalifikacji uznają za okoliczność obciążającą, a nie łagodzącą.

Osoby siadające za sterami państwa muszą więc mieć odpowiednie kwalifikacje, a przede wszystkim muszą umieć słuchać zarówno specjalistów, jak i oponentów. Niechaj traktują oponentów podobnie jak Kościół katolicki, który w procesie beatyfikacyjnym czy kanonizacyjnym przewiduje stanowisko „advocatus diaboli” (adwokat diabła). To właśnie zarówno adwokat diabła, jak i opozycja pozwalają na korygowanie błędów i niedoskonałości uchwalanego prawa. Przekonanie o własnej nieomylności kończy się zwykle tak jak w omawianym przypadku.

Ponadto kierujący państwem muszą umieć dobierać sobie ludzi, którzy zarówno posiadają wiedzę, jak i potrafią tę wiedzę przełożyć na konkretne wskazówki dla rządzących. Przykładem niech będzie Ronald Reagan, aktor i działacz związkowy, który jako prezydent Stanów Zjednoczonych, mając ograniczoną wiedzę z zakresu ekonomii czy polityki, dzięki doborowi właściwych doradców i umiejętności słuchania potrafił świetnie kierować krajem i w znakomity sposób wpłynąć na wydarzenia na świecie.

Niestety, jeśli chodzi o wizerunek Polski, mleko się rozlało. Pozostaje jedynie pytanie: czy temu, kto popsuł zegarek, należy teraz zlecić jego naprawę, skoro narzędziami, którymi potrafi operować są jedynie młot kowalski i łom? A tu potrzeba i innych narzędzi, i wyższych kwalifikacji.


„Nasze Czasopismo” nr 03-04/2018
rys. Tadeusz Krotos